Magdalena Niedźwiedzka "Królewska heretyczka"

Mam bzika na punkcie na punkcie powieści historycznych. Czytam je nałogowo. Szczególną słabość mam przede wszystkim do Tudorów, dlatego gdy tylko zobaczyłam w nowościach wydawniczych Królewską heretyczkę, wiedziałam, że muszę przeczytać tę książkę.

Elżbieta I Wielka, królowa-dziewica, była córką Henryka  VIII Tudora i Anny Boleyn. Po śmierci rodzeństwa została królową Wielkiej Brytanii. Wraz z nią do władzy doszedł lord Robert Dudley. Nie wszystkim się to podoba. Mężczyzna jest bowiem synem zdrajcy ojczyzny. Nie jest więc zbyt dobrym mężem na przyszłego króla. Elżbieta ma za nic to, co mówią jej doradcy i nadaje Robertowi kolejne tytuły. W łaski królowej i jej faworyta wkrada się aktor, Filip Sierota. Z czasem okazuje się, że zamierza zrobić coś więcej niż tylko napisać sztukę o Elżbiecie. Co planuje?

Debiutancka powieść Magdaleny Niedźwiedzkiej przedstawia królową-dziewicę w nieco innym świetle. Nadaje jej przede wszystkim współczesnych cech. Niektórym czytelnikom może nie przypaść do gustu to, że ciężko doszukać się w opisywanym przez autorkę Londynie klimatu tamtych czasów. Na początku miałam z tym problemy, ale przyzwyczaiłam się do tego.

Elżbieta I została dość wiernie odwzorowana pomimo tego, że posługiwała się współczesnym językiem. Autorka pokazała jej temperament i pozwoliła nam zobaczyć w niej zagubioną dziewczynkę, która nie potrafiła dorosnąć. Rządy królowej nie były łatwe. Wiele osób podkładało jej kłody pod nogi. Znalezienie prawdziwego sojusznika graniczyło niemal z cudem. Wokół Elżbiety było wielu ludzi. Ona jednak wciąż czuła się samotna i nie mogła zaznać ciepła czy zrozumienia. Od małego była nieustannie porzucana przez najbliższych. W życiu dorosłym wcale nie było lepiej.

W powieści dzieje się sporo. Chociaż liczy ponad 900 stron, czyta się ją błyskawicznie. Od samego początku dałam wplątać się w sieć intryg. Wraz z Elżbietą przeżywałam jej radości i smutki. Patrzyłam na to, jak rozwijały się jej relacje z Robertem Dudleyem. Współczułam królowej, że z racji urodzenia nie miała prawa do tego, by samodzielnie decydować o własnym życiu. Podobnie jak ona nie wiedziałam, komu mogę zaufać. Czarnych charakterów akurat tu nie brakowało.

Intrygował mnie Filip Sierota, to była bardzo tajemnicza postać. Mężczyzna próbował odnaleźć swoje miejsce na ziemi, co nie jest łatwe. Zwłaszcza wtedy, gdy demony przeszłości nie dają o sobie zapomnieć.

Historia i polityka stanowią w tej powieści raczej tło. Na pierwszy plan wychodzi związek Elżbiety I Tudor i Roberta Dudleya. Nieco żałuję tego, że autorka nie skupiła się nieco bardziej na opisaniu ówczesnego społeczeństwa, ale nie uważam, że Królewska heretyczka to zła książka. Wręcz przeciwnie, to kawał dobrej lektury, którą polecam fanom powieści z historią w tle.

Magdalena Niedźwiedzka
Królewska heretyczka
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Warszawa 2016

Mikołajkowy zawrót głowy

Witam Was ciepło w ten Mikołajkowy i chłodny (przynajmniej u mnie) wieczór. Byliście grzeczni? Odwiedził Was Mikołaj? Do mnie przyszedł, kiedy byłam w pracy i zobaczcie, jakie cuda mi przyniósł. Paczucha przywędrowała z Wrocławia ze Sztukatera. Wiem, że dawno nie było u mnie stosików. Postaram się pozbierać kiedyś moje książkowe zdobycze i się nimi pochwalić, muszę tylko znaleźć na to czas. Dziś jest dobry dzień, by się pochwalić najnowszymi zdobyczami. Popatrzcie, co znalazłam w swojej paczce :)

 Stefan Czarnecki "Po drugiej stronie"
Laurelin Paige "Znajdź mnie"
Artur Górski "Po prostu zabijałem"
Aleksander Doba "Olo na Atlantyku. Kajakiem przez ocean"
James R. Doty "Mózg i serce - magiczny duet"
Jurgen Roth "Smoleńsk 2010. Spisek, który zmienił świat"
Charles Dickens "Klub Pickwicka"
Jan Chryzostom Pasek "Pamiętniki"
Sebasstian Skalski "Moje muzy, moje życie bez retuszu i tajemnic"
Andrew Nagorski "Łowcy nazistów"
Luca D'Andrea "Istota zła"
Troisi, Paccini "Przyszliśmy na świat, by nigdy już nie umrzeć"
Monika Zajas "Autodestrukcja"
Weronika Wierzchowska "Życie tak zwyczajne"
Laurell K. Hamilton "Niebiańskie grzechy"
Chauderie, Caligo "Na jej rozkazy"
Joanna Bagrij "Oddech śmierci"
Saroo Bierley "Lion. Droga do domu"
Phill Knight "Sztuka zwycięstwa"
Sara Larsson "Pierwsze kłamstwo"
Katarzyna Świątkowska "Mity medyczne, które mogą zabić"
"Kochaj siebie. Ideal nie doskonałe"
"Nakarm swoje synapsy"

Znacie którąś z tych książek? Coś polecacie? Pochwalcie się też swoimi Mikołajkowymi zdobyczami :)

Maciej Pawlak "Dobry wieczór we Wrocławiu"

Książek o życiu w postapokaliptycznym świecie było już na pęczki. Co do powiedzenia na ten temat ma Maciej Pawlak? Na okładce powieści czytamy: "Minęło ponad dwadzieścia lat od nuklearnej zagłady. Śmierć zebrała obfite żniwo. Nie wszyscy, którzy przeżyli, pozostali tacy sami… Ocaleni wiodą życie w zamkniętej enklawie wrocławskiego dworca. Dla osób, które narodziły się już po Zagładzie, postapokaliptyczna rzeczywistość jest jedyną, jaką znają. Ich codzienność to zmaganie się z ciągłym brakiem pożywienia, leków i życiowej przestrzeni. Każda noc to walka o przetrwanie, a każdy dzień jest zbyt krótką chwilą wytchnienia. W świecie, w którym na każdym kroku czyhają złowrogie hordy dzikich bestii i istot o nadnaturalnych zdolnościach, nic nie przypomina znanego nam świata. Nic poza ocalałymi reliktami wrocławskiej architektury i uczuciami tlącymi się w głębi ludzkich serc. Na domiar złego, na owianym nie najlepszą sławą Rynku pojawia się obca siła. Wpływa ona na umysły ludzkie, czyniąc z nimi dziwne rzeczy. Dla zdesperowanego Michała istnieje tylko jedno rozwiązanie – zawiązać śmiertelnie niebezpieczny sojusz i rozwikłać zagadkę". Pozwólcie, że nie powiem nic więcej na temat fabuły. Nie chcę chlapnąć za dużo.

Jak wspomniałam na samym początku, książek o życiu po apokalipsie było wiele. Nieco obawiałam się tego, że Maciej Pawlak powieli to, co napisali inni. Na szczęście tak się nie stało. Może i fabuła nie jest specjalnie oryginalna, ale nie nudziłam się w trakcie lektury.

Staram się unikać raczej dzielenia literatury na kobiecą i męską, ale w tym przypadku dochodzę do wniosku, że panowie znajdą tu więcej ciekawych dla siebie wątków. Język, jakim posługują się bohaterowie może razić niektórych po oczach. Mnie nie przeszkadzał. Nie wyobrażam sobie, żebym mówiła poezją rodem z Mickiewicza w postapokaliptycznych czasach.

Jest krwawo, ludzie ponoszą straty. Niekiedy bardzo bolesne i trudno się z nimi pogodzić. Brakuje wszystkiego. Każdy stara się walczyć o przetrwanie. Nie jest to łatwe, tym bardziej, że licho nie śpi.

Książkę czyta się szybko. Autor miał pomysł na fabułę i wykorzystał jej potencjał. Nie miałam wrażenia, że czytam po raz kolejny to samo, a to w przypadku powieści o postapokaliptycznym świecie wiele. Jeśli chcecie przekonać się, jak ludzie poradzili sobie z walką w naszym Wrocławiu, możecie przeczytać tę powieść. Nie powinniście być nią rozczarowani. To historia nie tylko o walce o przetrwanie. Na własnej skórze sprawdźcie, do czego są zdolni ludzie doprowadzeni do ostateczności.

Maciej Pawlak
Dobry wieczór we Wrocławiu
Wydawnictwo Novae Res
Gdynia 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Wydawnictwu Novae Res.

Anita Demianowicz "Końca świata nie było"

Nie wiem, czy pamiętacie akcję z końcem świata, który według kalendarza Majów miał nastąpić 21 grudnia 2012 roku. Ja nawet pamiętam, co wtedy robiłam. Odwoziłam chomika do koleżanki, która miała się nim zająć, gdy wyjeżdżałam na święta do rodziców. Żartowałam, że najwyżej zginę z transporterem w ręce. Końca świata jednak nie uświadczyłam. Dlaczego jednak o nim wspominam, skoro data ważności już minęła?

Anita Demianowicz chciała zmienić coś w swoim życiu. Po pięciu latach pracy w korporacji postanowiła rzucić robotę i wyrwać się z rutyny. Kupiła więc bilet, spakowała plecak, zostawiła w domu męża i wyjechała na pięć miesięcy do Ameryki Środkowej. Odwiedziła w tym czasie Gwatemalę, Honduras, Salwador i Meksyk. Aby naprawdę dobrze poznać kraje, w których się znalazła, uczyła się języka hiszpańskiego i mieszkała u gościnnych rodzin. Z nimi spędziła Wielkanoc i Boże Narodzenie, uczestniczyła też w barwnych i hucznych procesjach. Podróżowała głównie tzw. chicken busami. Zakochała się w wulkanach i wspięła niemal na każdy, który znalazł się na jej drodze. W dżungli, którą przemierzała z blisko siedemdziesięcioletnim przewodnikiem, tropiła czarną pumę. W dawnej stolicy państwa Majów brała udział w uroczystościach związanych z końcem kalendarza Majów.

Wyjazd do Ameryki Środkowej stał się dla autorki początkiem wielkiej podróżniczej przygody autorki. na tym wyjeździe się nie skończyło. Urzekło mnie podejście jej męża do całej sytuacji. Bożydar nie miał nic przeciwko temu, by żona zostawiła go samego na parę miesięcy. Odwiózł ją na lotnisko, pomógł przygotować się do podróży, a po jej powrocie wyszukał dla niej kolejny tani bilet.

Autorka to prawdziwa baba z jajami. Jak ja jej zazdroszczę uwagi i samozaparcia. By zrozumieć mieszkańców, uczyła się języka hiszpańskiego. Po wyjeździe nie nocowała w hotelach, lecz u miejscowych rodzin. Opowieść kobiety jest pełna pasji. Wraz z nią przeżywałam jej wyjazd za granicę. Anita Demianowicz urzekła mnie swoją szczerością. Nie udawała chojraka. Przyznała się, że odczuwała strach. Wyjechała w nieznane i w sumie nie wiedziała, co ją czeka. Nie zawsze było jej łatwo, lecz nie załamywała rąk, tylko robiła wszystko, by pokonać trudności. Końca świata nie było czyta się jednym tchem. To naprawdę niezwykła opowieść i z wielką chęcią przeczytałabym kolejną książkę autorki, o ile tylko powstanie.

Wiecie, co podoba mi się najbardziej w książkach podróżniczych? Zdjęcia. To dzięki nim przenoszę się wraz z autorami w dalekie strony, których sama pewnie nigdy nie odwiedzę. Póki co mnie na to nie stać. Zdjęcia w Końca świata nie było robią wrażenie. Są niezwykłe, tętnią życiem. Trzeba mieć dobre oko, by zrobić takie fotki. Ogromny szacuj.

Sama chciałabym ruszyć w taką podróż w nieznane, lecz chwilowo brakuje mi na to funduszy i odwagi. Nie umiałabym porzucić swojego życia i tak po prostu wyjechać. Jednak zbyt wiele rzeczy trzyma mnie w Polsce. Dzięki Anicie Demianowicz przeniosłam się do zupełnie innego świata. Poznałam kulturę, o której w sumie niewiele wiedziałam.

To jedna z lepszych książek podróżniczych, jakie miałam okazję w tym roku czytać. Jeśli szukacie dobrej relacji z podróży, której prędko nie zapomnicie, polecam wam Końca świata nie było. Nie powinniście czuć się rozczarowani. Anita Demianowicz w niezwykły sposób opowiada o tym, co przeżyła.

Anita Demianowicz
Końca świata nie było
Wydawnictwo Bezdroża
Kraków 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Portalowi Sztukater i Wydawnictwu Bezdroża.

Beata Lewandowska-Kaftan "Afryka jest kobietą"

Afrykańskie kobiety chyba do końca życia będą kojarzyły mi się z matronami, które zostały w brutalny sposób obrzezane. Jaki obraz mieszkanek Afryki przedstawiła mi Beata Lewandowska-Kaftan.

Według afrykańskich obyczajów, zwłaszcza w wioskach, kobieta została stworzona do tego, by urodzić jak najwięcej dzieci. Ich zadaniem jest opiekowanie się domem. Mężczyzna ma jej zapewnić pożywienie. W niektórych rejonach Afryki kobiety, które nie mogą mieć dzieci, nie są poniżane, wręcz przeciwnie. Opiekują się potomstwem pozostałych żon swojego męża i traktują je jak własne. Nikt nie wytyka ich palcami. Nie wszystkie z nich zostały obrzezane. Niektóre plemiona porzuciły ten barbarzyński obyczaj. Kobiety mieszkające poza miastem, są dumne i pewne siebie. Dobrze wiedzą, kim są, mają w sercu silnie zakorzenioną plemienną tradycję. Rola kobiet w wielu plemionach wzrasta. Niektóre z nich zaczynają nawet na siebie zarabiać. Nie wszystkim mężczyznom się to podoba, lecz nie są w stanie nic na to poradzić. Wiedzą, że bez kobiet zbyt długo nie przetrwają.

Pochodzące z Afryki kobiety są jak barwne ptaki. Ubrane w kolorowe ubrania i korale wyglądają pięknie. Chętnie pozują do zdjęć z turystami i żeby na tym zarobić, są w stanie zrobić wiele. Nawet włożyć na siebie dziwne rzeczy, co możecie zauważyć na jednej z fotografii.

Beata Lewandowska-Kaftan pokazuje również to, jak wygląda macierzyństwo afrykańskich kobiet. Jak wspomniałam, mają one wiele dzieci, co nie znaczy, że puszczają je samopas i pozwalają robić im to, co chcą. Przekonajcie się sami, jak wygląda wychowanie dziecka na Czarnym Lądzie. Zastanawialiście się, skąd biorą się dziwne czasem afrykańskie imiona? Autorka to wyjaśnia. Nadanie imienia dziecku to przywilej matki. Przeważnie kojarzy się ono z ważnym wydarzeniem, które towarzyszyło porodowi. Wspomniano tu choćby chłopca o imieniu Erplejn. Nad głową jego rodzącej matki przeleciał samolot, stąd też pomysł na imię.

Ta książka pokazała mi Afrykę z zupełnie innej strony. Przeważnie poznawałam ją z perspektywy mężczyzny, wojownika, który ruszał na polowanie i zapładniał swoje żony, licząc na narodziny kolejnego syna. Beata Lewandowska-Kaftan pozwoliła mi poznać siłę afrykańskich kobiet, ich majestat. Niektóre z nich wzbudzały mój strach, ale przed każdą z nich czułam respekt i zaczynałam je podziwiać. Nie mają w życiu lekko, jednak kroczą przez nie z dumą. Za sprawą autorki mogłam też uczestniczyć w afrykańskim weselu. To była niezwykła lekcja kultury. Jedyny opis wesela z tamtych stron znałam z Białej Masajki i cieszę się, że Beata Lewandowska-Kaftan nieco uzupełniła moją wiedzę na temat ślubnych obyczajów rodem z Afryki. Znajdziecie tu także fotorelację z tego wydarzenia.

Afryka zawsze będzie z jednej strony budzić niepokój, ale również i zachwycać. Beata Lewandowska-Kaftan przeniosła mnie do zupełnie innego świata. Pozwoliła mi spojrzeć na niego swoimi oczami. Jej opowieść uzupełniają przepiękne zdjęcia, dzięki którym Afrykę mamy na wyciągnięcie ręki.

Polecam wszystkim gorąco tę książkę. Dzięki niej w zupełnie inny sposób spojrzycie na Afrykę i mieszkających w niej ludzi. Ja sama dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy i poznałam ludzi, którzy porzucili Europę, by wyjechać do Afryki. Z chęcią jeszcze kiedyś wrócę do tej książki. Sobie i Wam życzę równie dobrych opowieści z podróży. Beata Lewandowska-Kaftan jak potrafi przenieść czytelnika do innej rzeczywistości. Nie będziecie się z nią nudzić na Czarnym Lądzie. Mogę Wam to zagwarantować.

Beata Lewandowska-Kaftan
Afryka jest kobietą
Edipresse Książki
Warszawa 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Portalowi Sztukater i Wydawnictwu Edipresse Książki.

Poniedziałki ze zbrodnią w tle: #77 Anna Karnicka "Paradoks marionetki. Sprawa Klary B."

"Drogi Martinie,
witamy w progach Kolegium Iluzji i Manipulacji! Nigdy o nas nie słyszałeś? Bardzo dobrze! Nie lubimy przyciągać uwagi. Od wieków sprawujemy władzę zarówno nad waszym światem, jak i nad przylegającymi do niego krainami pogranicza.
Dołącz do nas, a nauczymy Cię kontrolować wszystko i wszystkich. Poznaj naszych adeptów – młodych, zdolnych i bezwzględnych. Poznaj wykładowców – podstępnych, pogrążonych w ponurych knowaniach, uczestniczących w trwających do wieków spiskach.
Stań się jednym z nas! Dołącz do prawdziwych władców!
Erika Ekhart"

Martin ma 19 lat i marzy o tym, by pracować w teatrze lalkowym. Gdy dostaje zaproszenie na egzamin wstępny do prestiżowej Praskiej Szkoły Lalkarzy, czuje, że spełniają się jego marzenia. Jest tylko jeden problem. Chłopak nie ma własnej marionetki, a jej zakup przewyższa możliwości Martina. By zdobyć lalkę, zatrudnia się w sklepie. Szybko jednak okazuje się, że spełnienie marzeń będzie go kosztowało zbyt wiele.

Nie wiem, jak Wy, ale ja za każdym razem czuję ciarki na plecach, gdy widzę marionetki. Zwłaszcza te starej daty. Chyba za dużo horrorów się naoglądałam. Byłam ciekawa, w jaki sposób Anna Karnicka wykorzysta lalki w swojej powieści. Czytaliście kiedyś książkę o szkole lalkarzy? Ja spotkałam się z nią po raz pierwszy i przyznam, że choć nieco obawiałam się tego, co mnie spotka, historia przypadła mi do gustu. Jest w niej nieco fantastyki, ale to mi akurat nie przeszkadzało. Urzekł mnie także motyw egzaminu wstępnego do szkoły lalkarzy. Czegoś takiego jeszcze nie czytałam. Intrygowała mnie szkoła lalkarzy, do której niełatwo było się dostać. Oblanie egzaminu wstępnego oznaczało nie tylko pożegnanie się z marzeniami. Z czym jeszcze? Tego musicie dowiedzieć się sami.

Kim jest tytułowa Klara B.? Dziewczyna była przyjaciółką Martina. Nie podchodziła zbyt optymistycznie do planów Martina i ich kontakt urwał się, gdy chłopak zaczął pracować w sklepiku. Dwa tygodnie później Martin dowiaduje się, że Klara została zamordowana.

Paradoks marionetki. Sprawa Klary B. to powieść raczej dla młodzieży, ale również starsi czytelnicy znajdą tu coś dla siebie. Co prawda dość szybko zorientowałam się, kto zamordował Klarę, lecz niespecjalnie mi to przeszkadzało w lekturze. Współczułam Martinowi utraty przyjaciółki i z uwagą śledziłam to, jak próbuje rozwikłać zagadkę jej śmierci. 

Martin jest nieco zagubiony w świecie. Za wszelką cenę chce spełnić swoje marzenia. Na początku nie byłam do niego specjalnie przekonana, ale z biegiem akcji powoli zaczynałam go rozumieć. Na nerwy zaś grała mi Canelle. Jakoś nie mogłam za nią nadążyć i nie zapałałam do niej ciepłymi uczuciami, choć mamy ze sobą trochę wspólnego.

Ta książka to zapowiedź dobrej serii. Jest tu jeszcze trochę niedociągnięć, lecz myślę, że Anna Karnicka będzie w stanie nad nimi popracować. Nie pogniewałabym się, gdyby nieco dopracowała Martina. Choć zaczęłam go rozumieć, mam wrażenie, że czegoś mu brakowało. Mam nadzieję, że w kolejnej części chłopak nieco dorośnie i rozwinie skrzydła. Zakończenie zachęciło mnie do sięgnięcia po następne powieści autorki. Jestem ciekawa tego, jak potoczą się losy Martina.

Jeśli szukacie lekkiej książki ze zbrodnią w tle, myślę, że spokojnie możecie przeczytać Paradoks marionetki. Opowieść stworzona przez Annę Karnicką wciąga i bardzo szybko mija przy niej czas. Poznajcie Martina i przekonajcie się, czy chcecie wraz z nim spróbować dostać się do szkoły lalkarzy.

Anna Karnicka
Paradoks marionetki. Sprawa Klary B.
Wydawnictwo Genius Creations
Bydgoszcz 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Portalowi Sztukater i Wydawnictwu Genius Creations.

Czytelnia po godzinach: #2 Elder Sign

Dzisiaj chcę opowiedzieć Wam o jednej z pierwszych gier, które załatwił dla mnie mąż, gdy na dobre zaczęłam wciągać się w planszówki. Oto Elder Sign. Gra idealna do podróży. Można w nią grać nawet samemu. Jeśli do rozgrywki zasiada więcej osób, trzeba obmyślić strategię przed rozpoczęciem gry. W Elder Signie gra się bowiem zespołowo i albo wygrywają wszyscy, albo wszyscy przegrywają. Innej opcji nie ma. Na zdjęciu widzicie planszę przygotowaną do gry. Przed przystąpieniem do rozgrywki gracze wybierają lub losują przedwiecznego, z którym będą walczyć.

Zasadniczo w trakcie rozgrywki przedwieczny nie robi graczom większej krzywdy. Trzeba tylko zwracać uwagę na jego specjalne umiejętności opisane tuż pod jego nazwą. W przypadku Hastura jest to dodanie jednego doom tokena (mały żetonik po prawej stronie), czyli żetonu, który odlicza czas do przebudzenia przedwiecznego za rozwiązanie zagadki w innym świecie. Zadaniem graczy jest niedopuszczenie do jego przebudzenia poprzez zbieranie Elder Signów (niebieski żeton z gwiazdką). Muszą zebrać ich tyle, ile wynosi liczba nadrukowana w kółku na karcie przedwiecznego. W tym trybie gry można kupować te żetony w miejscu, w którym gracze rozpoczynają rozgrywkę. Dodatki tę możliwość odbierają. W momencie, gdy ścieżka na karcie przedwiecznego zostaje zapełniona, on budzi się i dochodzi do ostatecznej rozgrywki. Gracze wygrywają, jeśli uda im się wyczyścić ścieżkę, wyrzucając odpowiednią kombinację z kostek. Przegrywają, gdy ostatni z nich zostanie wyeliminowany.

Po wyborze przedwiecznego gracze decydują się, jaką postacią zagrają. Mogą ją wylosować lub wybrać. Na zdjęciu obok jest ulubienica mojego męża, Jenny. Każdy z bohaterów ma unikatową umiejętność, która jest opisana na karcie. Większość z nich dotyczy wyłącznie ich samych, jednak jest kilka wyjątków, jak na przykład Mandy, Caroline i Vincent, którzy mogą pomóc innym graczom. Bohaterowie mają na karcie zaznaczoną wytrzymałość psychiczną, fizyczną oraz ekwipunek, z którym rozpoczynają grę. 

Skoro o ekwipunku mowa. Przygotowując grę, należy rozdzielić karty ekwipunku na 4 grupy. Zaklęcia (fioletowe karty), zwykłe przedmioty (żółte karty), przedmioty magiczne (czerwone karty) oraz sojuszników (pomarańczowe karty). Jak wspomniałam, każdy bohater zaczyna z zestawem kart. Można je zdobywać, wymieniając trofea lub jako nagrody za rozwiązanie zadań. Bohaterowie nie mogą niestety wymieniać się przedmiotami. Na zaklęciach można zatrzymać kostkę, która będzie potrzebna do rozwiązania, gdyż tylko Amanda może wykonać więcej niż jedną część zadania na raz. Żółte i czerwone karty przeważnie powodują dodanie dodatkowej kostki, sojusznicy zaś pomagają w wykonywaniu zadań. Większość z nich po pewnym czasie odpada z rozgrywki. 

Elder Sign to gra, w której wykonuje się zadania, rzucając kostkami. Standardowo gracze mają do dyspozycji sześć zielonych kostek. Używając przedmiotów, mogą do tej puli dodać dodatkowe kostki. Żółtą i czerwoną. Większość bohaterów nie ma umiejętności do przekręcania wyniku, jaki wypadnie na kości. Tę umiejętność mają Michael, Harvey i Darell. W wielu przypadkach to bardzo przydatna umiejętność, dlatego ja bardzo często wybieram do rozgrywki Michaela. W wyrzucaniu czaszek jest mistrzem. Kostki można jednak przerzucić, wykorzystując wskazówki.

Rozgrywka rozpoczyna się ułożeniem sześciu zwykłych kart z zadaniami. W naszym przypadku było ich siedem, gdyż musieliśmy dołożyć dodatkową. Kiedy plansza jest gotowa, odkrywa się kartę mitu i czyta się, co jest na niej napisane. W pierwszej turze bierze się pod uwagę tylko to, co jest na dole. Jedna tura wynosi cztery kolejki. Czas odmierza zegar, który możecie zobaczyć na pierwszym zdjęciu. Następnie gracze przechodzą do wykonywania zadań. Fotografia obok przedstawia rozwiązane przez Jenny zadanie. W nagrodę otrzymuje ona tę kartę jako trofeum oraz to, co jest nadrukowane na dole po prawej stronie. To, co widzicie po lewej stronie to kara, którą Jenny poniosłaby, gdyby nie udało jej się wykonać zadania. Pamiętajcie o tym, by przed przystąpieniem do rozwiązywania zadania sprawdzić, jak wyglądają Wasze parametry. Mój mąż jest mistrzem w ginięciu, bo zapomniało mu się zwrócić na to uwagę, a ja nie zdążyłam go zatrzymać. Nikt w tej grze nie umiera tak często jak on. Śmierć bohatera oznacza pociągnięcie kolejnej postaci, ale także doładowanie przedwiecznego, więc dobrze radzę, nie bierzcie przykładu z mojego męża i nie gińcie. Bohatera nie można zmienić w momencie, gdy dochodzi do ostatecznej rozgrywki. Pod koniec rundy następuje przekręcenie wskazówki zegara i kolejny gracz rozpoczyna swoją turę. Każda rozwiązana zagadka jest zastąpiona kolejną. Mogą także pojawić się karty innych światów, w których zadania są nieco trudniejsze, ale i nagrody są bardziej atrakcyjne.

Na kartach mogą pojawić się dodatkowe utrudnienia, czyli potwory. Wtedy gracz potrzebuje więcej kostek i szczęścia, by rozwiązać zadanie, jednak wtedy w nagrodę otrzymuje aż dwa trofea, chyba że co innego mówi opis potwora i dostaje się za niego dodatkowy przedmiot. Tu widzicie, jak Jenny walczy z wiedźmą, wykorzystując dodatkowe przedmioty. Tajemniczy pan na czerwonej kostce to joker, którego można wykorzystać jako dowolny symbol.

Gra wciąga i jest przy niej sporo śmiechu. Bywa też groźnie, gdy mój mąż w kluczowym momencie zapomina, że ma tylko jedno serce, idzie na przygodę, oblewa ją i ginie, bo karą jest utrata dwóch serc. Nie zawsze też siadają rzuty. Gra jeździ z nami na wakacje. Zajmuje niewiele miejsca w walizce i pomaga przetrwać deszczowe dni. Kiedy gramy w nią większą ekipą, jestem czymś w rodzaju guru, które mówi kto gdzie ma iść. Jestem już w to ograna i mniej więcej wiem, co gdzie kogoś czeka. To jedna z najmniej skomplikowanych gier, które mamy w repertuarze. Wymaga jednak logicznego myślenia. Jeden zły ruch może czasem przesądzić o wyniku, dlatego warto między sobą konsultować poszczególne ruchu. Podpowiadanie jest dozwolone i mile widziane, zwłaszcza w przypadku niedoświadczonych graczy. Każda rozgrywka jest inna i nie sposób się znudzić tą grą. Polecamy.

Liczba graczy: 1-8
Wiek: od 13 lat
Czas gry: ok. 60 minut
Losowość w skali 1-10: 7
Złożoność w skali 1-10: 5
Interakcja w skali 1-10: 7
Końcowa ocena gry: 8
Czytelnia mola książkowego © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka