Poniedziałki ze zbrodnią w tle: #594 Sebastian Fitzek "Dziewczyna z kalendarza"

 

Jedenaście lat temu Alma została jako niemowlę oddana do adopcji. Towarzyszyły temu tajemnicze okoliczności, a pilnie strzeżone akta zawierają informację, że tożsamość biologicznej matki nie może zostać ujawniona, ponieważ naraziłoby ją to na śmiertelne niebezpieczeństwo. Dziewczynka cierpi jednak na zagrażającą życiu chorobę i pilnie potrzebuje dawcy szpiku. Aby uratować córkę, adopcyjna matka – psycholożka z dużym dorobkiem naukowym – rozpoczyna desperackie poszukiwania biologicznych rodziców Almy. Przeczesując internet, natrafia na miejską legendę o Dziewczynie z Kalendarza, młodej kobiecie, która przed Bożym Narodzeniem znalazła schronienie w zacisznej chacie w Lesie Frankońskim. Tam dopadł ją psychopata i zmusił do otwarcia adwentowego kalendarza horroru.
Czy zbliżają się święta wielkanocne, a ja zabrałam się za czytanie powieści, której akcja dzieje się w lwiej części podczas adwentu? Oj tam, kto by się takimi szczegółami przejmował? ;)

Alma została oddana do adopcji jako niemowlę. Dane jej rodziców są pilnie strzeżone. Dziewczynka jednak jest poważnie chora i potrzebuje przeszczepu szpiku kostnego. Jej adopcyjna matka jest gotowa poruszyć niebo i ziemię, by uratować córkę. Poszukiwania jej biologicznych rodziców doprowadzają Olivię do miejskiej legendy o Dziewczynie z Kalendarza, młodej kobiecie, która przed Bożym Narodzeniem znalazła schronienie w zacisznej chacie w Lesie Frankońskim. Tam dopadł ją psychopata i zmusił do otwarcia adwentowego kalendarza horroru.

Słyszałam o tej książce sporo dobrego, że wciska w fotel, czyta się ją niemal jednym tchem. Postanowiłam na własnej skórze przekonać się, czy Sebastian Fitzek mnie zachwyci. I muszę powiedzieć, że mam bardzo mieszane uczucia. Zapoznałam się z audiobookiem i nie mam żadnych zastrzeżeń co do tego, jak był wykonany. Historia na swój sposób też mnie intrygowała i byłam ciekawa, co będzie działo się dalej. Tak w każdym razie było przez pierwszą połowę. Rozpoczęcie było mocne - scena z zamawianiem pizzy to majstersztyk. Przeskoki czasowe nie wybijały mnie z rytmu czytania, było dobrze. Ale potem sytuacja zaczęła się komplikować.

Polubiłam Olivię i podziwiam jej determinację w kwestii walki o zdrowie córki. Jej relacja z doktorantem też na swój sposób mnie ujęła. Za to kompletnie nie kupiłam wątku jej męża, a zwłaszcza końcówki. Poszło tu w taki tani melodramat z niedojrzałymi emocjonalnie bohaterami, że ręce mi opadły. 

Kiedy słuchałam drugiej połowy książki, moje brwi doznały stanu permanentnego uniesienia. I to nie takiego z cyklu "Sebastian, dałeś czadu, z kapci mnie wyrwało, gratuluję" tylko "Co? Ale jak? Dlaczego? Z której strony się to spina?". Było tak dużo zbiegów okoliczności, że już nawet nie opuszczałam swoich brwi, na wszelki wypadek zostawiałam je uniesione. I nie próbowałam zrozumieć tego, co się dzieje, po prostu płynęłam z nurtem. W pewnym momencie też zaczęłam podejrzewać, jak może wyglądać zakończenie. I nie pomyliłam się. 

Lubię pióro tego autora, udało mu się poprzednio wgnieść mnie w fotel. Tym razem musiałam obejść się smakiem, a szkoda, bo początek naprawdę dawał nadzieję na dobrą historię. Potem stał się chaos. Zakończenie mnie nie porwało. 

Udostępnij ten post

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy zostawiony komentarz. Wasze opinie są dla mnie bardzo ważne. Jeśli zostawicie mi swój adres to obiecuję, że Was odwiedzę :)

Czytelnia mola książkowego © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka