Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Media Rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Media Rodzina. Pokaż wszystkie posty

Susanne Collins "Wschód słońca w dniu dożynek"

 

Skoro masz stracić wszystko, co kochasz, po co jeszcze walczyć?

W dzień dożynek mieszkańcy Panem budzą się zdjęci strachem. W tym roku, z okazji drugiego Ćwierćwiecza Poskromienia, dwukrotnie więcej trybutów trafi na arenę.

Haymitch Abernathy z Dwunastego Dystryktu woli nie zastanawiać się nad tym, co przyniesie los. Chce tylko przebrnąć przez ten dzień i spotkać się z dziewczyną, którą kocha.

Gdy słyszy swoje nazwisko, czuje, że jego przyszłość legła w gruzach. Musi zostawić bliskich i jechać do Kapitolu w towarzystwie trójki innych trybutów z Dwunastki: przyjaciółki, która jest jak młodsza siostra, kompulsywnego analityka i największej snobki w mieście.

Melissa Darwood "Schizis"

Cześć, mam na imię Marcja, a to jest mój kanał na YouTubie. Jeśli chcecie wiedzieć, jak wygląda moje życie i z jakimi demonami zmagam się każdego dnia, to subskrybujcie mój kanał.
Wiem, że ten filmik trafi do uczniów w mojej szkole i, szczerze, mam to głęboko gdzieś. I tak od dawna wszyscy patrzą na mnie jak na wariatkę, bo nią poniekąd jestem. Nikt normalny, o zdrowych zmysłach, nie rozmawia z kimś, kogo nie widać, i nie próbuje kilkakrotnie odebrać sobie życia, prawda?
Jeśli więc macie podobne schizy, to lepiej znajdźcie sobie dobrego lekarza. Ja mam swojego psychiatrę, i psychologa… i mam też Kofiego. Kofi jest moim najlepszym przyjacielem, niesamowitym człowiekiem i facetem, dzięki któremu zaznałam najwspanialszych chwil w moim popapranym siedemnastoletnim życiu.
Subskrybujcie. Czekam na sto tysięcy subów, by raz na zawsze skończyć z tym piekłem i zdradzić Wam brutalną prawdę. Chcę zatrzymać to błędne koło. Życie powinno być przyjemne, nie sądzicie?
Dajcie znać w komentarzach, jak waszym zdaniem rozwinie się moja historia.
Jestem pewna, że żadne z Was nie domyśli się jej finału.

Suzanne Collins"Ballada ptaków i węży"

Dziesiąte Głodowe Igrzyska rozpoczyna poranek dożynek. W Kapitolu osiemnastoletni Coriolanus Snow zamierza skwapliwie skorzystać z szansy, jaką jest rola mentora, i zdobyć sławę. Potężny niegdyś ród Snowów podupadł i niepewny los Coriolanusa zależy teraz od tego, czy zdoła on pokonać innych mentorów urokiem osobistym i sprytem.
Tyle że los nie bardzo mu sprzyja. W udziale przypadła mu dziewczyna z Dystryktu Dwunastego, najbiedniejszego z biednych. Losy obojga splotą się ciasno – każda decyzja, którą podejmie Snow, może prowadzić do sukcesu lub porażki, triumfu lub klęski. Na arenie rozgrywa walkę na śmierć i życie, ale poza areną zaczyna się w nim budzić współczucie… Tylko jak postępować według zasad, gdy pragnie się przetrwać za wszelką cenę?

Rachael Lippincott, Mikki Daughtry, Tobias Iaconis "Trzy kroki od siebie"

Stella choruje na mukowiscydozę. Jedyną szansą na przeżycie są nowe płuca. Dziewczyna musi przyjmować leki w oczekiwaniu na przeszczep. Przy okazji musi pilnować tego, by zachować bezpieczną odległość od innych ludzi i nie zarazić się czymś, co wykreśliłoby ją z listy osób oczekujących na nowe płuca. Will również jest chory, ale już dawno porzucił nadzieje na wyleczenie. Gdy tylko skończy osiemnaście lat i będzie mógł decydować o sobie, zamierza skończyć ze szpitalem, lekami i drenażem. Marzy o podróżach i poznawaniu świata. Los sprawia, że ich drogi się przecinają. Co z tego wyniknie?

Karen Dionne "Córka króla moczarów"

W końcu uświadomiłam sobie, że tropienie przypomina czytanie. Znaki to słowa. Trzeba połączyć je w zdania i wtedy opowiedzą historię jakiegoś zdarzenia w życiu zwierzęcia, które tędy przechodziło.
Helena Pelletier jest żoną i matką dwóch dziewczynek. Posiada jednak umiejętności, którymi nie każdy może się pochwalić. Potrafi polować na zwierzęta i wytropić każdy ślad. Nauczył ją tego ojciec. Helena mieszkała wraz z nim i matką w odosobnieniu w domku na trzęsawiskach. Kochała ojca, był jej bohaterem. W każdym razie tak było do czasu, gdy dziewczyna zorientowała się, że coś z jej rodziną jest nie tak, a trzęsawiska są nie domem, lecz więzieniem. Od uwolnienia kobiet mija piętnaście lat. Ojciec Heleny ucieka z pilnie strzeżonego więzienia i ukrywa się gdzieś pośród moczarów. Córka wie, że musi dopaść go, zanim on odnajdzie ją i jej rodzinę.

Kathrin Lange "40 godzin"

SŁOWO BOŻE
Ekran zrobił się czarny. I pojawił się na nim kolejny tekst.
DLACZEGO WASI BOGOWIE POZWALAJĄ, BY DZIAŁY SIĘ TAKIE RZECZY?
Słowa znikają dopiero po kilku sekundach, w chwili, gdy kończy się odtwarzanie nagrania.
Faris Iskander przeżywa właśnie najgorsze chwile w swojej policyjnej karierze. Nie udało mu się udaremnić zamachu terrorystycznego i obwinia się za to, że doszło do detonacji ładunku. Na dodatek aktualnie jest zawieszony w swoich obowiązkach. Jakby tego było mało, kontaktuje się z nim mężczyzna, który twierdzi, że to on stoi za zamachem. Mówi Farisowi, że za 40 godzin na śmierć wykrwawi się ukrzyżowany mężczyzna. Okazuje się, że stawką w grze, którą rozpoczyna zamachowiec, jest nie tylko życie torturowanego przez niego człowieka. Przestępca daje do zrozumienia, że jeśli jego oczekiwania nie zostaną spełnione, w ogniu stanie cały Berlin, w którym aktualnie trwają obchody dorocznych Ekumenicznych Dni Kościoła. Czy policji uda się powstrzymać szaleńca?

Ransom Riggs "Baśnie osobliwe"

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, żyli osobliwi, obdarzeni na przykład wężowymi ustami... Baśnie osobliwe, o których chcę Wam dzisiaj opowiedzieć, to zbiór historii pokazujących nam, jak wyglądało życie osobliwych, zanim pani Peregrine stworzyła dla nich dom. Z lektury dowiecie się na przykład tego, kim była pierwsza ymbryna. Poznacie między innymi księżniczkę, która miała wężowy język i plecy pokryte łuską oraz kobietę, która potrafiła rozmawiać z duchami.

J.K. Rowling "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć"

Nie wiem, czy widzieliście film Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Ja byłam na tym w kinie i moje serce podbił niuchacz. Co prawda sama bym go sobie nie sprawiła, ale trzeba mu przyznać, że w swoim psoceniu był uroczy. Dziś opowiem Wam o książce, z której dowiecie się o nim i o innych magicznych stworzeniach czegoś więcej.

J.K. Rowling "Baśnie Barda Beedle'a"

Dzisiaj opowiem Wam o baśniach, które czyta się dzieciom w rodzinach czarodziejów. My wyrastamy na Kopciuszku czy Czerwonym Kapturku. Oni zaś słuchają opowieści o Czarodzieju i skaczącym garnku czy Czarze Marze i jej gdaczącym pieńku.

Przekład z runów autorstwa Hermiony Granger opatrzył swoimi komentarzami sam Albus Dumbledore. Nie będę Wam streszczać tych historii. Jeśli chcecie się z nimi zapoznać, musicie zrobić to sami.

Podobnie jak w naszych, mugolskich baśniach, te historie mają morał. Łatwo go odczytać. Każda opowieść daje do myślenia i zapada w pamięć. Najbardziej wstrząsnęło mną Włochate serce czarodzieja. Nie wiem, czy przeczytałabym taką bajkę na dobranoc swojemu dziecku. To trochę tak, jakbym mu pojechała braćmi Grimm bez cenzury. Najbardziej znana z całego tomu jest Opowieść o trzech braciach, którą mieliście okazję poznać, jeśli czytaliście ostatni tom przygód Harry'ego Pottera albo jeśli oglądaliście film. Niektóre z nich były wspomniane przez Rona w książkach, ale nie wniosły zbyt wiele do fabuły.

J. K. Rowling "Quidditch przez wieki"

Pozwólcie, że opowiem Wam dzisiaj o książce, która prezentuje historię najbardziej znanej gry czarodziejów.

Co prawda nigdy nie marzyłam o tym, żeby być jednym z graczy, ale fascynował mnie ten sport. Byłam bardzo ciekawa, skąd się wziął. Dzięki tej publikacji poznajemy nie tylko jego historię, ale także zasady gry.

Jak się pewnie domyślacie, quidditch nie zawsze wyglądał tak, jak opisała go J.K. Rowling w Harrym Potterze. Przez lata ewoluował, był udoskonalany i stał się nieco bardziej przyjazny dla środowiska. Z wielu względów. Polacy też dorzucili swoje pięć groszy do tej gry.

Sophie Kinsella "Spójrz mi w oczy, Audrey"

14-letnia Audrey cierpi na zaburzenia lękowe. Ciągle nosi ciemne okulary, nie potrafi nawiązać z nikim kontaktu wzrokowego, nie chodzi do szkoły i rzadko wychodzi z domu. W wyjściu na prostą pomaga jej doktor Sarah. Terapia zaczyna przynosić powolne postępy. Wtedy w życiu Audrey pojawia się Linus, przyjaciel starszego brata dziewczyny. Chłopak wyciąga do niej pomocną dłoń. Za pomocą liścików sprawia, że Audrey zaczyna wychodzić ze skorupy, w której się zamknęła.

Nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać po lekturze. Swoje lata już mam i nie wiedziałam, czy powieść dla młodzieży przypadnie mi do gustu. Sophie Kinsella wciągnęła mnie swoją opowieścią już od samego początku. Audrey kiedyś była zwyczajną dziewczyną, ale przydarzyło jej się coś złego. Od tego czasu nastolatka boi się kontaktów z innymi ludźmi. Wie co prawda, że to nie jest nic strasznego, ale "gadzi mózg" bierze nad nią czasem górę. Audrey od samego początku wzbudzała moją sympatię. Chciałam, żeby udało jej się wyjść normalnie z domu. Trzymałam za nią kciuki, by mogła znów spojrzeć komuś w oczy.

Sophie Kinsella potrafi oczarować słowem. Nie tylko bawi czytelników, ale także zmusza ich do refleksji. Autorka bardzo dobrze przedstawiła główną bohaterkę. Obserwujemy świat z jej perspektywy. Poznajemy radości i smutki. Jednocześnie towarzyszymy w życiu rodziny Audrey. Akcję przeplatają fragmenty scenariusza z filmu, który nakręciła nastolatka. Dzięki temu poznajemy bohaterów nieco bliżej i możemy na chwilę zapomnieć o problemie, z jakim zmaga się Audrey.

To książka nie tylko dla nastolatków. Dorośli czytelnicy także znajdą tu coś dla siebie. Sophie Kinsella choć posługuje się prostym językiem i nie unika humoru, daje czytelnikom ważną lekcję. Pokazuje, do czego może doprowadzić bezmyślne zachowanie innych ludzi. Poznajcie Audrey i pozwólcie jej spojrzeć Wam w oczy.

Sophie Kinsella
Spójrz mi w oczy, Audrey
Wydawnictwo Media Rodzina
Poznań 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Wydawnictwu Media Rodzina.

"Harry Potter i Przeklęte Dziecko"

Na początku chciałabym życzyć Wam wszystkim szczęśliwego Nowego Roku. Mam nadzieję, że święta i Sylwester były udane, naładowaliście akumulatory i macie siłę, by działać. Ja staram się powrócić do rzeczywistości po powrocie z Anglii, ale dość kiepsko mi to idzie. Skoro o Wielkiej Brytanii mowa, czas, bym podzieliła się w Wami moimi odczuciami po lekturze Przeklętego Dziecka.

Od śmierci Voldemorta minęło 19 lat. Do Hogwartu trafiają dzieci głównych bohaterów. Harry został urzędnikiem. O ile ze starszym synem jakoś się dogaduje, o tyle z młodszym nie może dojść do porozumienia. Ciągle dochodzi między nimi do sprzeczek. Na dodatek przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć. Czy ojcu i synowi uda się dojść do porozumienia? Czy będą w stanie stanąć ramię w ramię, by pokonać trudności?

Należę do pokolenia, które wyczekiwało z niecierpliwością na kolejne części cyklu przygód młodego czarodzieja. Piątą, szóstą i siódmą czytałam w oryginale, bo nie mogłam doczekać się polskiego oryginału. W przypadku ósmej z nich, nieco przespałam ten szał. Nie to, że nie chciałam się dowiedzieć, co będzie działo się z dziećmi głównych bohaterów, ale jakoś nie mogłam zebrać się do lektury. 

W moje ręce trafił scenariusz sztuki. Sam pomysł na fabułę nie był zły. Byłam bardzo ciekawa, jak będą wyglądały szkolne lata dzieci głównych bohaterów. Intrygowało mnie, czy będą borykały się z podobnymi problemami jak rodzice. Niestety, książka do mnie nie przemówiła. Za dużo tu niedopowiedzeń, przeskakiwania z jednego wątku do drugiego. Dialogi nie były naturalne. Niektóre z nich zupełnie nic nie wnosiły do treści. Pomijam już fakt, że czasem nie wiedziałam co się dzieje, bo nagle przeskakiwałam z jednego miejsca do drugiego. Całość jest moim zdaniem bardzo niedopracowana. Czuję ogromny niedosyt po lekturze. Byłoby lepiej, gdyby Rowling faktycznie napisała ósmą część, wtedy może parę kwestii by się wyjaśniło.

Zabrakło mi właściwie wszystkiego. Nie ma tej magii, która pojawiła się w poprzednich częściach. I tu nie chodzi o to, że stara dupa jestem i wyrosłam z Pottera. Nic z tych rzeczy. Nie poznałam Harry'ego. Dawniej go podziwiałam, potrafił znaleźć wyjście nawet z najtrudniejszej sytuacji. Nie zawsze sam, ale jakoś sobie radził. Tutaj ojciec rodziny jest tak nieporadny, że to aż boli. Ręce mi opadły, gdy widziałam jego zachowanie. Podziwiam Ginny, że miała do niego cierpliwość. Ja takiego męża wsadziłabym na hipogryfa i niech leci, byle z daleka ode mnie. Nie mogłam też przyzwyczaić się do nowego Rona. Co oni z nim zrobili? Jedynie Hermiona zachowuje się jako tako jak ona. Nawet Malfoya wykastrowali...

Książka nie spełniła moich oczekiwań. To nie był świat czarodziejów, który znałam, czułam się tam obco. Nie sądzę, bym jeszcze kiedyś tam wróciła. Zdecydowanie bardziej wolę czasy Voldemorta. 

Harry Potter i Przeklęte Dziecko
Wydawnictwo Media Rodzina
Warszawa 2016

Ransom Riggs "Osobliwy dom pani Peregrine"

W przypadku tej książki spotkałam się ze sprzecznymi opiniami. Jedni ją wychwalali, inni zaś pisali, że to strata czasu. Postanowiłam więc na własnej skórze przekonać się, jaka właściwie jest ta powieść.

Jacob nie miał pasjonującego życia. Nie został odkrywcą, nie miał zbyt wielu przyjaciół. Ważną osobą w jego życiu był dziadek. To on najbardziej mu imponował i opowiadał niezwykłe historie o walijskim sierocińcu. Pewnego dnia dziadek Portman umarł w nieznanych okolicznościach. Wtedy wszystko się zmieniło. Jacob wyrusza na tajemniczą wyspę, by odnaleźć miejsce, o którym wspominał dziadek. Czy zdjęcia z fotografii, które ten mu pokazywał, naprawdę istniały?

Mam ogromny mętlik w głowie po odłożeniu książki na półkę. O tym, żeby ją przeczytać, myślałam już od dawna. Wydawca reklamuje ją jako świetny thriller, nie tylko dla młodzieży. Czy to był thriller? Nie powiedziałabym. Horror? Też nie. Potwory nie atakowały mnie na każdym kroku.

Kluczowym elementem książki są bez wątpienia specyficzne zdjęcia. Większość z nich wywoływała u mnie ciarki na wszystkich częściach ciała. Swoje zrobił też dopisek, że tylko niektóre zostały zmodyfikowane. Powieść jest taka, jak jej tytuł, osobliwa. Niektóre fragmenty mnie przerażały, choć nie obgryzałam paznokci ze strachu. Trudno jest mi ocenić Osobliwy dom pani Peregrine. Nie nudziłam się co prawda w trakcie lektury, ale czegoś mi brakowało. Pewnie autor za słabo mnie nastraszył. Nagłych zwrotów akcji nie było, choć działo się całkiem sporo. Jestem nieco rozczarowana zakończeniem. W pewnym momencie zaczęłam podejrzewać, do czego to wszystko zmierza i niestety nie pomyliłam się.

Ostatnio trafiłam w jednej z gazet wziętych z kina, że Tim Burton, mój ulubiony reżyser, przeniesie powieść na ekrany. Jestem ciekawa, jaką będzie miał wizję tego, co napisał Ransom Roggs. Do tej pory żaden jego film mnie nie zawiódł. Mam nadzieję, że i tym razem nie będę rozczarowana.

Jestem ciekawa tego, co autor zawarł w kolejnych częściach cyklu. Kiedyś się za nie zabiorę. Polecam tę książkę fanom fantastyki. Na pewno znajdą tu coś dla siebie.

Ransom Riggs
Osobliwy dom pani Peregrine
Wydawnictwo Media Rodzina
Poznań 2012

Poniedziałki ze zbrodnią w tle: #36 Jennifer McMahon "Zimowe dzieci"

Drogie Czytelniczki,
wyobraźcie sobie taką sytuację: od dawna staracie się z mężem o dziecko. Każda próba kończy się poronieniem. Kiedy w końcu udaje się Wam urodzić chłopca, Wasza radość nie trwa długo. Upragniony synek umiera po dwóch miesiącach. Jednak wydaje się, że los nareszcie się do Was uśmiecha. Rodzicie córeczkę, która w miarę zdrowo się chowa. Teraz wyobraźcie sobie, że pewnego dnia ona ginie w nieznanych okolicznościach. Wkrótce zostaje odnalezione jej ciało. Byłybyście w stanie pogodzić się z tak ogromną stratą? Sara Harrison Shea nie potrafiła pozwolić odejść swojej małej Gertie z tego świata.

Witajcie w 1908 roku.
Mała Gertie, córka Sara i Martina zostaje odnaleziona martwa. Matka nie jest w stanie pogodzić się z tą stratą. Przypomina sobie o cioteczce, która przekazała jej wiedzę dającą możliwość do przywrócenia zmarłych do życia. Sarah nie waha się ani chwili i wskrzesza córkę. Gertie nie jest jednak tą dziewczynką, jaką była za życia. Dla matki jednak najważniejsze jest to, że znów ma przy sobie ukochaną córeczkę.

Czasy współczesne
Dwie siostry, Ruthie i Fawn z dnia na dzień zostają same, gdy w niewyjaśnionych okolicznościach znika ich matka. Dziewczyna postanawia odkryć prawdę. Wszystko zaczyna się komplikować, gdy okazuje się, że takich zaginięć w okolicy było więcej. Ruthie odnajduje w sypialni matki kartki z pamiętnika Sary, matki Gertie. Czyta jej opowieść, która w pewnym momencie urywa się. Wszystko jednak wskazuje na to, że te zapiski są kluczem do odnalezienie mamy Ruthie i Fawn. Rozpoczyna się wyścig z czasem i z postaciami, które nie powinny pojawić się w naszym świecie.

Nie miałam wielkich oczekiwań wobec tej książki i zostałam bardzo pozytywnie zaskoczona. Autorka wcisnęła mnie w fotel i nie pozwoliła z niego wyjść. Z rozszerzającymi się z przerażenia oczami obserwowałam to, co dzieje się na kartach powieści. Jennifer McMahon w mistrzowski sposób połączyła wątek paranormalny z thrillerem. Wplotła w tę historię mrożące krew w żyłach legendy i przywróciła do życia tych, którzy powinni pozostać martwi. Bardzo płynnie przechodziła między teraźniejszością a przeszłością. "Dopieściła" swoją powieść w każdym szczególe. Zarówno, jeśli chodzi o bohaterów, jak i o całą panującą dookoła nich otoczkę.

Zimowe dzieci mają niezwykły klimat. Jennifer McMahon to Stephen King w spódnicy. W trakcie lektury czułam na rękach ciarki. Tak przeżywałam to, co się działo, że przez dwa dni miałam koszmary. Autorka do końca utrzymała mnie w napięciu. Zakończenie to było mistrzostwo świata. Do tej pory nie umiem się po nim otrząsnąć. Nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Wiem, że to była wymyślona historia, ale Jennifer McMahon przedstawiła ją w tak przekonujący sposób, że byłabym skłonna uwierzyć w to, że kiedyś się wydarzyła.

To nie jest zwykły horror połączony z thrillerem. To przede wszystkim historia o niezwykle skrzywdzonej przez los matce, która nie jest w stanie podnieść się po kolejnym ciosie. Chciała odzyskać dziecko za wszelką cenę, nie zważając na to, jakie konsekwencje przyniesie jej czyn. Liczyło się dla niej tylko jedno - chciała znów potrzymać ukochaną córkę w ramionach. Czy można kogoś ganić za coś takiego?

Jennifer McMahon
Zimowe dzieci
Wydawnictwo Media Rodzina
Poznań 2015

Poniedziałki ze zbrodnią w tle: #29 Emelie Schepp "Naznaczeni na zawsze"


Uwielbiam klimat szwedzkich książek. Zajmują one sporo miejsca w mojej biblioteczce. Lubię czytać o śledztwach, które prowadzi się wśród nieprzeniknionego chłodu. Szwedom trzeba przyznać to, że potrafią stworzyć dla czytelników świat mroku. Kiedy w zapowiedziach Wydawnictwa Media Rodzina zobaczyłam Naznaczonych na zawsze, poczułam szybsze bicie serca. Wiedziałam, że muszę przeczytać tę powieść.
Zrozpaczona kobieta dzwoni na policję, by zgłosić fakt, że jej mąż nie żyje. Na miejscu zostają zabezpieczone odciski palców dziecka. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że małżeństwo było bezdzietne. Niedługo potem policja dokonuje makabrycznego odkrycia. Są to zwłoki dziesięcioletniego uzależnionego od narkotyków chłopca. Okazuje się, że był on w domu zamordowanego mężczyzny. Nie wiadomo kim był. Jego jedynym „dowodem tożsamości” jest imię greckiego boga śmierci Thanatosa wyryte na karku. Jana Berzielus, pani prokurator, która uczestniczy w śledztwie, orientuje się, że gdzieś już to imię widziała... Dokąd zaprowadzą ją poszukiwania? Kim jest tajemnicza dziewczynka, która pojawia się od czasu do czasu w powieści?
Emelie Schepp przyznała się, że miała problem z wydaniem tej książki. Szwedzkie wydawnictwa nie chciały z nią współpracować, więc zdecydowała się na opublikowanie Naznaczonych na zawsze na własną rękę. Bardzo cieszę się, że jej się to udało, gdyż czytelnicy dostali do ręki kawał dobrego psychologicznego kryminału. Odważne ze strony autorki było też poruszenie owianego jeszcze aurą tabu motywu dzieci szkolonych na płatnych zabójców. Te fragmenty przyprawiały mnie o ciarki i bywało, że musiałam na chwilę zamknąć książkę, żeby ochłonąć. Nie wyobrażam sobie tego, jakim trzeba być potworem, żeby tak skrzywić psychikę dziecka. Nie potrafiłam także spokojnie czytać chociażby o tym, co mały chłopiec zrobił ze swoim ciałem, gdy zażywał narkotyki. Byłam wtedy we wszystkich kolorach tęczy.
Muszę przyznać, że na początku Naznaczonych na zawsze czytało mi się bardzo opornie. Działo się niewiele, głównie poznawałam bohaterów i ich historie. Na szczęście później wszystko ruszyło z kopyta i nie nudziłam się w trakcie lektury.
Polubiłam Janę Berzielus. Nieco chłodna w obyciu i trzymająca na dystans współpracowników kobieta, zdobyła moje serce. Przeżyła w dzieciństwie traumę, która wpłynęła na jej postępowanie, jednak utrzymuje to w tajemnicy. Czuję pewien niedosyt po przeczytaniu książki. Mam wrażenie, że dowiedziałam się o pani prokurator za mało. Pociesza mnie jednak fakt, że Naznaczeni na zawsze to dopiero pierwsza część cyklu o jej przygodach. Liczę na to, że na kolejną nie będę musiała zbyt długo czekać. Jestem głodna wrażeń.
Jedyne, co troszeczkę zaburzyło mój odbiór powieści to fakt, że w pewnym momencie Emelie Schepp zaczęła mnie prowadzić za rękę. Nie pozwoliła mi snuć domysłów i samodzielnie rozwiązać zagadki. Wiele rzeczy dostałam niemalże na tacy. Wolę jednak, gdy w powieści jest więcej tajemnicy. Przymykam jednak na to oko. To literacki debiut autorki. Jej historia ma potencjał i warsztat Schepp z czasem na pewno się poprawi.
Każdy, kto mnie zna, wie, że specjalizuję się w kryminałach. Naznaczeni na zawsze podlegają pod tę kategorię. Uważam, że to dobra książka. Fani gatunku mogą spokojnie po nią sięgnąć. Ostrzegam tylko, że niektóre momenty mogą wcisnąć w fotel i wywołać mdłości. Czekam z niecierpliwością na kolejną powieść Emelie Schepp. Jestem ciekawa czym ona mnie zaskoczy.

Emelie Schepp
Naznaczeni na zawsze
Wydawnictwo Media Rodzina
Poznań 2015

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Portalowi Sztukater
i Wydawnictwu Media Rodzina.

Piotr Bojarski "Ściema"



Piotr Bojarski, autor Ściemy powiedział, że pomysł na napisanie powieści pojawił się w pracy. Mężczyzna jest bowiem dziennikarzem i podczas spotkania autorskiego w Muzeum Czerwca 56. przyznał, że w trakcie pisania zastanawiał się, jak zainteresować wydarzeniami z czasu wojennego swoich synów, którzy nie wykazują zainteresowania tym okresem. Trudno im się dziwić. Sama należę do młodego pokolenia, które miało to szczęście, że urodziło się już po upadku komuny. Przyznam szczerze, że wciąż niewiele wiem na ten temat. Owszem, słyszałam opowieści rodziców, czytałam o tym książki, ale to dla mnie wciąż jedna wielka niewiadoma. Ściema może takim ludziom, jak ja pokazać tamte realia.

Kwiecień 2010 roku. Polska jest pogrążona w żałobie po rozbiciu się prezydenckiego samolotu. Dziennikarz Patryk Chromy postanawia jednak skupić się w swojej pracy na czymś innym niż roztrząsanie czy był zamach, czy też go nie było. Próbuje rozwikłać zagadkę niewyjaśnionej śmierci Roberta Niemczyka, który został ciężko pobity na przystanku tramwajowym i zmarł w wyniku poniesionych obrażeń. Winę zrzucono na czwórkę zomowców, którzy zostali jednak uniewinnieni podczas procesu w 1991 roku. Patryk Chromy chce dowiedzieć się tego, co tak naprawdę tam się stało. Nie chodzi mu tylko o to, że rozwiązanie takiej sprawy przyniesie mu zasłużoną sławę, lecz także o to, by po 20 latach móc powiedzieć rodzicom zamordowanego chłopaka prawdę. Nie ma pojęcia, że to wszystko jest bardziej skomplikowane, niż mogłoby mu się to wydawać.
Jak wspomniałam na początku, stan wojenny znam tylko z opowieści rodziców, książek i telewizji. Nigdy, w przeciwieństwie do mojej starszej siostry, nie mogłam zaznać jego "uroków". W takiej samej sytuacji jest Patryk Chromy. Jego wiedza na ten temat jest bardzo okrojona. Nie wiedział nawet, jak brzmi rozwinięcie skrótu ZOMO. Ludzie, z którymi spotyka się w trakcie swojego "śledztwa", pozwalają mu na poznanie polskich realiów w latach 80. Zomowcy nie wstydzą się tego, kim byli.Bojarski nie ocenia ich. Pokazuje czytelnikom, jakie motywy nimi kierowali, a to, w jaki sposób ich osądzimy, to już nasza sprawa. Nie spotkałam się wcześniej z tak dobrym portretem psychologicznym byłego zomowca. 
Nie miałam jeszcze okazji odwiedzić Poznania. Autor opisał go jednak w taki sposób, że wydawało mi się, że wraz z głównym bohaterem przemierzam poznańskie ulice. Teraz przynajmniej będę wiedziała, od jakich miejsc mam się trzymać z daleka.
Do napisania książki Piotra Bojarskiego zainspirowały losy Wojciecha Cieślewicza i Piotra Majchrzaka. To dobra lekcja historii, która nam, młodym ludziom, przypomni o tym, co działo się kiedyś. Dziś niewiele się o tym mówi. Podejrzewam, że moje dzieci będą wiedziały na ten temat jeszcze mniej niż ja. Jestem wdzięczna autorowi za możliwość podróży w czasie i przekonania się o tym, jak wyglądały kulisy śledztw byłych milicjantów. Zachęcam do sięgnięcia po tę książkę osoby, które już skończyły 18 lat i mają pojęcie o historii Polski. Do Ściemy trzeba dorosnąć, żeby ją zrozumieć. Dziękuję autorowi za ten pomnik pamięci wystawiony dla ofiar stanu wojennego. Mam nadzieję, że i wy nie przejdziecie obok niego obojętnie. Nie gwarantuję akcji wciskającej w fotel, pościgów szybkimi samochodami i upojnych nocy spędzonych w ramionach pięknych kobiet. Mogę was tylko zapewnić o tym, że ta lekcja historii zostanie w waszej pamięci na długo.

Piotr Bojarski
Ściema
Wydawnictwo Media Rodzina
Poznań 2015

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.

P.S. Kochani, śledźcie na bieżąco Czytelnię. Czuję w powietrzu nadchodzący konkurs :)

Carina Bartsch "Lato koloru wiśni"


Kiedy w opisie książki Lato koloru wiśni przeczytałam, że do głównej bohaterki anonimowe maile pisze tajemniczy Luca, pomyślałam, że nie wyjdzie z tego nic dobrego. Nie wiem, od kiedy anonim podpisuje się imieniem, ale może niepotrzebnie się czepiam. Obawiałam się jednak, że w środku znajdę jeszcze więcej takich kwiatków. Na szczęście moje obawy nie sprawdziły się.
Historia opowiedziana w tej książce nie jest oryginalna. Główną bohaterką jest studentka, która nie ma zbyt bogatych ludzi, musi sobie dorabiać jako kelnerka i mieszkać ze współlokatorami. Jest też przyjaciółka owej dziewczyny, która ma przystojnego, ale irytującego jak komar w nocy brata. Musicie przyznać, że historia nie jest oryginalna. Jednak w Lecie koloru wiśni było coś, co nie pozwoliło mi się od niego oderwać.
Emely Winters studiuje literaturoznawstwo. Mieszka w wynajmowanym mieszkaniu i dorabia jako kelnerka. Nie ma chłopaka, ma za to przyjaciółkę, która chcąc jej szczęścia, próbuje ją wyswatać. Szkoda tylko, że główna zainteresowana nie bardzo pali się do zmiany statusu związku. Do Emely zaczynają przychodzić tajemnicze maile od jeszcze bardziej tajemniczego Luki. Dziewczyna nie wie, kim on jest, ale decyduje się na tę internetową znajomość. Luca zaczyna ją fascynować, jednak nie potrafi zapomnieć o bracie swojej przyjaciółki Alex, Elyasie. Jesteście ciekawi co z tego wyniknie? Chwytajcie w takim razie za książki, ja już nic więcej nie zdradzę.
Ta książka ma prawie 500 stron, ale tak mnie wciągnęła, że pochłonęłam ją w ciągu jednego wieczora. Nie potrafiłam odłożyć lektury na później. MUSIAŁAM dowiedzieć się, kim jest Luca. Zaintrygował mnie. Gdybym nie była w związku, napisałabym, że sama chciałabym dostawać takie wiadomości. Polubiłam Emely, choć nie wszystkim pewnie przypadnie do gustu jej cięty język. Ja płakałam ze śmiechu, czytając jej niektóre wypowiedzi i przemyślenia. Podobało mi się jej zdrowe podejście do życia. Emely nieco przypomina mnie, może dlatego tak bardzo się z nią zżyłam. Nieco drażniła mnie wiecznie rozgadana Alex. Nie wiem, czy chciałabym mieć taką przyjaciółkę. Cenię sobie ludzi potrafiących dochować tajemnicy. Ona już na wstępie byłaby z tego powodu spalona. Nie umiała utrzymać języka za zębami, choć w sytuacjach kryzysowych była niezastąpiona. Jest jeszcze jej brat, Elyas. Fakt, był, za przeproszeniem, irytującym dupkiem, ale miał w sobie coś, co sprawiło, że jednak go polubiłam. No i miał Mustanga. Niegrzeczny chłopiec z szybkim samochodem... Marzenie. Elyas bardzo zapunktował u mnie tym, co zrobił, gdy rodzice Emely mieli wypadek. Żałuję tylko tego, że nie pociągnięto bardziej wątku państwa Winters. Chciałabym się dowiedzieć o nich czegoś więcej. Szkoda, że pojawili się tylko na chwilę.
Zakończenie książki narobiło mi ochoty na kolejną część. Myślałam, że dowiem się, kim jest tajemniczy Luca, ale nic z tego nie wyszło, choć pojawiły się pewne podejrzenia. Aż jestem ciekawa, czy dobrze kombinuję. Mam nadzieję, że Zima koloru turkusu w miarę szybko wpadnie w moje ręce.
Lato koloru wiśni to z jednej strony historia, jakich wiele, ale z drugiej strony została opowiedziana w niezwykły sposób. Emely świetnie sprawdziła się w roli narratorki. Uwielbiam jej sarkazm. To bardzo przyjemna powieść, dedykowana raczej dla pań niż panów. Przede wszystkim dlatego, że jest ona opowiedziana z perspektywy kobiety. Za oknami panują nieziemskie upały. Jeśli szukacie lekkiej, niekoniecznie cienkiej lektury na nadchodzące dni, polecam tę książkę. Nie radzę tylko niczego przy niej pić lub jeść, bo możecie się zakrztusić. Wybuchy niekontrolowanego śmiechu gwarantowane. 

Carina Bartsch
Lato koloru wiśni
Wydawnictwo Media Rodzina
Poznań 2015

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję portalowi Sztukater
i Wydawnictwu Media Rodzina.


Czytelnia mola książkowego © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka