"Listy niezapomniane"


Kiedyś ludzie pisali zdecydowanie więcej listów. Dziś ten zwyczaj nieco umiera. Lepiej napisać maila czy SMS-a. Nie trzeba wychodzić z domu, by to zrobić, a odpowiedź otrzymujemy najczęściej natychmiast. Wydawnictwo Sine Qua Non oddaje w ręce czytelników zbiór niezwykłych listów. Każdy z tych 126 listów ma niezwykłą wartość. Nie tylko historyczną czy kulturową, ale także emocjonalną.
Trudno jest mi oceniać te zapiski. Niby jak mam to zrobić? Powiem tylko tyle, że są wyjątkowe. Gdyby nie Shaun Usher, o istnieniu wielu z nich nie dowiedzielibyśmy się nigdy. Przyjemnie czytało się te listy sprzed lat. Niektóre bawiły, inne zaś wzruszały i zmuszały do pewnych przemyśleń. Nie sposób obok któregoś z nich przejść obojętnie.
Najbardziej poruszyły mnie dwa listy. Pierwszy z nich znałam już z liceum. Jego fragment pojawił się w moim podręczniku do języka angielskiego. Mam tu na myśli list nr 43 Do mojej wdowy Roberta Scotta do Kathleen Scott. Ten brytyjski odkrywca wraz z czterema innymi mężczyznami zdobył biegun południowy. Żaden z nich nie wrócił do domu. Robert Scott, przeczuwając najgorsze, napisał list do swojej żony, którą nazwał "wdową". Nie jestem w stanie wyobrazić sobie co ten mężczyzna mógł czuć w trakcie pisania. Wiedział, że nie zobaczy już swojej rodziny. Podziwiam to, że w obliczu nadchodzącej śmierci potrafił zebrać się w sobie, by pozostawić bliskim wiadomość. Drugim listem, który bardzo mnie poruszył, był List nr 36 Kocham moją żonę. Moja żona nie żyje Richarda Feynmana do Arline Feynman. Mąż napisał do swojej nieżyjącej żony list, który otworzono dopiero po jego śmierci. Płakałam, gdy czytałam o tym, jak bardzo on za nią tęskni i o tym, że bez niej czuje się bardzo samotny. Na końcu przeprasza ukochaną, że nie wysłał do niej tego listu, ale nie zna jej nowego adresu. Też mam na swoim koncie podobny list. W trakcie czytania tych zapisków, wróciły moje wspomnienia dotyczące potoku łez wylanego nad kartką papieru, którą potem spaliłam. Mam nadzieję, że adresat otrzymał moją wiadomość.
Pozwolę sobie zatrzymać się nad jeszcze jednym listem pochodzącym z 856 roku. To krótka wiadomość od osoby, która żałuje tego, co zrobiła poprzedniego dnia po wypiciu zbyt dużej ilości alkoholu. To pocieszające, że kiedyś ludzie też robili z siebie po pijaku idiotów i na drugi dzień tego żałowali. Jednak nasi przodkowie byli w nieco lepszej sytuacji - wtedy nie było Facebooka, na który jakiś znajomy wrzuca zdjęcia z imprezy. My już nie mamy tak łatwo...
Spodobało mi się to, że przy tłumaczeniu listów były ich fotokopie. Podziwiam Shauna Ushera za cierpliwość i pracę, którą włożył w stworzenie tego zbioru. Części listów nie byłam w stanie odczytać. Nie wiem, czy znalazłabym w sobie tyle samozaparcia, by ślęczeć godzinami nad tymi zapiskami. Pewnie w końcu rzuciłabym tę pracę w kąt. Głęboki ukłon należy się także tłumaczowi książki, który wykonał mistrzowską robotę. Przetłumaczenie tak różnorodnej pod względem treści publikacji, musiało być nie lada wyzwaniem. Panie Jakubie, ogromny szacunek dla Pana.
Jak już pisałam, to niezwykły zbiór. Wiele listów ma bardzo intymny charakter, ale dzięki temu mamy okazję bliżej poznać znane nam osobistości. Zobaczyć ich nieznaną twarz. Wyobrażacie sobie królową brytyjską, Elżbietę II, która dzieli się z ludźmi przepisami na babeczki? Nie? Zatem książki w dłoń. Takie zapiski też tutaj odnajdziecie.

Listy niezapomniane
zebrał i opracował Shaun Usher
Wydawnictwo Sine Qua Non
Kraków 2015

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non.


K. Bromberg "Driven. Namiętność silniejsza niż ból"


Kiedy po zamówieniu tej książki do recenzji przeczytałam kilka opinii mówiących o tym, że przypomina ona Pięćdziesiąt twarzy Greya, mój zapał do lektury ostudził się i zaczęłam żałować tej decyzji. O gustach się nie dyskutuje, ale dla mnie bestseller autorstwa E.L. James to nie jest literatura. Swojego zdania na ten temat nie zmienię. Dość długo odkładałam Driven. Tom 1. Namiętność silniejsza niż ból na później. Bałam się tego, że czeka mnie kolejna lektura, którą porzucę po kilku stronach, bo dojdę do wniosku, że jako czytelnik wymagam od literatury czegoś więcej, a to, co trzymam w ręce to jakaś kpina. Nie miałam pojęcia jak bardzo się pomyliłam.
Na początku książki towarzyszyły mi wątpliwości. Jest ona – Rylee Thomas, kobieta sukcesu, która odczuwa silną potrzebę kontrolowania wszystkiego. Wydaje się, że jest niedostępna i nie może stanowić pokusy dla łowcy damskich... no właśnie, czego? Serc? Chyba tylko tych złamanych po rozstaniu z nim. Mniejsza o to na co poluje on, czas go przedstawić. Colton Donovan to syn znanego gwiazdora przyzwyczajony do tego, że zawsze dostaje to, czego chce. Nikt nie jest w stanie mu się oprzeć. Jest niegrzecznym chłopcem, łajdakiem z rozdmuchanym do granic możliwości ego. Cud, że nie zabiło ono nikogo, kto znalazł się z nim w pokoju. Obawiałam się, że ze spotkania tej dwójki bohaterów nie wyniknie nic godnego uwagi. Podchody Donovana mnie drażniły, ale z czasem wciągnęłam się w bieg akcji i nie mogłam oderwać się od książki.
Schemat powieści nie jest oryginalny. Niegrzeczny chłopiec spotyka grzeczną dziewczynkę i chce pokazać jej, co traci, gdy nie jest z nim w łóżku. Takich opowieści mamy na pęczki. Na dodatek bohater ma za sobą mroczną przeszłość, jak twierdzi jego kochanka, jest not broken, just bent (nie jest popsuty tylko zakrzywiony). Rylee, jako osoba pracująca z niechcianymi dziećmi i pomagająca im wyjść na prostą, chce naprawić to, co zostało uszkodzone w przeszłości. Nie jest to zadanie łatwe. Colton nie bardzo lubi rozmawiać o przeszłości.
O ile do Rylee od razu poczułam sympatię, o tyle do jej kochanka nie potrafiłam się przekonać. Drażniło mnie jego zachowanie i olbrzymie ego. Na miejscu Ry raczej nie poddałabym się urokowi boskiego Asa. Tacy mężczyźni już na wstępie są u mnie spaleni, a jakakolwiek konwersacja z nimi to zwykła strata czasu, lecz gdyby Rylee się nim nie zainteresowała, nie byłoby tej książki.
Przed sięgnięciem po tę lekturę obawiałam się przede wszystkim tego, że oprócz scen łóżkowych nie czeka na mnie nic innego. Poczułam się miło zaskoczona. Owszem, pojawiają się takie fragmenty, ale nie ma ich zbyt wielu. Przyznam, że z przyjemnością czytałam o tym, jak Rylee i Colton uprawiają seks. Autorka opisała to w sposób działający na wyobraźnię. Było może trochę wulgarnie, ale nie miałam ochoty odłożyć książki i nie czułam oburzenia. Za to należy się K. Bromberg duże uznanie. Nie jest łatwo tak dobrze pisać o seksie.
W tej książce było wszystko, co w literaturze cenię: poczucie humoru, dopracowane opisy, wyraźni bohaterowie i wciągająca fabuła. To nic, że autorka nie wymyśliła nic oryginalnego. Stworzyła jednak bardzo ciekawą serię, która zdobędzie serce wielu czytelników i na długo zostanie ich w pamięci.

K. Bromberg
Driven. Namiętność silniejsza niż ból
Wydawnictwo Helion
Gliwice 2014

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję portalowi Sztukater i Wydawnictwu Helion.

Konkurs z Aniołem Stróżem

Moi Drodzy!
Jakiś czas temu obiecałam, że na moim blogu pojawi się kolejna możliwość otrzymania książki. Zapraszam Was więc do udziału w "Konkursie z Aniołem Stróżem", w którym nagrodą jest powieść Grahama Mastertona Anioł Jessiki wydana 30 kwietnia 2015 roku przez Wydawnictwo Albatros.



Patronat medialny nad konkursem obejmuje Portal Sztukater, który przekazał ten egzemplarz. Książka, jak każdy egzemplarz pochodzący ze Sztukatera, ma pieczątkę, poza tym jest w idealnym stanie.
Co trzeba zrobić, by otrzymać nagrodę?
Zapoznajcie się z zasadami.

  1. W "Konkursie z Aniołem Stróżem" mogą brać udział wszyscy czytelnicy, którzy mieszkają w Polsce. Niestety, nie wysyłam książek za granicę.
  2. Będzie mi niezmiernie miło, jeśli polubicie Czytelnię na Facebooku. Jeżeli chcecie być na bieżąco również z konkursami organizowanymi przez Portal Sztukater, polubcie ich fanpage.
  3. W zgłoszeniu należy podać swój adres mailowy i odpowiedź na pytanie, które brzmi:
Gdybyście mieli wyruszyć w niebezpieczną podróż i pozwolono Wam wybrać sobie anioła stróża spośród bohaterów literackich, to kogo byście ze sobą zabrali i dlaczego?

Swoje odpowiedzi wraz z adresem mailowym umieszczajcie pod tym postem do 21 czerwca. Autor najciekawszej odpowiedzi otrzyma ode mnie powieść Grahama Mastertona. Oczywiście pokrywam wszystkie koszty wysyłki. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone 23 czerwca wieczorem. Zwycięzca zostanie poinformowany o wygranej także mailowo.

Życzymy wszystkim uczestnikom konkursu powodzenia :)
Zaczytana bez pamięci
oraz Portal Sztukater

Dorota Gąsiorowska "Obietnica Łucji"


Na tę książkę polowałam już od pewnego czasu. Słyszałam o niej sporo dobrego, więc postanowiłam sprawdzić, czy i mnie przypadnie ona do gustu. Obawiałam się, że to spotkanie będzie pomyłką, zmyliła mnie okładka.
Poznajemy czterdziestoletnią Łucję, kobietę po przejściach, która przeprowadza się do małego miasteczka, Różanego Gaju. Dostaje tam etat nauczycielki historii. Jej uwagę przykuwa jedna z uczennic, która przypomina Łucji ją samą sprzed lat. Nauczycielka nie miała łatwego dzieciństwa, podobnie zresztą jak Ania. Kobieta szybko zaprzyjaźnia się z dziewczynką i jej matką. Składa Ewie pewną obietnicę. Nie przypuszcza, że jej spełnienie będzie kosztowało ją wiele wysiłku.
Książka zaczyna się tak, jak wiele innych. Skrzywdzona przez życie kobieta wyjeżdża z wielkiego miasta do małej miejscowości, by rozpocząć wszystko od nowa. Takich historii jest w literaturze na pęczki, później zaczyna robić się już ciekawiej, chociaż Obietnica Łucji nie należy do pozycji, które zaskakują czytelnika. W pewnym momencie zaczęłam podejrzewać, jakie będzie zakończenie. Moje podejrzenia potwierdziły się.
Muszę przyznać, że choć bardzo polubiłam Łucję, jej zachowanie w pewnym momencie zaczęło mnie nieco męczyć. Zaczęła w pewnym momencie zachowywać się jak egoistka i doprowadziła tym do niepotrzebnych nieprzyjemnych sytuacji. Rozumiem, że skoro zburzyła mur, jaki był między nią a dziewczynką i nie chciała tego utracić, ale skoro złożyła obietnicę, powinna jej dotrzymać. Zwłaszcza, że zrobiła to, gdy Ewa była na łożu śmierci i umierała z przekonaniem, że przyjaciółka wypełni jej ostatnią wolę.
Nieco przeszkadzało mi także dobitne rozróżnianie dobra i zła. Tu bohaterowie albo byli krystalicznie czyści albo mieli diabła za uszami. Nie bardzo było coś pomiędzy. Nie lubię czegoś takiego. Bohaterowie po jakimś czasie tracą w końcu wiarygodność i wydaje mi się, że są oderwani od rzeczywistości.
Obietnicę Łucji czyta się szybko. To dobry debiut literacki polskiej autorki, który został wydany w piękny sposób. Jeśli na rynku pojawi się kolejna książka jej autorstwa - na pewno ją przeczytam. Ta powieść była dla mnie miłym odpoczynkiem po pracy. Jestem ciekawa, co Dorota Gąsiorowska pokaże w następnej książce.

Dorota Gąsiorowska
Obietnica Łucji
Wydawnictwo Znak Między Słowami
Kraków 2015

Poniedziałki ze zbrodnią w tle: #13 Justyna Kopińska "Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie"


Dzisiejszy Poniedziałek ze zbrodnią w tle będzie inny niż pozostałe. Do tej pory nie pojawiały się tu historie oparte na faktach. Dziś przedstawię Wam pierwszą z nich.
Być może słyszeliście o głośnej sprawie dotyczącej maltretowania dzieci w domu dziecka prowadzonym przez zakonnice w Zabrzu. Finał doprowadził do skazania sióstr za te czyny. Kiedy czytałam tę książkę, nie mogłam uwierzyć, że człowiek, który poświęcił swoje życie Bogu, mógł dopuścić się takich okrutnych czynów. Te zakonnice nie znały słowa "miłosierdzie". Biły swoich podopiecznych, zamykały ich na klucz, nie pozwalały się bawić, wyzywały od najgorszych i pozwalały na to, by starsze dzieci molestowały maluchy. Najgłębsze i niemożliwe do usunięcia rany wykonały na ich psychice. Co z tego, że podopieczni trafili do innych placówek, skoro już do końca życia będą pamiętali o piekle, które zgotowały im zakonnice.
Wychowankowie sióstr Boromeuszek wpadli w pętlę molestowania. Kiedyś ktoś robił im krzywdę, więc teraz oni robią to samo innym dzieciom. Tak wcale nie musiało być. Wystarczyło, żeby zareagował któryś z nauczycieli. Przecież uczniowie im się skarżyli. Wszystko się we mnie gotowało, Miałam ochotę krzyczeć, gdy widziałam cierpienie tych maluchów. Z jednego piekła trafiły do drugiego, Nie dziwię się, że uciekały z domu dziecka do swojej patologicznej rodziny. Tam może i nie było idealnych warunków do rozwoju, ale nikt ich nie gwałcił i nie kazał machać prześcieradłem, żeby wyschło po tym, jak jedno z dzieci je zmoczyło.
Przerażające jest to, że ta historia zdarzyła się naprawdę i musiało dojść do morderstwa, by ujrzała światło dzienne. Kilkanaście kilometrów od mojego miejsca zamieszkania siostry zakonne, które miały zapewnić schronienie niechcianym dzieciom, zmieniły ich życie w koszmar. Myślicie, że okazały skruchę? Przecież nie robiły one nic złego. To jeden z mocniejszych reportaży, jakie miałam okazję czytać. Uważam, że wyroki, jakie trzymały siostry, były zdecydowanie za niskie w stosunku do tego, co zrobiły tym dzieciom.
Tę książkę mogą przeczytać tylko ci czytelnicy, którzy mają nerwy ze stali. Ja do dokończenia lektury podchodziłam kilka razy. Nie, to nie była nudna lektura, Nie sposób nawet tę pozycję w taki sposób oceniać. Była po prostu trudna w odbiorze. Działała na mnie, przeżywałam to, co się działo. Nie potrafiłam zrozumieć tego, jak można być tak bezdusznym. Przecież to były tylko dzieci. Za co je karać? Za to, że miały rodziców alkoholików? Przecież rodziny się nie wybiera, to nie ich wina. Za to, że są krnąbrne? Jeśli nie pokaże im się co wolno, a czego nie, to wiadomo, że będą się źle zachowywały. Ta lektura mną wstrząsnęła. Dużo czasu minie, zanim przestanę o tym rozmyślać. O ile w ogóle przestanę.

Justyna Kopińska
Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie
Wydawnictwo Świat Książki
Warszawa 2015

Dorota Ponińska "Podróż po miłość. Lilianna"


Kiedy otworzyłam paczkę ze Sztukatera i zobaczyłam tę książkę, ucieszyłam się. Moja radość zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Zorientowałam się, że to trzecia część cyklu Podróż po miłość. Nie czytałam dwóch poprzednich powieści i wpadłam w panikę, że nie będę miała pojęcia o tym, co się dzieje. Na szczęście okazało się, że niepotrzebnie się bałam. Tę książkę można traktować jako odrębną historię, nie trzeba czytać poprzedniczek, choć wiadomo, że lepiej tak właśnie zrobić.
Podróż po miłość. Lilianna to przepiękna opowieść o miłości. Unikam takiego typu książek jak ognia, ale ta mnie urzekła. Marta to młoda kobieta sukcesu. Marzy o tym, by wspiąć się na szczyt kariery zawodowej. Mąż, dzieci? A po co? To tylko mogłoby jej przeszkodzić. Konsekwentnie unika zaangażowania w jakiś związek. Wszystko zmienia się, gdy w jej ręce trafia pamiętnik babci Lilianny, z którą kobieta była bardzo związana. Marcie wydawało się, że wie o matce swojego ojca wszystko, nie ma pojęcia, że się myli. Postanawia wyruszyć w podróż śladami babci. Czy ta podróż wpłynie na światopogląd bizneswoman? Jakie tajemnice skrywa pamiętnik Lilianny? Pozwólcie zabrać się w podróż do Ameryki lat 30., gdzie porwie was swing i spotkacie Ernesta Hemingwaya.
Bardzo spodobało mi się to, w jaki sposób autorka połączyła ze sobą teraźniejszość i przeszłość. Nie ma tu chaosu, wszystko odbywa się w bardzo przejrzysty sposób. Muszę w tym miejscu przyznać się do tego, że bardziej spodobały mi się fragmenty z pamiętnika Lilianny. Polubiłam babcię Marty. Było mi żal, że nie miała szczęścia do mężczyzn. Byłam w szoku, gdy odkryłam sekret jej pierwszego męża. Zafascynował mnie wątek dotyczący relacji kobiety z pisarzem, Ernestem Hemingwayem. Nie spodziewałam się, że można go przedstawić w taki sposób. Gdybym znalazła się na miejscu Lilianny, pewnie uległabym jego urokowi. To nic, że zmieniał kobiety jak rękawiczki i zależało mu tylko na tym, żeby to on był szczęśliwy.
W porównaniu z Lilianną, jej wnuczka była trochę nijaka. Owszem, robiła karierę, w swojej korporacji była kimś bardzo ważnym, ale czegoś jej brakowało. Większą sympatią darzyłam jej babkę, która miała więcej siły niż współczesna bizneswoman. Podejrzewam, że gdyby Marta znalazła się na miejscu babci, nie poradziłaby sobie.
Rozpoczynając tę lekturę, nie miałam wobec niej jakiś konkretnych oczekiwań. Jak już pisałam, nieco bałam się, że nie będę wiedziała, o co chodzi, bo nie czytałam dwóch poprzednich części. Jednak bardzo miło spędziłam czas z Lilianną i Martą. Historia nieżyjącej już kobiety była wspaniała. Lily, bo tak nazywali ją krewni w Ameryce nie poddała się, choć życie jej nie oszczędzało. Postanowiła zawalczyć o swoje szczęście. Można krytykować niektóre jej czyny, ale trudno momentami nie zazdrościć jej przygód.
W tej książce urzekło mnie jeszcze jedno. Ma ona niezwykłe zakończenie. W sumie do końca nie wiadomo, jakie relacje połączyły Martę i Paula. Cieszę się jednak, że kobieta odkryła czego tak naprawdę chce od życia. Mam nadzieję, że gdziekolwiek się znajdzie, będzie szczęśliwa. Zasługuje na to.
Podróż po miłość. Lilianna to idealna lektura na ciepłe popołudnia z zimnym napojem i książką w ręce. Jestem tą historią oczarowana. Muszę odnaleźć poprzednie części cyklu. Ciekawa jestem, jakie przygody czekały na Emilię i Marię. Mam nadzieję, że te książki mnie nie zawiodą.

Dorota Ponińska
Podróż po miłość. Lilianna
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Warszawa 2015

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Portalowi Sztukater
 i Wydawnictwu Nasza Księgarnia

Bożena Fabiani "W kręgu Wazów. Ludzie i obyczaje"


Dzięki mojej siostrze, która jest historyczką, lubię od czasu do czasu sięgnąć po historyczną książkę. Gustuję zwłaszcza w tych pozycjach, które uzupełniają moją wiedzę i serwują mi całą masę ciekawostek, o jakich nie dowiedziałam się w szkole. Dzisiaj opowiem Wam o pozycji autorstwa pani Bożeny Fabiani.
Autorka zabiera nas w podróż w czasie. Wraz z nią udajemy się do XVII wieku - do czasów, gdy na tronie polskim zasiadali przedstawiciele rodu Wazów. Myślicie, że czeka Was kolejna nudna lekcja historii? Nic z tych rzeczy.
Opowiadając o poszczególnych członkach dynastii Wazów, Bożena Fabiani wtrąca sporo ciekawostek z ich życia oraz informacji, których nie wynieśliśmy ze szkoły. Nie boi się zajrzeć do ich szaf, by powiedzieć nam, co lubili nosić, zagląda także pod kołdrę, by światło dzienne ujrzały informacje o nieślubnych dzieciach władców, a także o tych królewnach i królewiczach, którzy odeszli przedwcześnie i historycy doszli do wniosku, że nie warto o nich wspominać. Dla przykładu, wiedzieliście, że dziadek Zygmunta III Wazy, Zygmunt Stary miał nieślubne dzieci albo o tym, że Ludwika Maria Gonzaga miała z Janem Kazimierzem dwoje dzieci? Ja nie miałam o tym pojęcia. Takich smaczków w książce jest znacznie więcej. Można poczytać także o tym, jakie polscy królowie mieli relacje z matkami ich żon. Nie ze wszystkimi teściowymi było tak łatwo, a wydawać by się mogło, że koronowana głowa nie musi słuchać mamusi żony i tłumaczyć jej się ze swoich decyzji. Takiej historii Wazów nie da się chyba znaleźć w żadnej innej lekturze. Nie brakuje zarówno radosnych zdarzeń, takich jak narodziny dzieci, jak również i tych przygnębiających. Kilka razy udamy się z żałobnikami na Wawel, by pochować z honorami zmarłego monarchę. 
Styl autorki jest gawędziarski, nie sposób nudzić się przy tej książce. Myślę, że każdego zainteresowałaby ta lektura. Nie ważne, czy lubi historię, czy nie. Żałuję, że było tu mało zdjęć, a te, które znalazły się w publikacji, nie były zbyt wyraźne. Szkoda też, że kolorowe fotografie umieszczono dopiero na końcu książki. W moim egzemplarzu był problem z zobaczeniem kilku ostatnich, bałam się bardziej odgiąć kartki, żeby ich nie zniszczyć. Powinny znaleźć się w środku, by czytelnik mógł je porównać z tym, co akurat opisywała autorka.
To pozycja, po którą powinni sięgnąć pasjonaci historii. Nie sposób przejść obok tej lektury obojętnie. To zupełnie inne spojrzenie na dynastię Wazów. Powiedziałabym, że bliższe ludowi. Ci królowie zostali pokazani jako zwykli ludzie. Autorka pokazuje, że borykali się z takimi problemami, jak ich poddani. Nie obserwujemy ich wyłącznie przez pryzmat wojen i zasług dla kraju. To niezwykle cenna lekcja historii. Mam nadzieję, że i Wy zdecydujecie się wziąć w niej udział.

Bożena Fabiani
W kręgu Wazów. Ludzie i obyczaje
Wydawnictwo PWN
Warszawa 2015

Allie Larkin "Zrządzenie losu"


Nie miałam wielkich oczekiwań wobec tej książki. Myślałam, że to będzie „babskie” czytadło, przy którym spędzę miło czas. Początek lektury wzbudził moje wątpliwości, czy uda mi się dotrwać do końca, bo wydawało mi się, że takich historii czytałam już wiele. Na szczęście pomyliłam się.
Jenny Shaw ma poukładane życie, a tak przynajmniej mogłoby się wydawać. Pracuje w korporacji, co prawda nie zarabia wiele, ale może się sama utrzymać, jest zakochana, ma przyjaciółkę. Niestety, ukochany zamiast kupić jej pierścionek zaręczynowy, porzuca ją dla innej. Kobieta wyjeżdża w delegację. Chce wyleczyć złamane serce. Nie ma pojęcia, że ten wyjazd zmieni jej życie. Przez pomyłkę zostaje wzięta za inną kobietę, która jest do niej niezwykle podobna. Zrządzeniem losu trafia na zjazd absolwentów. Próbuje wyjaśnić, że zaszła pomyłka, lecz okazuje się, że nie jest to takie łatwe. Czy prawda wyjdzie na jaw? Co stało się z Jessicą Morgan? Na te pytania odpowie lektura Zrządzenia losu  autorstwa Allie Larkin.
Tę książkę przeczytałam w drodze do i z pracy. Prawie przegapiłam swój przystanek, ale nie mogłam oderwać się od przygód Jenny-Jessie. Bardzo polubiłam tę bohaterkę i byłam ciekawa, jak potoczą się jej losy. Było mi żal, że miała dość trudne dzieciństwo, ale byłam z niej dumna, że wyrwała się z piekła i wyszła na ludzi. Miałam ochotę udusić gołymi rękami jej ukochanego, Deagana. Pojawił się w historii tylko na chwilę, a zdążył mnie do siebie skutecznie zniechęcić. Pokochałam także Myrę, sprawczynię całego zamieszania. Była tak serdeczną osobą, że nie sposób było podejść do niej w inny sposób. Zrobiło mi się przykro, gdy dowiedziałam się co zrobiła jej Jessica Morgan. Nic dziwnego, że Jessie na kilkanaście lat zapadła się pod ziemię i nie chciała widzieć ze znajomymi.
Moje obawy co do schematyczności tej książki szybko zostały rozwiane. O czymś takim jeszcze nie czytałam. Fakt, wiele motywów powtarza się, jak chociażby zostawienie przez mężczyznę dla innej kobiety, ale ta książka wyróżnia się na tle innych. Są tu wyraziści bohaterowie, którzy mają swoje miejsce na kartach tej historii. Nie sposób ich z nikim innym pomylić. Podobało mi się to, że kipieli emocjami. Czuło się ich niepokój, radość i smutek. Takie książki lubię – przyjemne w odbiorze i uczące czegoś o życiu.

Czego mnie nauczyła ta książka? Tego, że czasem w życiu przydaje się zbieg okoliczności, który może je wywrócić do góry nogami i sprawić, że na wiele spraw spojrzymy inaczej. U Jenny Shaw zmieniło się sporo. Nie zdradzę co, bo nie chcę psuć niespodzianki. Opowieść urywa się w takim momencie, że nie wiadomo, jak będzie wyglądała jej dalsza przyszłość. Ja jednak będę za nią trzymać kciuki. To bardzo dobra kobieta i mam nadzieję, że wszystko jej się poukłada. Polecam tę książkę wszystkim kobietom chcącym na chwilę odpocząć od swoich obowiązków. Kto wie, może historia Jenny i wam zwróci uwagę na pewne rzeczy i pozwoli coś zmienić w życiu? Zrządzenie losu to dość krótka książka, która wciąga od początku do końca. Żaden czytelnik nie powinien żałować spotkania z nią. Może nawet kiedyś zapragnie znów wrócić z Jenny na tę pamiętną konferencję?

Allie Larkin
Zrządzenie losu
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Warszawa 2015

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Portalowi Sztukater
oraz Wydawnictwu Prószyński i S-ka

Poniedziałki ze zbrodnią w tle: #12 Dariusz Rekosz "Zamach na Muzeum Hansa Klossa"


Serial o przygodach Hansa Klossa był oglądany przez moich rodziców. Jako mała dziewczynka od czasu do czasu siedziałam z nimi przed telewizorem, ale szybko się nudziłam. Nie bardzo interesowało mnie to, co dzieje się na ekranie, wolałam bawić się lalkami. Dopiero po latach dorosłam do tego, żeby obejrzeć Stawkę większą niż życie. Serial nawet mi się spodobał, więc bez wahania sięgnęłam po książkę Dariusza Rekosza, by przekonać się, o co chodziło z zamachem na otwarte na Śląsku muzeum.
Piotr Owcarz postanawia otworzyć w Katowicach Muzeum Hansa Klossa. Ten pomysł ma swoich zwolenników oraz przeciwników. Nie wszyscy chcą, by w ich mieście stanęła figura tego serialowego bohatera. Projekt zostaje jednak zrealizowany. Nie obeszło się oczywiście bez nieprzyjemnych niespodzianek. W budynku, w którym otworzono ekspozycję, zostaje odnalezione ciało mężczyzny. Myślicie, że na jednym martwym człowieku się zakończy? Jesteście w błędzie. To dopiero początek morderczego żniwa. Kim jest człowiek, który pozostawia po sobie zwłoki ofiar? Dlaczego tak bardzo zależy mu na zniszczeniu Muzeum Hansa Klossa? W kogo skierowany jest jego atak? Na te wszystkie pytania odpowie lektura Zamachu na Muzeum Hansa Klossa.
Podczas czytania tej książki cieszyłam się, że wiem dokładnie gdzie w danym momencie znajdują się bohaterowie. Akcja opowieści dzieje się bowiem w Katowicach, w moim mieście. To tu 6 lat temu otworzono na kilka miesięcy tytułowe muzeum. Dawno już nie zdarzyło mi się czytać historii, która wydarzyła się w pobliżu miejsca, w którym mieszkam. Pojawia się nawet gwara śląska. Jestem Ślązaczką z przypadku, nie mieszkam tu od urodzenia, nie miałam zbyt dużej styczności ze Ślązakami, więc nie "godom", ale rozumiem, gdy ktoś mówi do mnie gwarą, dlatego też nie miałam problemu ze zrozumieniem, o co chodzi bohaterom. Osobom nieznającym śląskiego może to sprawić trudność, tym bardziej, że nie było przypisów. Na szczęście dialogów, w których ktoś "godo" było niewiele. Inaczej książka byłaby zrozumiała wyłącznie dla rodowitych Ślązaków.
Polubiłam rodzinę Wiśniewskich. To byli dobrzy ludzie i miałam nadzieję, że w końcu uśmiechnie się do nich szczęście, choć przez chwilę bałam się, że ich historia może się źle skończyć. Drażnili mnie policjanci i Piotr Owcarz. Do reszty bohaterów mam raczej neutralny stosunek. Zainteresowało mnie wątek dotyczący sklonowania człowieka w czasie krótszym niż dwa tygodnie. Spodobało mi się także to, w jaki sposób poprowadzono akcję. Zamach na Muzeum Hansa Klossa trzyma w napięciu do samego końca. Takie książki lubię. 
Przyznam, że jestem zaskoczona, że tę książkę wydało Wydawnictwo Bernardinum. Nie spodziewałam się, że wypuści na rynek powieść, która miejscami jest bardzo wulgarna i nie brakuje w niej trupów oraz scen seksu. Nie spotkałam się dotąd z tak odważną propozycją tego wydawnictwa.
Komu polecam tę książkę? Osobom, które, podobnie jak ja, lubią historie ze zbrodnią w tle. To kawał całkiem dobrego thrillera. Myślę, że mieszkańcy Śląska także powinni sięgnąć po Zamach na Muzeum Hansa Klossa. Miło jest poczytać historię z własnego podwórka. Uważam, że ta książka bardziej przypadnie do gustu panom. Panie momentami mogą czuć się zniesmaczone, ja sama czasem bywałam, ale i tak nie żałuję tego, że przeczytałam tę książkę. Żałuję tylko, że ta opowieść już się zakończyła.

Dariusz Rekosz
Zamach na Muzeum Hansa Klossa
Wydawnictwo Bernardinum
Pelplin 2015

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję portalowi Sztukater 
i Wydawnictwu Bernardinum.

Dzień Dziecka w Czytelni

Kochani!
Zgodnie z moją obietnicą, ogłaszam dziś wyniki rozdania książek z okazji Dnia Dziecka. Tym, którym teraz się nie udało, radzę uzbroić się w cierpliwość, gdyż na pewno jeszcze zorganizuję rozdanie.

"Zapach tytoniu" autorstwa Marty Wiktorii Kaszubowskiej otrzyma
ensorcelee MiJa



"Heretyk z familoka" Angeli Bajorek powędruje do Kornelii Pikulik-Czyż


"Duchy wiatru" Monsa Kallentofta powędrują do Magdy 3003



I w końcu "Powietrzny korsarz" Piotra Wałkówskiego powędruje do
Sebastiana Czaplińskiego


Kochani, gratuluję raz jeszcze. Oby książki przypadły Wam do gustu. Postaram się je wysłać najpóźniej w piątek.
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję Portalowi Sztukater za współpracę. 

Czytelnia mola książkowego © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka