Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura niemiecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura niemiecka. Pokaż wszystkie posty

Romy Hausmann "Ukochane dziecko"

 

Ukryty w lesie szałas z zabitymi oknami. Życie Leny i jej dwojga dzieci toczy się wedle ściśle określonych zasad: pory posiłków, wizyty w toalecie czy czas nauki są dokładnie wyznaczone przez porywacza, a zarazem ojca dzieci, i wszyscy ich przestrzegają. W ten sposób ojciec porywacz chce chronić rodzinę przed niebezpieczeństwami czyhającymi na zewnątrz i zapewnić dzieciom matkę, która już zawsze będzie się nimi opiekować.

Pewnego dnia Lenie udaje się uciec – koszmar jednak trwa. Wygląda na to, że jej oprawca chce odzyskać to, co uważa za swoją własność. Mimo że pojawiają się wątpliwości, czy to naprawdę ta kobieta, nazywana „Leną”, zniknęła kilkanaście lat wcześniej, policja i zdesperowani rodzice Leny robią wszystko, by połączyć te pozornie niepasujące do siebie fragmenty układanki.

Vera Buck "Runa"

Tajemnicą jest strach. To on sprawia, że stajemy się mali i słabi w chwili, w której moglibyśmy być wielcy i waleczni.
Paryż, rok 1884. Doktor Charcot, znany neurolog, którego pokazy hipnozy przyciągają widzów z całej Europy, na oddziale neurologicznym kliniki Salpêtrière przeprowadza eksperymenty na histeryczkach. Pewnego dnia na oddziale pojawia się Runa. Dziewczynka, która nie dość, że wzbudza strach wśród członków personelu, to jeszcze opiera się wszelkim metodom terapeutycznym. Jori Hell, szwajcarski student medycyny, widzi w niej swoją szansę na zdobycie upragnionego tytułu doktora. Postanawia przeprowadzić na Runie pewną operację, która będzie miała na celu chirurgiczne usunięcie obłędu z mózgu pacjentki. 

Poniedziałki ze zbrodnią w tle: #115 Przedpremierowo! Petra Hammesfahr "Grzesznica"

Każdy z nas ulega czasem pokusie, by pójść po linii najmniejszego oporu.
Cora jest żoną i matką. Pracuje w rodzinnej firmie i stara się wykonywać swoje obowiązki najlepiej, jak tylko potrafi. Nikt nie podejrzewa tego, że kobieta pewnego dnia zamorduje na plaży mężczyznę. Dlaczego to zrobiła? Jakie tajemnice kryje w sobie przeszłość Cory?

Kathrin Lange "40 godzin"

SŁOWO BOŻE
Ekran zrobił się czarny. I pojawił się na nim kolejny tekst.
DLACZEGO WASI BOGOWIE POZWALAJĄ, BY DZIAŁY SIĘ TAKIE RZECZY?
Słowa znikają dopiero po kilku sekundach, w chwili, gdy kończy się odtwarzanie nagrania.
Faris Iskander przeżywa właśnie najgorsze chwile w swojej policyjnej karierze. Nie udało mu się udaremnić zamachu terrorystycznego i obwinia się za to, że doszło do detonacji ładunku. Na dodatek aktualnie jest zawieszony w swoich obowiązkach. Jakby tego było mało, kontaktuje się z nim mężczyzna, który twierdzi, że to on stoi za zamachem. Mówi Farisowi, że za 40 godzin na śmierć wykrwawi się ukrzyżowany mężczyzna. Okazuje się, że stawką w grze, którą rozpoczyna zamachowiec, jest nie tylko życie torturowanego przez niego człowieka. Przestępca daje do zrozumienia, że jeśli jego oczekiwania nie zostaną spełnione, w ogniu stanie cały Berlin, w którym aktualnie trwają obchody dorocznych Ekumenicznych Dni Kościoła. Czy policji uda się powstrzymać szaleńca?

Peter Wohlleben "Duchowe życie zwierząt"

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, co czują zwierzęta? Jakie są ich lęki? Czy czują smutek po śmierci członka swojego stada? Czy są w stanie odczuwać wyrzuty sumienia po tym, jak zrobią coś złego i skąd w ogóle wiedzą, że coś przeskrobały? Na te i inne pytania stara się odpowiedzieć Peter Wohlleben, niemiecki leśniczy, który dzieli się z czytelnikami swoimi obserwacjami dotyczącymi królestwa zwierząt.

Christopher Macht "Spowiedź Hitlera. Szczera rozmowa z Żydem"

Kwiecień 1945 roku. II wojna światowa zmierza ku końcowi. Do siedziby Adolfa Hitlera zostaje wezwany lekarz, który leczył jego matkę, szlachetny Żyd, Eduard Bloch. Fuhrer oświadcza mu, że dostąpił zaszczytu spisania ich ostatnich rozmów. Co Hitler powiedział Żydowi, spotykając się z nim w ostatnich dniach jego życia?

Stefanie Zweig "Nigdzie w Afryce"

Dzisiaj przeniesiemy się nieco w miejscu i czasie. Gotowi na podróż do  Kenii?

Jest rok 1938. Walter Redlich, żydowski adwokat spod Wrocławia, emigruje do Kenii. Tuż przed wybuchem II wojny światowej sprowadza do siebie żonę i córkę. Cała trójka musi nauczyć się życia na obcym lądzie, który początkowo wydaje się nieprzyjazny. Żona Waltera, Jettle, nie potrafi odnaleźć się w nowym miejscu. Nie wiąże z Afryką przyszłości i liczy na to, że pewnego dnia powróci do domu. Najszybciej w nowym miejscu odnajduje się córką Redlichów, mała Regina, dla której Afryka staje się domem. Rodzice dziewczynki nie mogą jednak spokojnie spać z myślą, że ich bliscy pozostali w Europie i może im grozić niebezpieczeństwo. Tęsknią za ojczyzną i normalną pracą. Życie w Afryce nie przychodzi im tak łatwo jak Reginie. Jak potoczą się ich losy?

Poniedziałki ze zbrodnią w tle: #86 Michael Tsokos "Smak śmierci"

Ktoś w okrutny sposób morduje starsze panie i wypisuje na ich ciałach wiadomość. Sprawą zajmuje się doktor Fred Abel, który nie jest w stanie zliczyć tego, ilu zmarłych przewinęło się przez stół, na którym przeprowadza sekcje. Badanie DNA wykazuje, że za wszystkim stoi dawny przyjaciel głównego bohatera, Lars. Mężczyźni walczyli kiedyś razem na froncie. Abel nie może uwierzyć w jego winę. Może i przyjaciel do świętych nie należał, ale nie był na tyle szalony, by okradać i mordować starsze panie. Podejrzany zostaje zatrzymany. Na domiar złego okazuje się, że jego chora na białaczkę córka umiera. Chce pożegnać się z ojcem, ale jak to zrobić, gdy ten przebywa za kratami? Czy Lars faktycznie stoi za serią morderstw? Dokąd zaprowadzi doktora jego prywatne śledztwo?

Poniedziałki ze zbrodnią w tle: #81 Susanne Mischke "Zabij, jeśli potrafisz!"

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Idziecie na zakupy na bazarek. Macie ze sobą małe dziecko w wózku. Żeby zapłacić za towar musicie na chwilkę zostawić je na zewnątrz, ponieważ nie zmieścicie się z wózkiem. Wydaje się Wam, że nic złego nie może się stać. Kiedy wracacie, widzicie, że Waszego dziecka nie ma. Ktoś je zabrał i ślad po nim zaginął. To właśnie spotkało Tinkę Hansson. Jej córeczka przepadła bez śladu. Mijają 4 lata. Sprawą dziewczynki interesuje się komisarz Gregor Frosberg. Do pomocy zostaje mu przydzielona dość specyficzna Selma Valkonen. Sprawa zaczyna posuwać się do przodu. Ojciec zaginionej Lucie dostaje informację mówiącą o tym, że jego córka żyje, ale jeśli ten chce ją zobaczyć, musi dokonać niewybaczalnego czynu. Czy zdesperowany ojciec będzie w stanie zrobić wszystko, by odzyskać dziecko?

Na początku miałam straszny problem z ogarnięciem pojawiających się w powieści wątków. Nie do końca wiedziałam, dlaczego autorka przeskakuje od przeszłości do teraźniejszości. Na szczęście klocki dość szybko zaczęły układać się w spójną całość i przepadłam na dobre. Byłam ciekawa, czy Lucie faktycznie żyje i zostanie odnaleziona, czy też ktoś po prostu postanowił zabawić się kosztem zrozpaczonych rodziców, którzy są gotowi zrobić wszystko, by odzyskać utracone przed laty dziecko.

Jak wspomniałam, przenosimy się w czasie. Początkowo może to nieco utrudnić lekturę, jednak bez tego zabiegu, pewne wątki byłyby niezrozumiałe. Później jest tylko lepiej. Z niecierpliwością czekałam na dalszy rozwój wydarzeń. Nie byłam w stanie przewidzieć, co dalej się wydarzy. Zakończenie kompletnie mnie zaskoczyło. Nie spodziewałam się czegoś takiego i jestem pełna podziwu dla Susanne Mischke. Wykonała kawał dobrej roboty.

Autorka sporo miejsca poświęciła na zbadanie psychiki bohaterów. Możemy zajrzeć w głąb ich dusz i poznać ich radości oraz smutki. Okazuje się, że każda z osób, które pojawiają się w powieści, ma swoje za uszami. Niektóre czyny z przeszłości okazują się brzemienne w skutkach, choć początkowo nic na to nie wskazuje. Nie byłam w stanie do żadnego z bohaterów podejść bez emocji. Starałam się nikogo od początku nie oceniać, ale to było trudniejsze niż przypuszczałam. Przyłapałam się na tym, że oceniam ich czyny. Czy miałam do tego prawo? Nie byłabym tego taka pewna. Nie wiem w końcu jak zachowałabym się na ich miejscu.

To dobry thriller z wątkami psychologicznymi. Czytając go, możemy odpowiedzieć sobie na pytanie, ile bylibyśmy w stanie zrobić, by tylko odzyskać utracone dziecko. Jeśli chcecie, poznajcie rodziców Lucie i przekonajcie się, przed jakimi wyborami przyszło im stanąć.

Susanne Mischke
Zabij jeśli potrafisz
Wydawnictwo PWN
Warszawa 2014

Jurgen Thorwald "Ginekolodzy"

Ginekolog - na dźwięk tego słowa wiele kobiet przechodzi dreszcz. Jednak prawda jest taka, że bez tych lekarzy my kobiety nie możemy normalnie funkcjonować, są nam oni potrzebni. Ta dziedzina medycyny, jak każda inna, przeszła długą drogę, by funkcjonować tak jak teraz. W trakcie lektury uświadomiłam sobie, że mam szczęście, że nie urodziłam się w średniowieczu, gdzie nie bardzo dbano o higienę i kobiety padały jak muchy przez "lekarzy", którzy zajmowali się nimi, nie myjąc wcześniej rąk.

Czytanie tej książki boli. Nie, nie jest źle napisana. Chodzi mi o to, że jestem kobietą i dobrze wiem, jakie mam w środku bebechy, więc moja wyobraźnia działała na najwyższych obrotach. Byłam w stanie zobrazować sobie, co lekarze robili z pacjentkami i to mnie autentycznie bolało. Nie wiem, co zniosłam gorzej - operacje przetok, usuwanie guzów czy cesarskie cięcia. Kiedy czytałam o tym, w jaki sposób wykonywano te zabiegi, czułam, jak odpływa mi krew z twarzy. Nie chciałabym mieć przeprowadzonej cesarki w tamtych czasach. Nie dość, że robiono ją na żywca, to jeszcze nie do końca później wszystko zszywano.

Autor zwraca uwagę na to, jak dużą rolę na medyczne podejście do kobiety miał Kościół. Lekarzowi przez pewien czas nie było wolno rozebrać pacjentki do badania. Robił wszystko na oślep. Równie dobrze mógłby wróżyć z kości, na to samo by wyszło. Matki musiały rodzić zakryte. Broń Boże, żeby jakiś mężczyzna macał im wtedy między nogami. A jeszcze żeby na to wszystko patrzył... Ogniu piekielny, spal takiego grzesznika. Drogie panie, uwierzcie mi, mamy więcej szczęścia niż nasze przodkinie. Znamy coś takiego jak antykoncepcja, nie musimy iść do lekarza na badanie w specjalnych gaciach i możemy znacznie szybciej wykryć chorobę natury kobiecej.

Początki ginekologii nie były usłane różami. Kobieta miała rodzić dzieci i koniec. A że przy okazji umarła... Trudno, zdarza się. Musiało minąć kilka wieków, by w końcu zaczęto traktować je z szacunkiem. Kościół rwał z tego powodu włosy, ale lekarze przestali się tym przejmować. Ważniejsze było dobro ich pacjentek.

Przeszłam przez tę książkę raz i nie wiem, czy mam na tyle silnej woli, by zrobić to po raz drugi. To kawał dobrej, ale bardzo trudnej lektury. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy będzie w stanie przez nią przejść i do nikogo nie mam o to pretensji. Sami zadecydujcie, czy chcecie przekonać się o tym, jak wyglądały początki ginekologii. Autor nie pozwoli Wam się nudzić, ale też nie da Wam łatwo zasnąć po takiej dawce emocji.

Jurgen Thorwald
Ginekolodzy
Wydawnictwo Marginesy
Warszawa 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Portalowi Sztukater oraz Wydawnictwu Marginesy.

Poniedziałki ze zbrodnią w tle: #65 Sebastian Fitzek "Odprysk"

Jak wiecie, lubię powieści, które wbijają mnie w fotel i nie pozwalają spać spokojnie. Zafascynowana Pasażerem 23 postanowiłam po raz kolejny dać szansę Sebastianowi Fitzkowi. Co czekało mnie tym razem? Przekonajcie się sami.

Na okładce czytamy: "Odprysk metalu tkwi w karku Marca Lucasa i w każdej chwili może go sparaliżować. Ale dla niego to bez znaczenia. W wypadku samochodowym stracił żonę i nienarodzone dziecko. Sam przeżył i obwinia się o ich śmierć…

Jest na granicy szaleństwa i dlatego zgodziłby się usunąć ze swojej pamięci wszystkie wspomnienia. Jeszcze nie wie, że cierpienie zamieni się wtedy w koszmar. I nie wie, że ten koszmar już się zaczął. Na drzwiach swojego mieszkania widzi inne nazwisko, klucze nie pasują do zamka, a otwiera mu kobieta w ciąży. To jego żona, która zginęła kilka tygodni wcześniej… Marc Lucas jest człowiekiem, którego nie ma i nigdy nie było. Chociaż istnieje i nadal pamięta. Ale tego też przestanie być pewny…"

Brzmi mrocznie, prawda? Czy faktycznie tak było? Czy opis wydawcy pokrywa się z treścią powieści? Tak. Na początku nie do końca wiedziałam, o co chodzi. Miałam problem, żeby wczuć się w klimat Odprysku. Gdy w końcu dowiedziałam się, w co wplątał się Marc, zaczęłam układać wszystko w logiczną całość i przepadłam z książką na kolanach.

Autor tak dobrze mną manipulował, że w pewnym momencie zadałam na głos pytanie "ale że jak?". Nie byłam w stanie przewidzieć tego, co się wydarzy. Prawda i fikcja zlewały mi się w jedno. Nie wiedziałam, komu można ufać i zdarzało się, że musiałam zrobić sobie chwilę przerwy, bo to, co czytałam, nie było na moją psychikę. Uwierzcie mi, wiele w życiu przeczytałam mocnych opisów, ale niektóre fragmenty wywoływały u mnie gęsią skórkę.

Jeżeli lubicie thrillery psychologiczne, bardzo dobrze trafiliście. Odprysk to mocna, wciągająca lektura. Czegoś takiego jeszcze nie było w literaturze. Autor stanął na wysokości zadania i zaserwował czytelnikom literaturę z najwyższej półki. Pojawiają się tu bohaterowie, o których prędko nie zapomnicie, choć oni właśnie to próbują zrobić. Co to znaczy? Tego już musicie dowiedzieć się sami. Polecam.


Sebastian Fitzek
Odprysk
Wydawnictwo Amber
Warszawa 2016

Poniedziałki ze zbrodnią w tle: #64 Przedpremierowo! Andreas Pfluger "Raz na zawsze"

Wiele kryminałów w swoim życiu już przeczytałam, ale nigdy nie spotkałam się z główną bohaterką, która pracowałaby w policji i byłaby niewidoma.

Przed Jenny Aaron kariera stała otworem. Radziła sobie świetnie i mogła dojść wysoko w policji. Wszystko zmieniło się, gdy podczas nieudanej akcji w Barcelonie straciła wzrok. Jej życie legło w gruzach. Myślała, że już gorzej być nie może. Jednak nie można uciec przed przeszłością. Po pięciu latach na drodze Jenny pojawia się seryjny morderca, którego kiedyś aresztowała. Przestępca ponownie atakuje. Chce rozmawiać tylko z Jenny. Czy niewidoma specjalistka od przesłuchań jest w stanie pomóc policji?

Nie do końca wiedziałam, czego mogę spodziewać się po książce. Niewidoma specjalistka od przesłuchań. Tego jeszcze nie było. Na początku czułam dystans do Jenny. W miarę biegu akcji, im bliżej ją poznawałam, tym bardziej się do niej przywiązywałam. Zaczęłam ją podziwiać. Wiele w życiu przeszła. Straciła nie tylko wzrok, ale była zdeterminowana, by odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

Wiecie, co najbardziej przypadło mi do gustu? O echolokacji pewnie słyszeliście. Jenny należy do osób, które posługują się nią, by nie wpaść na przeszkodę. Nie liczyła kroków, wiedziała, że jest to zgubne. Postanowiła zaufać swojemu słuchowi. Z takim wątkiem się nie spotkałam i gdy czytałam te fragmenty, byłam pod ogromnym wrażeniem. Autor odrobił lekcje, jeśli chodzi o to zagadnienie. Dzięki niemu w zupełnie inny sposób spojrzałam na niewidomych ludzi.

Ta historia wciąga. Jest prowadzona w ciekawy sposób, choć na początku stawiała mi nieco oporów. Na szczęście z biegiem akcji było już lepiej. Andreas Pfluger zdecydował się na to, by przerywać ją retrospekcjami. Na początku bałam się, że to wprowadzi do powieści chaos. Niepotrzebnie. Dzięki takim zabiegom byłam w stanie zrozumieć niektóre decyzje Jenny. Zestawienie codzienności osoby niewidomej, która czynnie bierze udział w śledztwie wyszło autorowi całkiem zgrabnie. Polecam.

Premiera książki odbędzie się 6 lipca!

Andreas Pfluger
Raz na zawsze
Wydawnictwo Otwarte
Kraków 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Wydawnictwu Otwartemu.

Poniedziałki ze zbrodnią w tle: #55 Sebastian Fitzek "Pasażer 23"

Czy książka reklamowana jako najbardziej przerażający thriller od czasów Milczenia owiec faktycznie jest tak mocna? Gotowi na to, by wybrać się ze mną w rejs po oceanie?

Martin Schwarz, psycholog policyjny, pięć lat temu stracił żonę i synka, którzy zaginęli podczas rejsu luksusowym wycieczkowcem „Sułtan Mórz”. Nikt nie zadał sobie trudu, by rozwikłać tę zagadkę. Od tego czasu mężczyzna zachowuje się dość niekonwencjonalnie. Co to znaczy? Tego już musicie dowiedzieć się sami. Szukając prawdy na temat tej tragedii, Martin trafia na pokład owego statku. Okazuje się, że odnalazła się na nim dziewczynka, która zaginęła przed paroma tygodniami. To jednak nie wszystko. Anouk ma bowiem przy sobie ukochanego misia Timmy'ego, syna Martina. Skąd pluszak znalazł się w jej posiadaniu? Co właściwie wydarzyło się na pokładzie „Sułtana Mórz”?

Przyznaję szczerze i bez bicia, podeszłam do tej książki z dość dużą rezerwą. Jak zdążyliście się przekonać, czytając moje wpisy, parę razy nacięłam się na reklamowane szumnie powieści. Dawałam zwodzić się kwiecistym opisom, chwytliwym zajawkom, a potem płakałam nad książką, próbując dobrnąć do końca. Jak było tym razem?

Na początku było dość ciężko. Nie potrafiłam wczuć się w klimat. Dopiero gdy przeniosłam się z Martinem na pokład „Sułtana Mórz”, sytuacja zmieniła się diametralnie. Akcja nabrała tempa, a ja sama zgrzytałam zębami, gdy musiałam odłożyć książkę, by spakować kolejne pudła. Przeprowadzka i czytanie zdecydowanie nie idą w parze.

Sebastian Fitzek parę razy dał mi prztyczka w nos. Już byłam pewna, że wiem, co stało się na statku, a tu czekała na mnie niespodzianka. Źle obstawiłam główny czarny charakter i pod koniec książki bezskutecznie próbowałam pozbierać koparę z podłogi. Do tej pory szukam zębów. Nie spodziewałam się takiego zakończenia. Głęboki ukłon za to w stronę autora. Naprawdę, czapki z głów. Intryga, którą uknuł, była dopracowana w najmniejszym szczególe. Nic nie zdradziło czarnego charakteru, choć w sumie przewijał się na kartach powieści dość często.

Powieść szokuje. Nie chodzi tu może o popełnione zbrodnie, ale to, co popchnęło sprawców do takich czynów. Nie zdradzę oczywiście o co chodzi, lecz mam nadzieję, że i Wy po lekturze będziecie równie wstrząśnięci jak ja. Nie mam dzieci, ale nie potrafię przestać myśleć o tym, co przeczytałam.
Autor książki na końcu wyjaśnia, co zainspirowało go do napisania powieści. Co jest prawdą, a co jest fikcją? Tego musicie dowiedzieć się sami. Mam tylko nadzieję, że Pasażer 23 nie zabije w Was miłości do głębokiej wody, jeżeli jesteście jej miłośnikami.

Komu mogę polecić tę powieść? Thrilleromanom, to rzecz jasna. Było krwawo, było mrocznie. Intryga spełniła swoje zadanie. Moja żądza krwi została zaspokojona. To moje pierwsze spotkanie z tym autorem. Wiem, że nie będzie ostatnie. Polecam.

Sebastian Fitzek
Pasażer 23
Wydawnictwo Amber
Warszawa 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Wydawnictwu Amber.

Elizabeth Mittelstaedt "We własnych butach"

Podobno życie pisze najlepsze scenariusze na powieści. Nie każda z nich jednak jest od początku do końca szczęśliwa. Pozwólcie, że opowiem Wam o książce Elizabeth Mittelstaedt. Kobiety, która urodziła się w Jugosławii. Wiele w swoim życiu przeszła, lecz dziś daje siłę wielu kobietom na całym świecie.

O czym jest ta książka?
Opowiem najprościej, jak się da. O butach, ale nie o takich, które na co dzień nosimy na nogach.
Autorka używa nazw poszczególnego obuwia w sensie metaforycznym. Przy ich pomocy opisuje poszczególne epizody ze swojego życia.
Elizabeth Mittelstaedt miała na swoich nogach wiele par butów. Od pięknych, nowych dziecięcych bucików, w których czuła się jak mała księżniczka, po zdarte tenisówki. Życie jej nie oszczędzało. Przyszła na świat w biednej i niewielkiej komunistycznej wiosce w Jugosławii. Nie pochodziła z bogatej rodziny. W końcu w komunizmie nikt nie mógł mieć więcej pieniędzy od innych, wszyscy mieli być równi. Kiedy dorosła, postanowiła postarać się o azyl  wyjechać za granicę w poszukiwaniu lepszego życia. Walka o wolność była bardzo trudna. Historia Elizabeth pokazuje jednak, że warto było dołożyć wszelkich starań, by zacząć wszystko od nowa.

Nie będę streszczała historii życia Elizabeth. Powiem tylko tyle, że jej opowieść wzruszyła mnie. Jak wspominałam, życie jej nie oszczędzało. Mężczyzna, któremu ufała, wykorzystał ją i zrobił coś niewybaczalnego. To odcisnęło ogromne piętno na jej psychice. Elizabeth jednak nie zamknęła się w sobie i znalazła miłość swojego życia. Wyszła za mąż, jednak nigdy nie doczekała się własnego dziecka.

Narratorka opowieści jest bardzo mądrą kobietą, która z każdego doświadczenia, jakie ją spotkało, wyciągnęła właściwą lekcję. Nie załamywała się, lecz szukała rozwiązania. Wierzyła, że uda się jej wyjść na prostą. Ogromną zasługę miała w tym jej wiara w Boga. Elizabeth jest bowiem bardzo pobożną osobą. Ufała Bogu i wiedziała, że on ją poprowadzi. Nie mogło być inaczej.

Historia Elizabeth zmusza do przemyśleń i zastanowienia się nad podjętymi przez nas decyzjami. Motywuje także do walki o spełnienie własnych marzeń. Autorka książki nie myślała, że dojdzie w życiu tak daleko i stanie się wzorem dla innych. Tak jednak się stało. Podziwiam ją za drzemiącą w niej siłę. Jestem też pełna uznania dla Elizabeth Mittelstaedt za lekkość pióra. Jej opowieść jest bardzo wciągająca. Spędziłam przy tej książce jeden bardzo miły wieczór. Wraz z autorką przeżywałam jej radości i smutki. Kilka razy ocierałam z policzków łzy. Nie wiem, czy udałoby mi się podnieść po tylu razach zadanych mi przez życie. Nie jestem raczej na tyle silna.

Komu mogę polecić tę książkę? Myślę, że przede wszystkim kobietom, które gdzieś po drodze zagubiły pewność siebie. Spotkanie z Elizabeth na pewno wyjdzie im na dobre. Już dawno nie czytałam tak motywującej do działania książki. Nie znajdziecie tu co prawda gotowych rozwiązań, ale na końcu publikacji znajdują się pytania, na które warto odpowiedzieć. Nie zajmie to Wam zbyt wiele czasu.

Poznajcie Elizabeth Mittelstaedt, pozwólcie jej opowiedzieć swoją historię. To niezwykle ciepłą kobieta, którą z chęcią poznałabym osobiście. We własnych butach to dobra propozycja dla wierzących czytelniczek. Ateistki pewnie podejdą do niej z rezerwą i nie mam pewności, czy przypadnie im ona do gustu. Bóg jednak odgrywa tu sporą rolę. Bez Niego Elizabeth nie byłaby tym, kim jest teraz. Polecam.

Elizabeth Mittelstaedt
We własnych butach
Wydawnictwo Koinonia
Ustroń 2015

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Portalowi Sztukater
i Wydawnictwu Koinonia

Carina Bartsch "Lato koloru wiśni"


Kiedy w opisie książki Lato koloru wiśni przeczytałam, że do głównej bohaterki anonimowe maile pisze tajemniczy Luca, pomyślałam, że nie wyjdzie z tego nic dobrego. Nie wiem, od kiedy anonim podpisuje się imieniem, ale może niepotrzebnie się czepiam. Obawiałam się jednak, że w środku znajdę jeszcze więcej takich kwiatków. Na szczęście moje obawy nie sprawdziły się.
Historia opowiedziana w tej książce nie jest oryginalna. Główną bohaterką jest studentka, która nie ma zbyt bogatych ludzi, musi sobie dorabiać jako kelnerka i mieszkać ze współlokatorami. Jest też przyjaciółka owej dziewczyny, która ma przystojnego, ale irytującego jak komar w nocy brata. Musicie przyznać, że historia nie jest oryginalna. Jednak w Lecie koloru wiśni było coś, co nie pozwoliło mi się od niego oderwać.
Emely Winters studiuje literaturoznawstwo. Mieszka w wynajmowanym mieszkaniu i dorabia jako kelnerka. Nie ma chłopaka, ma za to przyjaciółkę, która chcąc jej szczęścia, próbuje ją wyswatać. Szkoda tylko, że główna zainteresowana nie bardzo pali się do zmiany statusu związku. Do Emely zaczynają przychodzić tajemnicze maile od jeszcze bardziej tajemniczego Luki. Dziewczyna nie wie, kim on jest, ale decyduje się na tę internetową znajomość. Luca zaczyna ją fascynować, jednak nie potrafi zapomnieć o bracie swojej przyjaciółki Alex, Elyasie. Jesteście ciekawi co z tego wyniknie? Chwytajcie w takim razie za książki, ja już nic więcej nie zdradzę.
Ta książka ma prawie 500 stron, ale tak mnie wciągnęła, że pochłonęłam ją w ciągu jednego wieczora. Nie potrafiłam odłożyć lektury na później. MUSIAŁAM dowiedzieć się, kim jest Luca. Zaintrygował mnie. Gdybym nie była w związku, napisałabym, że sama chciałabym dostawać takie wiadomości. Polubiłam Emely, choć nie wszystkim pewnie przypadnie do gustu jej cięty język. Ja płakałam ze śmiechu, czytając jej niektóre wypowiedzi i przemyślenia. Podobało mi się jej zdrowe podejście do życia. Emely nieco przypomina mnie, może dlatego tak bardzo się z nią zżyłam. Nieco drażniła mnie wiecznie rozgadana Alex. Nie wiem, czy chciałabym mieć taką przyjaciółkę. Cenię sobie ludzi potrafiących dochować tajemnicy. Ona już na wstępie byłaby z tego powodu spalona. Nie umiała utrzymać języka za zębami, choć w sytuacjach kryzysowych była niezastąpiona. Jest jeszcze jej brat, Elyas. Fakt, był, za przeproszeniem, irytującym dupkiem, ale miał w sobie coś, co sprawiło, że jednak go polubiłam. No i miał Mustanga. Niegrzeczny chłopiec z szybkim samochodem... Marzenie. Elyas bardzo zapunktował u mnie tym, co zrobił, gdy rodzice Emely mieli wypadek. Żałuję tylko tego, że nie pociągnięto bardziej wątku państwa Winters. Chciałabym się dowiedzieć o nich czegoś więcej. Szkoda, że pojawili się tylko na chwilę.
Zakończenie książki narobiło mi ochoty na kolejną część. Myślałam, że dowiem się, kim jest tajemniczy Luca, ale nic z tego nie wyszło, choć pojawiły się pewne podejrzenia. Aż jestem ciekawa, czy dobrze kombinuję. Mam nadzieję, że Zima koloru turkusu w miarę szybko wpadnie w moje ręce.
Lato koloru wiśni to z jednej strony historia, jakich wiele, ale z drugiej strony została opowiedziana w niezwykły sposób. Emely świetnie sprawdziła się w roli narratorki. Uwielbiam jej sarkazm. To bardzo przyjemna powieść, dedykowana raczej dla pań niż panów. Przede wszystkim dlatego, że jest ona opowiedziana z perspektywy kobiety. Za oknami panują nieziemskie upały. Jeśli szukacie lekkiej, niekoniecznie cienkiej lektury na nadchodzące dni, polecam tę książkę. Nie radzę tylko niczego przy niej pić lub jeść, bo możecie się zakrztusić. Wybuchy niekontrolowanego śmiechu gwarantowane. 

Carina Bartsch
Lato koloru wiśni
Wydawnictwo Media Rodzina
Poznań 2015

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję portalowi Sztukater
i Wydawnictwu Media Rodzina.


Jurgen Roth "Tajne akta S."


W tym momencie staje przede mną bardzo trudne, jeśli nie najtrudniejsze zadanie w mojej krótkiej karierze recenzenta. Mam napisać recenzję chyba najbardziej kontrowersyjnej książki, którą kiedykolwiek przeczytałam. Zanim przejdę do konkretów, chcę zaznaczyć, że wszystko to, co napiszę, w żaden sposób nie wiąże się z moimi sympatiami politycznymi ani z tym, co myślę na temat tego, co stało się 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku. Moje przemyślenia będą dotyczyły wyłącznie tego, co przeczytałam w książce Jurgena Rotha Tajne akta S.
10 kwietnia 2010 roku Polska zamarła.Tu-154, samolot rządowy, na pokładzie którego leciało na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej 96 osób, rozbija się. Nikomu nie udało się przeżyć katastrofy. Kraj pogrążył się w żałobie. Już dawno nie mieliśmy do czynienia z taką tragedią. Do tej poty właściwie nie wiemy, jak do tego doszło. Jurgen Roth, niemiecki dziennikarz, który nie jest związany z żadną polską partią, postanowił przyjrzeć się tej sprawie. Od dawna powinniśmy wiedzieć, jakie były przyczyny tej katastrofy. Autor książki pokazuje, do czego zaprowadziły go jego badania. Nie będę wdawać się w szczegóły, co dokładnie odkrył, ale słowa tego człowieka dają do myślenia. Szokują. Sprawiają, że trudno nie myśleć o całej tej sprawie, w której więcej niewiadomych niż pewników.Jurgen Roth wytyka cały szereg nieprawidłowości. Rzuca zupełnie inne światło na pewne sprawy, choćby na to, że już kilka minut po katastrofie wiadomo było, że zawinili piloci, a nikomu nie udało się przeżyć. Oczywiście taki reinterpretacji pewnych faktów jest wiele. Z oczywistych faktów, by nie zdradzić zbyt wiele, nie będę o nich pisać.Niezwykle cennym źródłem informacji są wypowiedzi członków rodzin ofiar. Mamy okazję spojrzeć na sprawę oczami Małgorzaty Wassermann, Ewy Błasik i Magdaleny Merty. Pozwolę sobie poświęcić chwilę uwagi pierwszej z wymienionych przeze mnie kobiet. To córka Zbigniewa Wassermanna. Kobieta opowiada, że jej ojca miało tam nie być. Na pokładzie samolotu znalazł się za Jarosława Kaczyńskiego. Pani Małgorzata wspomniała o nieprawidłowościach związanych z sekcją zwłok taty. Według raportu miał on być młodym mężczyzną ze zdrowymi nerkami, podczas gdy zmarły polityk od lat żył tylko z jedną nerką. Kobieta mówi też, że nakłaniano ją do spalenia ubrań ojca, choć były one przecież dowodem w sprawie. Jurgen Roth zwraca uwagę na to, że takich nieprawidłowości było więcej. Zastanawia się też, jak to możliwe, że tyle osób związanych z prowadzeniem dochodzenia w tej sprawie, popełniło samobójstwo, choć nie uskarżało się na żadne problemy. Szokujące? Uwierzcie mi, to dopiero wierzchołek góry lodowej.Nie potrafię otrząsnąć się z szoku, jaki wywołała u mnie ta lektura. Czytałam ją z zapartym tchem i zastanawiałam się, co właściwie wiem o rządzących nami politykach. Doszłam do wniosku, że nie wiem kompletnie nic. Jestem pełna podziwu dla autora książki za sposób, w jaki podszedł do tematu. Nie szukał taniej sensacji, sposobu na nagłośnienie wydanej przez siebie publikacji. Wszystko, co napisał, popierał wynikami badań i argumentami nie do zbicia. To niezwykle cenna publikacja o tym, co stało się 5 lat temu w Smoleńsku. Całość jest napisana w bardzo przystępny sposób, więc nie trzeba specjalistycznej wiedzy, aby po nią sięgnąć. Tajne akta S. szokują, ale warto się z nimi zapoznać.


Jurgen Roth
Tajne akta S.
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Poznań 2015

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Portalowi Sztukater
oraz Wydawnictwu Zysk i S-ka.

Heinrich Hoffman "Mój przyjaciel Hitler"


Kiedy przychodzi do mnie przesyłka ze Sztukatera, osobą, która cieszy się z niej najbardziej, jest mój mąż. Jeśli są w niej jakieś książki z okresu II wojny światowej, nie ma opcji, żebym dorwała się do nich przed nim. Po prostu dostają nóżek, a ja później słyszę łaskawe "masz, przeczytaj, bo chcę to dołączyć do swojej kolekcji". Tak było i tym razem.
Wspominałam już kiedyś, że lubię książki, które pokazują czytelnikom nieznaną ze szkoły historię. Słysząc "Hitler", wszyscy mamy przed oczami obozy koncentracyjne i eksterminację Żydów. Trudno zauważyć w nim kogoś innego. Dla nas zawsze będzie potworem, którego światopogląd doprowadził do największego w dziejach historii ludobójstwa.
Kim był autor Mojego przyjaciela Hitlera, Heinrich Hoffman? Był niemieckim fotografem, To on był autorem oficjalnych fotografii Fuhrera. Swoją karierę rozpoczynał w sklepie fotograficznym ojca. Początkowo nie wierzył w to, że może rozpocząć pracę na własny rachunek, lecz jeden z klientów, który poprosił go o zrobienie zdjęcia przekonał mężczyznę, że stać go na to. Zadowolony z efektu fotograf postanawia spróbować zapracować na siebie. W pracy w późniejszym czasie pomagała mu żona. Nie było im łatwo, Żyli bardzo skromnie. Do czasu.
Lista osób, które fotografował mężczyzna, była długa, jednak to wykonywanie zdjęć Hitlera przyniosło Hoffmanowi największe dochody. Początki ich współpracy nie były łatwe. Gdy wyszło na jaw, że zrobił zdjęcie Fuhrerowi, nakazano mu, by je usunął. Hitler nie chciał, by ludzie znali jego wizerunek. Wolał, by tłumy znały go tylko z wygłaszanych przez niego mów. Jednak i to się zmieniło, a Hoffmana i Hitlera połączyła długoletnia przyjaźń. Fotograf był jedną z osób z najbliższego otoczenia Fuhrera. Robił mu zdjęcia, które trafiały do gazet oraz pojawiały się na znaczkach pocztowych.
Wspomnienia Heinricha Hoffmana pokazują Hitlera z zupełnie innej perspektywy. Napisana przez niego książka zawiera całą masę zdjęć. Można zobaczyć na nich Fuhrera w niekoniecznie dobranym stroju czy pracującego nad przemówieniem z okularami na nosie. Część fotografii nie została opublikowana, bo Hitler bardzo dbał o swój wizerunek i nie chciał, by ludzie znali jego słabości. Nie wypadało więc, żeby widzieli go w grubych wełnianych skarpetkach i krótkich spodenkach. Nie mogli także wiedzieć, że ma problemy ze wzrokiem.
Przeczytałam sporo książek na temat Hitlera, ale żadna z nich nie wspominała o tym, że jego pasją było malarstwo. Tutaj można zobaczyć to, co malował. Trzeba przyznać, że miał talent. Hoffman wspomina także o największej miłości Fuhrera. Nie mam tu na myśli Ewy Braun, a Geli Raubal, siostrzenicę Hitlera, który bardzo przeżył jej samobójczą śmierć. Fotograf wspomina te chwile. Od tego czasu Fuhrer bardzo się zmienił. Na gorsze oczywiście.
Dużym plusem tej książki są na pewno fotografie pokazujące ludzkie oblicze potwora. W podręcznikach do historii nie znajdziemy zdjęć Hitlera z dziećmi. Nie zobaczymy także okularów na jego nosie. Z lektury dowiedziałam się także tego, że Fuhrer nie lubił przemawiać w kameralnym towarzystwie, bo to go peszyło. Kto by pomyślał, że taki wstydliwy z niego człowiek?
Mój przyjaciel Hitler to historia o Fuhrerze napisana z zupełnie innej perspektywy - jego najbliższego pracownika, który po wojnie przeszedł przez długą drogę do wolności, choć nie do końca popierał światopogląd swojego pracodawcy. Pojawia się w niej sporo ciekawostek, jakich nie dowiemy się na lekcjach historii. Osoby pasjonujące się II wojną światową na pewno znajdą tu coś dla siebie.

Heinrich Hoffman
Mój przyjaciel Hitler
Wydawnictwo RM
Warszawa 2015

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję portalowi Sztukater oraz wydawnictwu RM.
Czytelnia mola książkowego © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka