Poniedziałki ze zbrodnią w tle: #587 Maciej Siembieda "Gołoborze"

 

W świętokrzyskich lasach, w cieniu Łysej Góry, obok miejsca, gdzie na Czarciej Polanie głaz przygniótł diabła, od lat toczy się zajadła wojna.

Dwa zwaśnione rody pielęgnują nienawiść, której nauczyli ich przodkowie.

W tej wsi są ludzie z kamienia twardszego i ostrzejszego niż te na gołoborzu, a ich oczy płoną gniewem. Wszyscy wiedzą, że wojna między Kończakami a Cebrzynami jest święta, morderstwo – honorowe, a rodzina i obowiązek wobec niej stoją ponad prawem.

Wyrok wymierza się tutaj osobiście.

Najlepiej nożem.

Od kilku minut siedzę przed laptopem, patrzę w migający kursor i nie umiem ubrać w słowa tego, co dzieje się w mojej głowie po lekturze tej powieści. Powiedzieć, że zło wyziera z niej z każdej strony, to nie powiedzieć nic.

"Gołoborze" to bardzo specyficzna saga rodzinna, pisana krwią. Często niewinnych osób, których jedyną "zbrodnią" było to, że urodzili się z nazwiskiem wroga. Pielęgnowana przez lata i przekazywana z pokolenia na pokolenie nienawiść niesie ze sobą krwawe żniwo. Wojna między Kończakami a Cebrzynami jest święta, zaś morderstwo popełnione w imię obrony honoru rodziny nie jest piętnowane, wręcz przeciwnie, jest obowiązkiem. Uciekanie od niego jest traktowane jako wystąpienie przeciwko swoim. Prawo zemsty stoi ponad innymi prawami.

To była jedna z tych książek, które jednocześnie chciałam czytać, ale też bałam się tego, co za moment zobaczę. Kilka razy musiałam odkładać książkę na bok, żeby pogodzić się z kolejną bezsensowną śmiercią. Najtrudniej było mi, gdy pojawił się wątek z przelewaniem wosku z gromnicy. Aż ciarki mnie przechodzą, gdy przypomnę sobie, co się wtedy działo... 

Od niektórych bohaterów na kilometr bije hipokryzja. Myślą o sobie, że są dobrymi chrześcijanami, gorliwie się modlą, by za moment wbić sąsiadowi nóż w plecy, bo zasłużył, bo jest obcy, bo jego przodkowie skrzywdzili naszych, a ta zniewaga krwi wymaga. Już dawno nie widziałam też tak spaczonego podejścia do kwestii honoru. Pielęgnowana przez lata nienawiść zniszczyła życie niejednej osoby, ale przerwanie tego bezsensownego kręgu przemocy nie było łatwe.

Miałam ochotę strzelić kilku bohaterów w łeb na opamiętanie. Zwłaszcza tych żyjących w nieco bliższych nam czasach. Pewien testament zwalił mnie z nóg. Już myślałam, że rody osiągnęły apogeum głupoty, ale ten ten wątek pokazał mi, że oni dopiero odpinają wrotki i nie sposób ich zatrzymać.

Było mi żal, gdy widziałam, jak gasną kolejne niewinne osoby, a nienawiść jest przekazywana jak pałeczka dalej. W tej wojnie nie było sensu. Najgorsze jest to, że wciąż wielu ludzi się tak zachowuje. Może i nie mordują się na potęgę, ale tak bardzo pielęgnują w sobie nienawiść do innych, że ta staje się częścią ich osobowości, częścią dziedzictwa, które jest przekazywane dalej.

Ta historia skłoniła mnie do refleksji na temat tego, jak nasi przodkowie wpływają na kształtowanie naszej osobowości. Są rodziny, które wymagają bezwzględnego oddania i jakiekolwiek próby pogodzenia się z dawnym wrogiem uznają za oznakę słabości, a nie siły. To bardzo dobre studium psychologiczne, momentami trudne w odbiorze, biorąc pod uwagę ilość przelanej krwi, ale zapada w pamięć. Mistrzu, dziękuję za tę literacką podróż i czekam niecierpliwie na kolejną.

Udostępnij ten post

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy zostawiony komentarz. Wasze opinie są dla mnie bardzo ważne. Jeśli zostawicie mi swój adres to obiecuję, że Was odwiedzę :)

Czytelnia mola książkowego © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka