Kilkuletnia dziewczynka ginie niespodziewanie podczas dziecięcej zabawy w chowanego. Na miejscu jej zaginięcia odkryta zostaje kukurydziana laleczka.
Do sprawy przydzielona zostaje Annie O’Malley – psychoterapeutka i była policjantka. Kobieta nadal mierzy się z traumą z dzieciństwa, kiedy to zaginęła jej siostra, postanawia jednak zająć się sprawą. Do pomocy przydzielony jej zostaje Joe Swift – detektyw z ogromnym bagażem trudnych doświadczeń. Wspólnie prowadzą śledztwo, które początkowo dotyczy jednego zaginięcia, jednak stopniowo zaczyna ubywać dzieci, a przybywać kukurydzianych laleczek.
Kiedy czytałam tę książkę, w mojej głowie pojawiła się myśl, że chyba pora założyć osobną serię, KK - kryminalny klops. Tę historię zapamiętam na długo. I nie ze względu na samą historię, ale ze względu na to, co w niej nie grało. Ale po kolei. Podczas zabawy w chowanego znika mała dziewczynka. Niebawem znika kolejne dziecko. Na miejscu zaginięcia dziewczynek śledczy znajdują kukurydzianą laleczkę. Czy mogły paść ofiarą wyznawców kultu?
Początek zapowiadał się bardzo dobrze. Scena zniknięcia Orli wywołała u mnie ciarki na całym ciele. Ale potem rozpoczyna się śledztwo i czar pryska. Mam poczucie, że zostałam wrzucona w środek historii i brakuje mi jej początku. Niewiele wiadomo o przeszłości Annie, w sumie Joe też pozostaje tajemniczy. I tak, to mogło zagrać na plus historii, ale nie w tym przypadku. Nie kupuję kreacji żadnego z tych bohaterów, a dialogi między nimi były czasem tak naciągane, że trudno się je czytało.
Kolejna rzecz - na niekorzyść tej historii działa moim zdaniem jej objętość. Zaginęło kilkoro dzieci, ale nie miałam szansy wczuć się w ból matek po ich zniknięciu. Autor po prostu opowiedział, co się z nimi działo, nie pozwolił mi tego poczuć. Za mało było małych gestów, które pokazałyby mi to, czego wypowiedziane przez nie słowa nie potrafią.
Śledztwo było prowadzone w bardzo schematyczny sposób. Jedziemy z punktu A do punktu B, rozmawiamy w samochodzie, czegoś się dowiadujemy na miejscu, wracamy na posterunek. Ewentualnie gdzieś się włamujemy. Wisienką na torcie było dla mnie pokazywanie zdjęć podczas jazdy samochodem. I jeszcze robił to detektyw, który stoi na straży prawa. Brawo, Joe, prawie doprowadziłeś do wypadku. I to niejeden raz, bo chłop pod wpływem emocji jeździł tak, że sam sobie prawko powinien zabrać.
Żeby nie było, ta historia ma dobre momenty, ale jest ich zdecydowanie za mało, żebym mogła tę książkę komukolwiek polecić. Akcja mknie jak szalona, przez co warstwa emocjonalna nawet nie ma okazji leżeć i kwiczeć, jej po prostu nie ma. Trudno mi uwierzyć w to, że śledztwo w jakiejkolwiek sprawie mogłoby być prowadzone tak jak to w książce. Nie kupuję tego, jak duże uprawnienia miała Annie.
I jeszcze jedno - wydawca nie popisał się pod względem językowym. O ile mowa potoczna w dialogach była dla mnie do przełknięcia, o tyle w narracji już nie. Kolejna rzecz - używanie terminów psycholog, psychoterapeutka, terapeutka jako synonimów - no nie, to nie jest to samo... Posiadać i mieć też nie zawsze można zastosować zamiennie. Gdybym miała papierową wersję, a nie ebooka, to skończyłoby się na tym, że zaczęłabym redagować niektóre fragmenty. Mój korektorski demon z trudem utrzymywał się w ryzach w trakcie lektury...
Czy sięgnę po kolejną część? Nie sądzę. Nie interesuje mnie przeszłość Annie, choć sporo w niej mroku. Joe też nie zrobił na mnie wrażenia. Za to oboje bym wysłała na terapię, kompletnie nie radzą sobie w sytuacjach kryzysowych.

przez
Blokotka
Brak komentarzy :
Prześlij komentarz
Dziękuję za każdy zostawiony komentarz. Wasze opinie są dla mnie bardzo ważne. Jeśli zostawicie mi swój adres to obiecuję, że Was odwiedzę :)