Irene Spencer "Żona mormona"


Drogie Panie, wyobraźcie sobie, że Wasz mąż oprócz Was ma jeszcze kilka żon, z którymi musicie się nim dzielić. Nie możecie podzielić się z mężem swoimi smutkami, bo on akurat spędza czas ze swoją nową małżonką. Macie nie jedno czy dwoje rozrabiających na całego dzieci, lecz trzynaścioro, a do tego dochodzi Wam całe stadko pasierbów. Brzmi koszmarnie, prawda? My, osoby wychowane w przekonaniu, że w związek małżeński wchodzą tylko 2 osoby, nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie takiej sytuacji.
Z Irene Spencer było inaczej. Ona wychowała się w przekonaniu, że obowiązkiem mężczyzny jest posiadanie wielu żon. To była dla niej normalna sytuacja. Jak inaczej można wypełnić boży przykaz mówiący o tym, że należy się rozmnażać i zapełnić Ziemię swoim potomstwem? Jednej kobiecie byłoby ciężko urodzić 53 dzieci, a tyle właśnie pociech miał mąż Irene, Verlan.
Zanim ta kobieta wstąpiła w związek małżeński, poznała mężczyznę, w którym się z wzajemnością zakochała. Jednak wychowanie, jakie odebrała, nie pozwoliło jej na poślubienie go. Chciała być posłuszna swojej wierze i odeszła od ukochanego. Czytając książkę podziwiałam ją za to, że potrafiła to zrobić i poświęciła szczęście osobiste na rzecz dzielenia się mężem z jego innymi żonami.
W świetle prawa małżeństwo Irene i Verlana nie było legalne. Zakazano bowiem wielożeństwa. Kobieta nie mogła przyznawać się do tego, że jest żoną swojego męża, gdyż ten mógł zostać ukarany za złamanie prawa. Dla młodej dziewczyny to koszmar. Jak tu nie chwalić się, że jest się mężatką?
Irene borykała się nie tylko z prawnymi problemami. Chorowała, a w jej domu panowała bieda. Trudno się temu dziwić, w końcu nie pracowała, a mąż miał na utrzymaniu nieustannie powiększającą się rodzinę. Jednym z najbardziej poruszających momentów była chwila, gdy pojechała ona do ginekologa, gdy była w ciąży. Nie miała pieniędzy na ubranie, więc uszyła ciuchy z worków. Wstydziła się, kiedy musiała się rozebrać, bo wiedziała, że lekarz to zauważy. Irene przeżywała także to, że nie ma w co ubrać się na kolejny ślub własnego męża.
Najbardziej zaskakujące jest to, że w tej dość specyficznej rodzinie panował względny ład. Żony pomagały sobie przy porodach i starały się nie rozróżniać dzieci na swoje i cudze. Wszystkie były ich.
Kiedy książka ukazała się, Irene była w innym związku małżeńskim, tym razem miała męża tylko dla siebie. Część jej dzieci zerwała z tradycją, w jakiej wychowała się ich matka. Nie chciały przejść przez to, co ona. Żonę mormona polecam wszystkim tym, którzy interesują się innymi religiami i lubią czytać historie oparte na faktach. Co prawda autorka nie napisała obszernego studium o mormonach, lecz pokazała nam to, o czym wyznawcy tej religii nie mówią głośno. Za to właśnie cenię tę książkę.

Irene Spencer
Żona mormona
Świat książki



Peter V. Brett "Wielki bazar. Złoto Brayana"



Przygody Arlena, Leeshy i Rojera wciągnęły mnie na całego. Już nie pamiętam kiedy ostatnio z takim utęsknieniem czekałam na to, aż Michał skończy czytać jakąś książkę i pozwoli mi do niej zajrzeć. Jestem na etapie czytania Pustynnej włóczni, więc spodziewajcie się niebawem relacji po jej lekturze :)
Wielki bazar. Złoto Brayana to cieniutka książeczka zawierająca tytułowe opowiadania. Pierwsze z nich uzupełnia trzyletnią lukę w życiu Arlena, która powstała między rozdziałem szesnastym i siedemnastym. Nieco dalej możemy zapoznać się ze scenami wyciętymi z Malowanego człowieka. Znowu mogłam spotkać się z Bruną. Ogromny plus dla autora za umieszczenie opisów demonów oraz sposobów walki z nimi. Pojawiają się także runy. Każda z nich jest zilustrowana. Zapoznajemy się z ich działaniem. Tego brakowało. Owszem, w książce pojawiały się ilustracje, ale nie były opisane i nie do końca wiedziało się na co się patrzy. Runy jak runy, lecz co by było, jakby mnie za oknem się zrespiły demony i narysowałabym nie to, co trzeba? Ręka, noga, mózg na ścianie jak nic :) Teraz już wiem jak się przygotować na najazd demonów :)
Drugiego opowiadania nie było w żadnej z części Malowanego człowieka. To opowiadanie powstało na prośbę przyjaciela pisarza, który zarzucił mu, że nie może pisać w spisie demonów, że istnieją ich śnieżne odmiany, nie wspominając o nich w żadnej z książek. Miał facet rację. Przyjemnie czytało się historię o wyprawie do Złota Brayana. To była pierwsza poważniejsza misja, jaką miał do wykonania Arlen. Oczywiście nie mogło obejść się bez niespodzianek i gości, których nikt by się nie spodziewał.
Jedynym minusem jest cena tej książki. My na szczęście ją pożyczyliśmy od wujka Michała, ale ponad 30 zł za tak cienką książkę to lekka przesada. Uwielbiam Arlena i Leeshę, ale musiałabym się kilka razy zastanowić czy zainwestować w ten zbiór opowiadań. Znając mnie, z uporem maniaka przetrząsałabym sieć w poszukiwaniu tańszego egzemplarza. W każdym razie wszystkim tym, którzy uwielbiają cykl demoniczny, a nie zapoznali się z tą pozycją, zalecam nadrobienie zaległości.

Peter V. Brett
Wielki bazar. Złoto Brayana
Wydawnictwo Fabryka Słów

Stafanie Marsh, Bojan Pancevski "Zbrodnie Josefa Fritzla. Analiza faktów"


Jeśli nie liczyć Pamiętników Anny Frank i książki 501 most notorious crimes (niestety, ta książka nie została przełożona na język polski) Zbrodnie Josefa Fritzla są chyba najmocniejszą lekturą w całej mojej okazałej biblioteczce. Zawsze interesowały mnie przestępstwa, więc kiedy zobaczyłam tę książkę na wyprzedaży wiedziałam, że muszę ją mieć.
O Josefie Fritzlu słyszała chyba większość mieszkańców kuli ziemskiej. Dla tych, którym ta postać jest obca, przytoczę fragment z czwartej strony okładki:
"19 kwietnia 2008 roku Josef Fritzl wezwał karetkę do swojego domu przy Ybbsstrasse. Lekarzom powiedział, że znalazł pod drzwiami nieprzytomną i ciężko chorą dziewiętnastoletnią dziewczynę.
Dwa dni później policja odkryła osobliwe więzienie zbudowane w piwnicy tego domu, a podwójne życie Josefa Fritzla, pełne niewyobrażalnej perfidii i okrucieństwa, ujrzało światło dzienne".
Fritzl latami więził w piwnicy córkę, z którą spłodził siedmioro dzieci. Ta książka opisuje jakie czynniki doprowadziły do tego dramatu. Ja nie mogłam oderwać się od lektury. Nie mieściło mi się w głowie jak ojciec mógł zrobić coś takiego własnemu dziecku. To jest przerażające. Na początku książki jej autorzy zwracają uwagę na to, że nigdy szczegółowo nie przesłuchano członków rodziny Fritzlów. Mnie zastanawia czemu żona Josefa się nie zainteresowała tym co robi. Widziała, że mąż znosi do piwnicy materace, lodówkę, kabinę prysznicową i inne rzeczy potrzebne do urządzenia mieszkania, ale nigdy nie zainteresowała się po co mu one. Nie zapytała o to. Może nie musiała, bo o wszystkim wiedziała? W toku śledztwa okazało się, że hałasy, jakie dobiegały z dołu były słyszalne do góry, więc dlaczego nikt z tym nic nie zrobił? We wstępie napisano, że zbrodnię można było wykryć wcześniej i skrócić mękę tej kobiety i jej dzieci... To się naprawdę nie mieści w głowie...
Zdumiewające jest to, w jaki sposób Fritzl prowadził swoje podwójne życie. W ciągu dnia schodził do piwnicy, gdzie gwałcił córkę i płodził z nią dzieci, a wieczorem zasiadał jak gdyby nigdy nic wraz z żoną do kolacji. Z Elisabeth miał siedmioro dzieci, jedno z nich zmarło. Troje zabrał "na górę". Były "podrzuconymi" wnuczętami, które wraz z żoną uratował przed śmiercią. Dwoje starszych i najmłodszy chłopiec zostali z matką. Czytając Zbrodnie Josefa Fritzla byłam pełna podziwu dla Elisabeth. Żyła w okropnych warunkach, ale potrafiła tam zrobić namiastkę domu dla swojego potomstwa.Uczyła je, pielęgnowała, leczyła i troszczyła się o to, by niczego im nie zabrakło.To niesamowita kobieta.
Kiedy sprawa wyszła na jaw, siostra Rosemarie, żony Fritzla, próbowała zrobić z niej ofiarę. Opowiadała prasie jak teraz ciężko jej się żyje. Przyznaję, że nie było mi jej żal. Tyle razy pozwalała mężowi robić krzywdę sobie i dzieciom, że sama była sobie winna. W książce czytamy, że "doszło do nieprzyjemnej sytuacji, kiedy opieka społeczna pomyłkowo przelała na konto Rosemarie trzy tysiące euro, które powinny trafić do Elisabeth jako fundusze na opiekę nad Kerstin, Stefanem i Feliksem. Chociaż matka natychmiast zadzwoniła do córki z informacją o pomyłce, miała - według Christine - cichą nadzieję, że Elisabeth przymknie oko i pozwoli matce zatrzymać pieniądze. Tymczasem otrzymała suchy list od prawnika Elisabeth Christopha Herbsta domagający się zwrotu całej kwoty w ciągu czternastu dni" (s.247). Jeśli to, co mówiła Christine, to prawda, nie tylko Josef był potworem, jego żona także. Jak mogła o czymś takim pomyśleć? Owszem, pieniądze nie wynagrodzą Elisabeth tego, przez co przeszła, ale po tym wszystkim należy jej się godne życie.
Książkę polecam tylko czytelnikom o mocnych nerwach. Nie każdy będzie w stanie przebrnąć przez mrożące krew w żyłach opisy.

Stefanie Marsh, Bojan Pancevski
Zbrodnie Josefa Fritzla. Analiza faktów
Wydawnictwo Nasza Księgarnia


Nicholas Sparks "Ostatnia piosenka"


Tego pana chyba nie trzeba zbyt wielu osobom przedstawiać, chociaż pewnie spora część społeczeństwa kojarzy go głównie z filmów na podstawie jego powieści. Moje pierwsze spotkanie z nim to była Jesienna miłość. Już wtedy wiedziałam, że zaprzyjaźnimy się na dłużej.
Ostatnia piosenka to historia Ronnie, zbuntowanej nastolatki, która przyjeżdża wraz z młodszym bratem na wakacje do ojca. Nie widziała go od trzech lat i perspektywa spotkania z nim nie napawa dziewczyny entuzjazmem. Wydaje jej się, że spotyka ją najgorsza kara, na jaką może zasłużyć.Co można robić z dala od znajomych w miejscu, gdzie diabeł mówi "dobranoc"? Teoretycznie nic, ale szybko okazuje się, że Ronnie pomyliła się myśląc, że czekają ją najgorsze wakacje w życiu. Poznaje przystojnego siatkarza - Willa. Zakochuje się w nim z wzajemnością. Pozostaje jeden problem. On jest stąd, a ona po wakacjach wróci do matki do Nowego Jorku. Czy ich miłość ma szansę przetrwać próbę czasu i czy odległość na pewno nie będzie miała dla nich znaczenia?
Przyznam, że czytając tę książkę miałam mieszane uczucia jak ją ocenić. Nieraz wydawało mi się, że czytam lekturę dla młodzieży, innym razem wydawało mi się, że prawdziwą wartość tej powieści docenią tylko ci, którzy w życiu wiele przeszli i stracili ukochaną osobę. Wtedy będą mogli zrozumieć zachowanie Ronnie. Kilka ostatnich stron czytałam ze łzami w oczach. Poniekąd mam z bohaterką trochę wspólnego. Polubiłam tę dziewczynę pomimo tego, że miała purpurowe pasemka, uwielbiała czarny kolor i robiła wiele rzeczy na przekór innym. W końcu okazało się, że nie jest wcale taka zła, lecz zagubiona. Mam słabość do takich bohaterek. A Will? Ideał, o jakim marzy pewnie niejedna dziewczyna.
Szczególną sympatią darzyłam także ojca Ronnie, Steve'a. To był taki poczciwy człowiek. Dobry ojciec, pomocny parafianin. Mężczyzna z pasją. Niewielu takich znam, a przydałoby się kilku takich w naszym społeczeństwie. Czytając o nim aż sama chciałam coś w swoim życiu zmienić.
Książkę polecam przede wszystkim paniom, nie wiem czy panowie znajdą coś dla siebie, co nie znaczy, że mają tę pozycję omijać szerokim łukiem. Tego nie powiedziałam, może akurat uda im się trafić na cytat, który będzie ich myślą przewodnią na najbliższe kilka lat :)

Nicholas Sparks
Ostatnia piosenka
Wydawnictwo Albatros

Noah Gordon "Medicus"


Tak, jak w przypadku Białej Masajki najpierw był film, potem książka. Bardzo rzadko zdarza mi się obejrzeć ekranizację przed lekturą, ale chyba muszę przestać to robić. Przyznaję, że przez film miałam początkowo problem z przebrnięciem przez Medicusa. Akcji jakby w ogóle nie było, nic mi się nie zgadzało. Dramat. Postanowiłam jednak nie poddawać się i okazało się, że książka jest świetna.
To historia osieroconego Roba J. Cole'a, którego po śmierci ojca przygarnia balwierz. Rozdzielony z rodzeństwem chłopak przy boku swojego opiekuna uczy się żonglerki, a także przygląda się metodom leczenia pacjentów. W tamtych czasach nie znano ich zbyt wiele. Głównie puszczano krew. Kto by się tam czepiał, że od tego większość ludzi umierała? Pfff, drobny szczegół, operacja się udała, pacjent zmarł. Kiedy opiekun Roba niespodziewanie odchodzi z tego świata, chłopak dowiaduje się, że gdzieś w dalekiej Persji jest człowiek, który może nauczyć go tego, jak dobrze leczyć ludzi. Nazywa się Ibn Sina. Dostanie się do jego szkoły staje się dla głównego bohatera priorytetem. Na przeszkodzie stoi mu jednak wiara. Wschód nie jest przyjazny dla chrześcijan. Rob i z tym problemem potrafi sobie poradzić. Nie mógł przecież pozwolić, by dar, który w sobie odkrył, został zmarnowany.
Uwielbiam książki o średniowieczu. Medicusa mogę z czystym sumieniem dodać do ulubionych powieści, których akcja toczy się w tych czasach, choć, jak pisałam na początku, stawiała mi pewne opory. Co prawda trochę mnie podnosiło, kiedy czytałam o rozrywkach z niedźwiedziami, ale wiem, że takie rzeczy były kiedyś na porządku dziennym. Teraz zareagowaliby ludzie z Greenpeace. Wtedy nikogo takiego nie było. Niezwykle ciekawy jest sposób, w jaki opisano metody leczenia. Nie można było robić sekcji, bo zabraniała tego religia, a jak poznać wnętrze człowieka nie otwierając go? Nie wiedząc co jest w środku nie można pomóc choremu. Medicus to pierwsza część cyklu o lekarskim rodzie Cole'ów. Jeśli tylko dorwę następne części, na pewno je przeczytam. Wszystkim tym, których interesuje średniowiecze i dawne sposoby leczenia polecam tę książkę. Może być tak, że Wam też będzie nieco ciężko przebrnąć przez początek, ale uwierzcie mi, warto zacisnąć zęby i czytać dalej. Nie pożałujecie czasu, jaki spędzicie przy tej lekturze.

Noah Gordon
Medicus
Wydawnictwo "Książnica"


Stephen King "4 po północy"


Ta książka to było moje pierwsze spotkanie z panem Kingiem. O ile dobrze pamiętam, nie chodziłam jeszcze do liceum, kiedy przeczytałam ten zbiór opowiadań. Teraz miałam okazję go sobie odświeżyć.
W swojej czytelniczej karierze kilkakrotnie spotkałam się z twórczością Kinga. Nie wszystkie jego książki udało mi się przeczytać w całości. Niektóre po prostu mnie od siebie odrzucały i mimo moich najszczerszych chęci nigdy ich nie skończyłam i pewnie nie skończę.
Przyznaję szczerze, że po upływie tych kilku lat najlepiej pamiętałam o co chodziło w pierwszym opowiadaniu, w Langolierach. Podczas standardowego lotu samolotem z pokładu znika większość pasażerów i obsługa. Zostają po nich tylko plomby dentystyczne, okulary i podręczne drobiazgi. Nikt nie wie dlaczego tak się stało. Do czasu. Wkrótce okazuje się, że za grupą ludzi, która przeżyła, podążają langoliery. To opowiadanie podobało mi się najbardziej z całego zbioru.
Drugie było Tajemnicze okno, tajemniczy ogród. Tego opowiadania nie pamiętałam w ogóle. Po ponownym przeczytaniu książki zaczęłam się zastanawiać dlaczego. Nie było złe. Spotykamy się z pisarzem, któremu jeden z czytelników zarzuca, że ukradł jego opowiadanie. Ten robi wszystko, by udowodnić swoją niewinność. Nie przychodzi mu to wcale łatwo. Powoli zaczyna popadać w obłęd. Spieraliśmy się z moim Michałem o co chodzi z zakończeniem. Każde z nas ma swoją teorię i chyba już tak pozostanie.
Policjant biblioteczny to trzecie opowiadanie z tego zbioru. Po latach jako tako pamiętałam, że był Policjant Biblioteczny, który ścigał dzieci nie potrafiące na czas oddać książek. Momentami opowiadanie było obrzydliwe i nie mam zbyt wielu dobrych wspomnień z nim związanych. Pomysł wydawał się w miarę ciekawy, ale im dalej w las, tym gorzej. Na początku coś się działo, później zaczynało wiać nudą.
Ostatnie opowiadanie, Polaroidowy pies nie przypadło mi do gustu ani trochę. Chłopiec dostaje na urodziny aparat, który nie robi rzeczywistych zdjęć, ale pokazuje psa szykującego się do skoku. To zupełnie do mnie nie przemówiło.
Wiele razy spotkałam się z opinią, że to książka bardzo nierówna względem poziomu opowiadań. Szczerze się pod nią podpiszę. 4 po północy jestem w stanie polecić fanom Kinga tylko ze względu na Langoliery i Tajemnicze okno, tajemniczy ogród. Resztę opowiadań przeczytać można, ale nie gwarantuję, że czytelnik nie odłoży książki dochodząc do końcówki Policjanta bibliotecznego czy do połowy Polaroidowego psa nie podziękuje panu Kingowi za dalszą współpracę.

Stephen King
4 po północy
Wydawnictwo Albatros

Elwira Watała "Wielcy zboczeńcy"



Jestem siostrą historyczki, która od małego wszczepiała we mnie miłość do historii, która była zamiatana pod dywan. Uwielbiałam czytać o kochankach królów, zdradzieckich intrygach itp. To siostra jest winna temu, że nie potrafiłam powiedzieć jak nazywała się żona jakiegoś władcy, ale za to jego "przyjaciółki" wymieniałam jednym tchem.
Na tę książkę trafiłam podczas pisania pracy licencjackiej. Mój temat dotyczył perwersji seksualnych, więc Wielcy zboczeńcy skusili mnie tytułem. Dodatkowo moja miłość do mrocznych zakamarków historii zaczęła mi mówić: "wypożycz ją, wypożycz ją", więc podreptałam do biblioteki i dzielnie znosząc wysoko uniesione brwi pani bibliotekarki, wróciłam do domu z tą książką.
Oto opis, który znajduje się na czwartej stronie okładki:
"Pedofilia nekrofilia, kazirodztwo, flagellacja, sadyzm, brutalne gwałty, także czarnoksięstwo, profanacja trupów, miłosne napoje to tylko niektóre wątki nowej bulwersującej książki Elwiry Watały. Jej chronologiczne ramy są szerokie: od Egiptu po Rosję Putina. Autorka obnaża różne dewiacje seksualne władców i wielkich tego świata, także tych, których zwykliśmy uważać za wzór cnót. Nie osądza swych bohaterów, nie wnika w motywy ich postępowania, nie piętnuje, nie usprawiedliwia. Z porażającą brutalnością ukazuje perwersyjne oblicze ludzkiej natury, potwierdzając opinię markiza de Sade'a o jej płochości. Lektura Wielkich zboczeńców może wyprowadzić z równowagi, oburzyć, nawet przerazić. To książka porażająca, jedynie dla czytelników o mocnych nerwach".
Mnie poraził i to ostro sposób, w jaki książka została napisana. Nie chodzi o tematykę. W Wielkich zboczeńcach brakuje ładu i składu na wszelkich możliwych polach. Dygresja autorki miesza się z suchymi historycznymi faktami, do których brakuje przypisów. Nie brakuje tu także błędów. Ot, choćby fakt, że według pani Watały, Walezy zasiadł na polskim tronie po Stefanie Batorym. Zdarzają się też ciekawe perełki historyczne. Można chociażby dowiedzieć się z lektury jak w dawnych czasach władcy z dalekich krajów zaręczali się ze swoimi przyszłymi małżonkami. O tym akurat w szkole nie uczą, a szkoda :)
Książkę czyta się szybko, ale miejscami nuży czytelnika swoim wydźwiękiem emocjonalnym.
Komu można polecić Wielkich zboczeńców? Ludziom, którym nie będzie przeszkadzał wszechobecny chaos oraz osobom lubiącym przemilczaną historię.

Elwira Watała
Wielcy zboczeńcy
RYTM 

Corinne Hofmann "Biała Masajka"


Moja przygoda z Białą Masajką zaczęła się od filmu. Na książkę trafiłam kilka miesięcy później w księgarni. Nie była droga, więc dołączyła do mojej pokaźnej już biblioteczki.
Jest to opowieść o Europejce, która pojechała do Kenii na urlop. Nie wiedziała, że spotka tam miłość swojego życia - pięknego wojownika Samburu, Lketingę. Dla niego porzuca swojego dotychczasowego przyjaciela i życie w Szwajcarii. Książka opisuje zderzenie dwóch kultur: europejskiej i afrykańskiej. Czy możliwe jest to, by ludzie całkowicie od siebie różni byli w stanie założyć rodzinę? Teoretycznie tak, w praktyce nie było już tak kolorowo. Brak znajomości wspólnego języka, problemy z biurokracją i przepaść kulturowa od samego początku rzucały cień na tę znajomość. Corinne wydawało się to nie przeszkadzać. Miała u boku swojego ukochanego mężczyznę i nie liczyło się dla niej nic więcej. Nie złamały jej nawet choroby i głód. Kłopoty, w jakie się wpakowała zaczęła dostrzegać dopiero wtedy, gdy na świat przyszło jej dziecko. To było dla niej motywacją, żeby wyjechać z Afryki i wrócić do Europy.
Czytając tę książkę byłam pełna podziwu dla tej kobiety. Gdybym ja napotkała tyle przeszkód co ona, uciekałabym gdzie pieprz rośnie. Rozumiem, różowe okulary, wielka miłość etc., ale nie wyobrażam sobie, żeby przejść przez takie piekło dla wielkiej miłości. Ona to zrobiła.
Dużo osób mówi, że autorka książki była naiwna. Trudno się z tym nie zgodzić. Porzucenie dobrej pracy, sprzedaż mieszkania i wyjazd z rodzinnego kraju, by osiedlić się wśród obcych ludzi wychowanych w innej kulturze... Dla mnie kosmos. W moim odczuciu ta opowieść mówi nie tylko o wielkiej miłości, rozczarowaniu i ucieczce z piekła. Wydaje mi się, że jest to przestroga dla tych, którzy myślą, że różnice kulturowe da się ominąć.
Duży plus za opisanie dwóch kultur bez oceniania ich. Corinne przedstawiła świat takim, jakim był. Europa wcale nie była lepsza od Afryki tylko dlatego, że ludzie z naszego kontynentu mają stały dostęp do cukru, papieru toaletowego i mają bieżącą wodę.
Niestety, styl ocierał się o grafomaństwo. Tyle błędów stylistycznych to ja dawno nie widziałam. Nie mówię, że ja takowych nie popełniam, nie ma ludzi idealnych, ale czasami zęby aż zgrzytały przy czytaniu.
Białą Masajkę polecam każdemu, kogo interesuje poznanie innej kultury. Z książki można dowiedzieć się wiele o życiu Kenijczyków i obyczajach, jakie panują w ich wioskach. Historia prawdziwa, nieraz wstrząsająca i na pewno dająca do myślenia.

Corinne Hofmann
Biała Masajka
Świat Książki



Jodi Picoul "Bez mojej zgody"


Bez mojej zgody to moje drugie spotkanie z twórczością Jodi Picoult. Przyznam szczerze, że ta książka mną wstrząsnęła.
Wyobraźcie sobie, że przyszliście na świat nie dlatego, że wasi rodzice tego bardzo pragnęli, lecz dlatego, że jedynie wasze narodziny mogą uratować życie chorej siostry. Tak było właśnie z Anną, bohaterką tej książki. Została poczęta, by jej krew pępowinową można było przetoczyć Kate. Poznajemy ją, gdy ma 13 lat i przeszła przez wiele zabiegów, by siostra miała możliwość pokonania śmiertelnej choroby. Jak każda nastolatka zastanawia się kim właściwie jest. Dochodzi do wniosku, że istnieje tylko jako dopełnienie siostry. Wtedy postanawia zawalczyć o swoją niezależność. Okazuje się, że decyzja, którą podjęła, może mieć fatalne skutki nie tylko dla jej rodziny, ale także dla Kate. Lektura tej książki stawia przed czytelnikiem wiele pytań. Co to znaczy być dobrą siostrą? Jaki jest dobry rodzic? I przede wszystkim: czy można ratować życie jednego dziecka kosztem drugiego?
Czytając tę książkę miałam chęć znaleźć się wśród bohaterów i zdrowo przyłożyć Sarze, matce Kate i Anny na opamiętanie. Ta postać wzbudzała u mnie najbardziej negatywne emocje, nie potrafiłam się do niej przekonać. Rozumiem, jedno z jej dzieci było chore, ale miała ich jeszcze dwójkę. Synem nie przejmowała się w ogóle. Młodszą córką też niezbyt. Pępkiem świata była dla niej Kate, wokół której kręciło się całe jej życie. Zupełnie tak, jak w przypadku Charlotte z Kruchej jak lód. Chyba nigdy nie polubię żadnej matki, którą stworzy pani Picoult. Irytowała mnie walka tej kobiety o życie jednego dziecka kosztem drugiego. Za to sympatią darzyłam męża Sary, Briana i prawnika, do którego o pomoc zwróciła się Anna.
Zakończenie książki mnie rozczarowało. Już drugi raz dzieje się tak w przypadku twórczości pani Picoult. Nie mówię, że było złe, bo nie było, ale spodziewałam się czegoś innego.
Po przeczytaniu Bez mojej zgody zaczęłam zastanawiać się nad tym, czy byłabym zdolna powołać do życia dziecko tylko po to, by jego narodziny uratowały życie drugiego. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Wydaje mi się, że nawet gdybym to zrobiła, nigdy nie posunęłabym się do tego, do czego chciała posunąć się Sara. To, że urodziło się dziecko, by jego krew pępowinowa pomogła starszej siostrze wygrać walkę z chorobą nie znaczy, że można je traktować jako fabrykę części zamiennych. Wstrząsnęło mną to, że ta kobieta nawet w chwilę po porodzie nie pomyślała o tym, by cieszyć się narodzinami Anny, lecz przypominała, by lekarze nie zapomnieli po co ona właściwie przyszła na świat.
Książkę mogę polecić właściwie każdemu. Daje do myślenia. To historia o tym, co dzieje się, gdy kocha się kogoś za bardzo. Nie polecam jedynie czytania jej w miejscach publicznych. Mogą polać się nad nią łzy, więc lepiej czytać ją w domowym zaciszu.

Jodi Picoult
Bez mojej zgody
Prószyński i S-ka


James Patterson, Gabrielle Charbonnet "Czarownica"


Na tę książkę trafiłam przez przypadek. Akurat do biblioteki dostarczono nowości, więc się nią zainteresowałam. Dodatkową motywacją do sięgnięcia po nią było nazwisko Pattersona, którego wierną fanką jestem od kilku lat. Przyznam szczerze, że mam mieszane uczucia co do tej książki.
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to fakt, że tytuł został źle przełożony. Oryginalnie brzmiał Witch & Wizard. Skończyłam co prawda filologię polską, nie angielską, ale angielskim posługuję się bardzo dobrze, więc widzę "drobną" różnicę. W sumie każdy, kto zna ten język zauważyłby, że coś jest nie tak. Nie trzeba po to tytułu magistra.
Książka opowiada historię o Wisty i Whicie. Rodzeństwie, które posiada magiczne moce. Dotąd dzieci cieszyły się wolnością, lecz pewnej nocy zostają aresztowani, gdyż ich zachowanie może zagrozić Nowemu Ładowi. Od rodziców dostają pałeczkę i książkę. Ot, niepotrzebne nikomu do niczego rzeczy. To, jak się później okaże, wcale nie są byle jakie przedmioty.
W groteskowym procesie dzieci zostają skazane na śmierć. Wykonanie wyroku ma odbyć się po skończeniu przez nie osiemnastego roku życia. Whitowi niewiele do tego czasu brakuje. Rodzeństwo oczekuje na egzekucję w szpitalu psychiatrycznym. Tam znajdują sojusznika, który umożliwia im ucieczkę. Rozpoczyna się walka z reżimem. Jeśli nie uda się pokonać władzy, zginie wiele dzieci. Każda pomyłka oznacza czyjąś śmierć.
Po przeczytaniu książki doszłam do wniosku, że zdecydowanie jestem na nią za stara. Owszem, czas płynie przy niej bardzo szybko, ale cała opowieść wydaje się trochę infantylna. Wszystko dzieje się za szybko. Dodatkowo język, jakim napisana jest Czarownica wydaje mi się ubogi. Plus należy się jednak autorom za pomysł. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z historią, w której czarodzieje walczą z ustrojem. 
Książka otwiera cykl powieści o Wisty i Whicie. Przyznam szczerze, że nie wiem, czy sięgnę po kolejne części. Kocham Jamesa Pattersona, ale wydaje mi się, że czytanie kolejnych opowieści z tej serii może we mnie tę miłość zabić. Jak już pisałam, z moim prawie ćwierćwieczem na karku, jestem na Czarownicę po prostu za stara. Wymagam od książek więcej.
Komu poleciłabym tę lekturę? Zdecydowanie młodzieży. Ona na pewno odnajdzie tu coś dla siebie. Osobom powyżej osiemnastego roku życia radzę się zastanowić nad sięgnięciem do niej. Patterson to dobry autor, ale jeśli Czarownica byłaby pierwszym spotkaniem z nim, nikt by już do innych jego książek nie sięgnął.

James Patterson, Gabrielle Charbonnet
Czarownica
Wydawnictwo Albatros

Peter V. Brett "Malowany człowiek: Księga druga"


Kolejny tom przygód Arlena, Leeshy i Rojera za mną.Ta część była krótsza od poprzedniej i ciekawsza, przynajmniej w moim odczuciu.
Arlen dociera do Krasji, gdzie wojownicy wypowiedzieli demonom otwartą wojnę. Wierzy w to, że znajdzie tam sojuszników. Nie wie jak bardzo się myli. Dla nich na zawsze pozostanie chin, czyli kimś obcym. To nic, że świetnie walczy i jest odważny. Krasjanie odbierają mu broń i pozostawiają na pewną śmierć. Nie mają jednak pojęcia jak ogromna chęć do życia drzemie w Arlenie.
Leesha pracuje jako zielarka. Wciąż stroni od towarzystwa mężczyzn. Minęło kilka lat odkąd opuściła rodzinne strony. Nic nie wskazuje na to, aby miała tam wrócić. Wszystko zmienia się, gdy dowiaduje się o szalejącej tam zarazie zbierającej coraz większe żniwo. Dziewczyna postanawia wrócić do domu, by uratować chorego ojca.
Rojer staje się minstrelem. Chociaż przed laty jedna z jego dłoni ucierpiała w starciu z demonem, chłopak doskonale radzi sobie z grą na skrzypcach. Swoją muzyką potrafi oczarować nie tylko ludzi, ale jak się później okazuje, także demony, co niejednokrotnie ratowało życie jemu i innym.
Losy trójki bohaterów, toczące się do tej pory innymi torami, splatają się ze sobą. Akcja nabiera tempa i wciąga czytelnika. Wyjaśnia się też kim jest tytułowy malowany człowiek. Książka kończy się nie wiadomo kiedy, więc człowiek nabiera ochoty na więcej. Pustynna włócznia już czeka w kolejce. Zobaczymy czy dorówna poprzednim częściom.
Trochę zawiodło mnie to, że nie pojawia się wzmianka o Ragenie. Wiem, że to nie jest historia o nim, ale brakowało mi jego obecności. Może jeszcze kiedyś o nim przeczytam. Przynajmniej taką mam nadzieję :)

Peter V. Brett
Malowany człowiek: księga druga
Fabryka Słów

Jonathan Aycliffe "Pokój Naomi"


Ta książka trafiła do mnie przez przypadek. Przyjechałam do rodziców i musiałam czekać dość długo na autobus, więc wstąpiłam do mojego ulubionego antykwariatu. Co prawda nie wiedziałam czego spodziewać się po powieści z niezbyt interesującą okładką, ale opis z tyłu książki zachęcił mnie do lektury i Pokój Naomi trafił do mojej biblioteczki.
Przyznaję szczerze, że już dawno nie miałam stanu przedzawałowego podczas czytania książki. Ta mnie do czegoś takiego doprowadziła, ale po kolei.
Rodzina Hillenbrandów prowadziła sielskie życie. Mieszkała w starym, pięknym domu, kłopoty raczej ją omijały. Charles i Laura mieli córeczkę, Naomi. Dziewczynka została porwana tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Wkrótce zostaje odnalezione jej zmasakrowane ciało. Charles nie może pogodzić się ze śmiercią dziecka, które zginęło pod jego opieką. Okazuje się, że Naomi, choć nie żyje, wcale nie odeszła z tego świata. Jej duch pozostaje w domu rodziców. Co więcej, wcale nie jest osamotniony.
Charles rozpoczyna poszukiwania, by dowiedzieć się czegoś więcej na temat osób mieszkających kiedyś w jego domu. Wycinki prasowe, listy i dokumenty z archiwum doprowadzają go do rodziny Liddleyów. Obsesja mężczyzny dotycząca dowiedzenia się czegoś więcej na ich temat ściąga nieszczęście na pogrążonych w żałobie po śmierci dziecka małżonków. Charles staje się narzędziem w rękach żądnych krwi duchów. Rzeczywistość zaczyna zacierać się z innym wymiarem.
Prowadzona w pierwszej osobie narracja pozwala wczuć się w klimat wydarzeń mających miejsce po śmierci Naomi. Książka zawiera w sobie wszystko, co powinna mieć w sobie historia nawiedzonego domu. Dziwne odgłosy, mroczne tajemnice, krzyk, płacz, tajemnicze postaci ze zdjęć.
Czytając Pokój Naomi czułam rosnące w książce napięcie. Wejście mamy do pokoju spowodowało, że podskoczyłam ze strachu, a pójście na strych po lekturze było sporym wyzwaniem. Wiem, że u mnie w domu nie ma żadnych baboków, ale wspomnienia z domu Charlesa swoje zrobiły. Ta książka to doskonałe studium psychologiczne pokazujące poszczególne etapy popadania człowieka w obłęd. Jest mocna, na długo pozostaje w pamięci. Może i pomysł na jej napisanie nie jest oryginalny, ale za jego wykonanie chylę czoła przed panem Aycliffem. Niewielu autorów potrafi popełnić powieść mającą klimat dobrego horroru.
Książkę polecam fanom grozy. Jest idealna do czytania nocą. Tylko ostrzegam lojalnie, że nie oddam pieniędzy za wizyty u psychoanalityka ;)

Jonathan Aycliffe
Pokój Naomi
Wydawnictwo Amber

Peter V. Brett "Malowany człowiek: Księga pierwsza"



Tę książkę podsunął mi mój Michał. Pożyczył ją od wujka i po przeczytaniu zostawił ją na szafce. Ja, z racji faktu, że jestem książkoholiczką, zajrzałam do niej. Po prostu nie potrafię przejść obojętnie obok książki w moim mieszkaniu :) leżała, patrzyła na mnie, to ją przeczytałam.
Przyznaję szczerze, że średnio przepadam za książkami, w których roi się od potworów. Jakoś nie potrafię się do nich przekonać. W tym wypadku było inaczej.
Zacznijmy od tego, że potwory nie wylewają się drzwiami i oknami. Są za to demony, wiele niedobrych i brzydkich demonów, które nocą nie pozwalają ludziom żyć. Ci, aby przeżyć, chowają się za runicznymi osłonami. Powtarzająca się po zapadnięciu zmierzchu rzeź kończy się z nastaniem pierwszych promieni słońca. Wtedy demony, których nie może zabić żadna ludzka broń, powracają do Otchłani.
Głównych bohaterów jest trzech: Arlen, Leesha i Rojer. Trójka różniących się od siebie postaci. Arlen podczas jednego z napadu demonów traci matkę tylko dlatego, że jego ojca sparaliżował strach. Życie Leeshy zamienia się w koszmar przez jedno, z pozoru niewinne kłamstwo. Najmłodszy z nich, Rojer, w wieku 3 lat traci swoich bliskich, znajduje schronienie pod skrzydłami wędrownego minstrela. Bohaterowie zdają sobie sprawę z tego, że prawda o świecie nie jest taka, jaką im przekazano. Pozostaje tylko pytanie, czy zdobędą się na odwagę, żeby ją odkryć?
Książka wciąga. Nieraz leżałam w łóżku, oczy same mi się zamykały, ale nie potrafiłam odłożyć Malowanego człowieka na stolik. Musiałam dowiedzieć się jak potoczą się losy trójki bohaterów.
Moje serce skradła Bruna, stara zielarka, której siły pozazdrościłby sam Pudzianowski. Polubiłam także Ragena i Elissę. Przypominali mi mnie i mojego Michała. My też czasem się przedrzeźniamy, ale pokroić byśmy się za siebie dali :)
Malowanego człowieka polecam wielbicielom fantasy. Każdy na pewno znajdzie w niej coś dla siebie. Wielu zapewne odszuka w książce bohatera, z którym będzie się identyfikował.

Peter V. Brett
Malowany człowiek: Księga pierwsza
Fabryka Słów


Jodi Picoult "Krucha jak lód"


Krucha jak lód to moje pierwsze spotkanie z twórczością pani Jodi Picoult i zapewne nie ostatnie. Książkę wypożyczyłam przez przypadek. Miała dobre recenzje, więc postanowiłam się z nią zapoznać.
Co jest najważniejsze dla rodziców? Przede wszystkim to, aby ich dziecko urodziło się zdrowe. Sean i Charlotte nie mają tego szczęścia. Ich córeczka, Willow, rodzi się z wrodzoną łamliwością kości. Dziewczynka jest krucha jak lód i bardzo łatwo można ją skrzywdzić. Życie rodziny zmienia się w pasmo nieustających wizyt w szpitalach. Leczenie chorego dziecka jest kosztowne, a inni ludzie wytykają je palcami.
Kiedy rodzina wybiera się do Disneylandu okazuje się, że córka Charlotte z poprzedniego związku, Amelia, zapomina zabrać zaświadczenie o chorobie siostry. Dochodzi do wypadku. Willow łamie obie kości udowe i trafia do szpitala. Lekarze dochodzą do wniosku, że dziecko jest maltretowane. Rodzice zostają zatrzymani. Po powrocie do domu postanawiają walczyć o sprawiedliwość. Okazuje się, że w tym przypadku nie mogą zrobić nic, ale mogą sądzić się o "niedobre urodzenie". Przyjaciółka Charlotte, Piper, która prowadziła ciążę, nie powiedziała jej o chorobie dziecka, więc matka nie mogła podjąć decyzji o aborcji, do czego w tym wypadku miała prawo.
Państwo O'Keefe postanawiają wytoczyć kobiecie proces. Gdyby go wygrali, mieliby pieniądze na leczenie córki. Początkowo pomysł wydaje się dobry, lecz im dalej w las... Jedyną rzeczą, jaką musi zrobić Charlotte jest przyznanie się w sądzie, że gdyby wiedziała o chorobie dziecka, usunęła je. Kobieta walcząc o dobro dziecka nie zauważa rozpadu rodziny. Nie widzi cierpienia męża i starszej córki, która robi wszystko, by zwrócić na siebie uwagę matki. Charlotte postanowiła poświęcić miłość męża, przyjaźń i zaufanie Willow, żeby zdobyć pieniądze na rehabilitację. Czy warto było to zrobić? Czy można ją osądzać za to, że kochała za bardzo?
Książka wciągała pomimo tego, że była dość pokaźnych rozmiarów (613 stron). Jedynym mankamentem jest nader rozwinięta inteligencja u chorej Willow. Niektóre jej mądrości zaprzeczają wiekowi dziecięcemu. Owszem, jest chora, jest inna, ale nadal pozostaje dzieckiem, o czym nie można zapominać. Nieco rozdrażniło mnie zakończenie. Miałam ochotę wejść do książki i potrząsnąć Willow, żeby się opanowała. Takie inteligentne dziecko zrobiło niesłychane głupstwo... Trochę też żałuję tego, że wątek Amelii został potraktowany bardzo powierzchownie. Książka nie była o niej, ale warto było poświęcić jej trochę więcej uwagi.
Kruchą jak lód polecam wszystkim. To wzruszająca historia o tym, że można kochać za bardzo i nieświadomie ranić swoich bliskich. Po jej przeczytaniu człowieka nachodzi wiele pytań. Mnie, jako kobietę na przykład to, czy usunęłabym ciążę wiedząc, że jeśli urodzę tak chore dziecko to skażę je na nieustanny ból i cierpienie. W tym wypadku każdy wybór wydaje się zły...

Jodi Picoult
Krucha jak lód
Prószyński i S-ka

Jarosław Moździoch "Chłopiec z aluminiowym kubkiem w dłoni i inne opowiadania grozy"


Ta książka trafiła do mnie przez przypadek. Byłam akurat w księgarni w czasie wyprzedaży i postanowiłam ją zakupić. Przecenione książki mają często do siebie to, że nie powalają na kolana.
Do tej książki mam nieco mieszane uczucia. Szybko się ją czyta, nie jest gruba (218 stron). Jest do połknięcia w jeden wieczór, ale przyznaje szczerze, że nie zapada zbytnio w pamięć. Na zbiór opowiadań składa się 12 historii. Jedne z nich są lepsze, inne nieco słabsze.
Z racji faktu, że skończyłam kierunek związany z edycją tekstu, muszę "przyczepić się" do potknięć edytorskich. Nie jest ich dużo, ale mylenie myślnika z dywizem doprowadza mnie do szału. Ot, takie zboczenie zawodowe. Wróćmy jednak do treści książki.
Co czytamy na czwartej stronie okładki?
"Różne temperamenty, różne historie. Bohaterów opowiadań łączy jedno: z całą pewnością nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby być na ich miejscu. Nikt nie chciałby spędzić weekendu w willi o ciepło brzmiącej nazwie "Pensjonat Heli". Nikt nie pozazdrościłby sławy (chociażby takiej lokalnej) autorowi horrorów. Nikt nie miałby ochoty na odnalezienie magicznej studni i spełnienie dozgonnej miłości.
Nikt nie zechciałby napotkać na swojej drodze uroczej Medeyi. Czym skończą się niewinne zabawy dziecięce, a czym może zakończyć się obsesyjna chęć poznania prawdy, można dowiedzieć się z tytułowej nowelki i ze Śląskiego naśladowcy Hieronima Boscha. W niezłą kabałę można wpakować się także niechcący, tak jak przydarzyło się to bohaterowi Pralni.
Wszystkie historie są fikcją, ale w pewnym stopniu mocno tkwią w realiach życia. Pytanie, gdzie kończy się realizm, a zaczyna koszmarna fantazja, zależy tylko od czytelnika".
Często jest tak, że opisy na czwartej stronie okładki odbiegają od treści utworu. Tu wszystko się zgadza. Brakuje jedynie dopisku o tym, że zdecydowanie odradza się jedzenie podczas czytania.Uwierzcie mi, już pierwsze opowiadanie odbierze Wam apetyt, a po przeczytaniu ostatniego kilka razy zastanowicie się zanim sięgniecie po kiełbasę.
Autorowi na plus zdecydowanie można policzyć sposób, w jaki skonstruował bohaterów. Wszyscy są na swoim miejscu. Tam, gdzie bohaterami są osoby wyjęte spoza prawa, mamy wulgarnych i bezwzględnych osobników. Tam, gdzie mowa o miłości, spotykamy się z zakochanymi młodzieńcami noszącymi różowe okulary.
Książki grozy mają to do siebie, że budzą obrzydzenie. Nie wszystkie, ale niestety większość z nich tak ma. Tak też jest i w tym przypadku. To raczej, przynajmniej dla mnie, przemawia na niekorzyść. Tych opowiadań nie można czytać przegryzając smakołyki. Odbierają apetyt jak nic.
Jak pisałam na początku, książkę czyta się szybko, jednak niektóre opowiadania stawiają opór. W moim przypadku było to Rattus urbanus. Opowieść o morderczych szczurach nie przemówiła do mnie. Faworytem zaś pozostanie już na zawsze Śląski naśladowca Hieronima Boscha. Nowelka nieco skomplikowana poprzez nawiązania do malarstwa, ale jak dla mnie była najlepsza ze wszystkich.
Chłopca z aluminiowym kubkiem w dłoni polecam tym, którzy zaczynają swoją przygodę z opowiadaniami grozy. Wychowankom Mastertona i Kinga te opowiadania odradzam. Ich przeczytanie przyniesie im tylko obrzydzenie do pieczeni i kiełbasy.

Jacek Moździoch
Chłopiec z aluminiowym kubkiem w dłoni
i inne opowiadania grozy
Wydawnictwo Zysk i S-ka

Czytelnia mola książkowego © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka