Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura czeska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura czeska. Pokaż wszystkie posty

Kateřina Tučková "Bílá Voda"

 

Bílá Voda. Opuszczona wieś w górach na pograniczu czesko-polskim. Jest tu tylko podupadły klasztor, szpital psychiatryczny i tonący w morzu róż cmentarz. Imiona na nagrobkach wskazują, że pochowano na nim wyłącznie kobiety.

Lena Lagnerová ma powody, by uciec na ten koniec świata. Mieszkanki klasztoru – ekscentryczne siostry zakonne – dają jej azyl i zadanie: ma uporządkować stare dokumenty. Żmudna praca prowadzi do zdumiewającego odkrycia dramatycznych losów tego miejsca i osiadłych w nim sióstr.

W roku 1950 zamknięto czechosłowackie klasztory, a zakonnice przewieziono do ośrodków internowania – jeden z nich mieścił się w Bílej Vodzie. Warunki izolacji były fatalne, a całej sprawie przyświecał jasny cel: zakony i ich członkinie miały zniknąć na zawsze.

Jak udało im się przetrwać? Czy to możliwe, że za kołnierzem siostry Ewarysty bieli się koloratka? I skoro prześladowania rzeczywiście zakończyły się wraz z upadkiem komunizmu, dlaczego kilkanaście lat później siostry nadal czują się zagrożone?

Lenka Elbe "Uranova"

 

Czy ciebie też kusi nieśmiertelność?

Angela, dziewczyna Henry'ego Robothama, zniknęła bez śladu w sierpniu 1968 roku. Zupełnie jakby pochłonęła ją ziemia. Poszukiwała swoich czeskich przodków w starożytnym górniczym mieście Jachymów, znanym z uzdrowiska radonowego i brutalnych obozów dla więźniów politycznych.

Trzydzieści lat później Henry za namową terapeuty odwiedza miasto uranu, aby zmierzyć się z traumą, która ciąży mu na duszy. W podróży do postkomunistycznych Czech towarzyszy mu neurotyczna partnerka Suzanne.

Po kilku perypetiach związanych z przyjazdem Henry i Suzanne znajdują zakwaterowanie w hotelu Skłodowska, obiekcie nazwanym tak na cześć Marii Skłodowskiej-Curie, a obecnie należącym do Esteli Hansovej, charyzmatycznej i osobliwej miejscowej lekarki.

Pavel Nedved "Piłkarze odchodzą, mężczyźni zostają"

 
"My, piłkarze, dajemy tym ludziom marzenia i sprawiamy, że się uśmiechają, darowujemy im coś pięknego, coś, w co wierzą i dzięki czemu dobrze się bawią. Coś, co przynosi im radość. Życie bywa trudne, a coś takiego jak piłka nożna może uczynić je odrobinę lepszym."

Są piłkarze, którzy chociaż nie wbijali bramek z prędkością światła, zapisali się w historii piłki nożnej i wzbudzali sympatię fanów. Należy do nich bez wątpienia Pavel Nedved, wybitny piłkarz czeski, który przez kilka lat grał w barwach klubu Juventus Turyn i nie porzucił go, choć został on zdegradowany w wyniku afery Calciopoli do Serie B.
Pavel Nedved rozpoczyna swoją autobiografię od dnia, w którym zawiesił korki na kołku i oficjalnie zakończył swoją karierę piłkarską. Kolejne rozdziały chronologicznie przedstawiają nam to, w jaki sposób wyglądało jego życie. Miłością do nogi zaraził się od ojca, który grywał w klubie RH Cheb. Pavel Nedved w książce opisuje drogę, jaką pokonał z klubu TJ Skalna do Juventusu Turyn. Nie będę Wam tego opowiadać ze szczegółami, musicie się o tym przekonać sami. Zatrzymam się jednak na chwilę przy Juventusie. Wspomniałam na początku, że w wyniku afery został on zdegradowany do Serie B. Nedved, o którego bezskutecznie starały się światowej sławy kluby piłkarskie, postanowił pozostać na tonącym okręcie i pomóc mu wznieść się znów na powierzchnię. Determinacja Nedveda i m.in. Alessandra Del Piero oraz Davida Trezegueta budziły uznanie u rywali.
Nad jedną rzeczą Pavel Nedved ubolewa do tej pory. Nie dane mu było zagrać w finale Ligi Mistrzów. Dostał dwie żółte kartki za faule i został wyeliminowany z gry. Juventus przegrał w finale z AC Milanem w karnych. Komentatorzy uznali, że główną przyczyną porażki włoskiego zespołu był brak Nedveda.
Piłkarze odchodzą, mężczyźni zostają to opowieść nie tylko o piłce nożnej i grających w nią zawodnikach. Nedved porusza tematy związane z polityką. Mówi, że to dziwne uczucie urodzić się w jednym kraju, a dorastać w innym, nie zmieniając miejsca zamieszkania. Nie snuje jednak wywodów na ten temat. Piłkarz podkreśla, że najważniejsza była dla niego rodzina. Żona Ivana oraz dzieci były i są dla niego opoką. Wspominał też swoich zapracowanych rodziców i dziadków, u których spędzał sporo czasu. To właśnie oni mieli spory wpływ na to, kim się stał. Kiedy czytałam o nich, czułam bijące z tych wspomnień ciepło i miałam łzy w oczach. Przypomniał mi się mój nieżyjący już dziadek, który nauczył mnie jak żyć. Uśmiech na mojej twarzy wywołała zaś opowieść o tym, jak piłkarz próbował zdobyć serce swojej żony. Jak dobrze, że pan mąż nie wpadł na coś podobnego :)
Pavel Nedved pozwolił mi w inny sposób spojrzeć na piłkarzy. Nie chcę tu nikogo osądzać, ale mam wrażenie, że większość z nich stara się odcinać kupony od sławy i robić wszystko, by świat o nich nie zapomniał. Nedved był inny. Przyznał się do tego, że onieśmiela go życie w blasku reflektorów. Zamiast pławić się w blasku chwały, wolał wrócić do domu po to, by nakarmić plującego jedzeniem na odległość syna. Piłkarz nie bał się opowiedzieć o tym, jak wyglądały jego kłopoty z alkoholem. Pozwolił poznać się z różnych stron, nie odsłaniając jednocześnie zbyt wiele.
To obowiązkowa propozycja dla fanów Juventusu Turyn. Tę książkę czyta się naprawdę szybko. Jest pełna radości i wzruszeń. Piłkarze odchodzą, mężczyźni zostają to jedna z lepszych autobiografii piłkarzy, jakie do tej pory czytałam. Jestem pewna, że kiedyś jeszcze do niej wrócę.

Pavel Nedved
Piłkarze odchodzą, mężczyźni zostają
Wydawnictwo Sine Qua Non
Kraków 2015

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non.

Martin Reiner "Lucynka, Macoszka i ja"


Kiedy byłam na studiach, na ostatnim roku mogłam wybrać jako jedne z zajęć swobodnego wyboru literaturę czeską. Niestety, nie udało mi się to. Ubolewałam nad tym, bo te zajęcia wydawały mi się ciekawe. Nie miałam dotychczas zbyt wiele wspólnego z literaturą czeską i chciałam nadrobić te zaległości. Dopiero po studiach znalazłam na to czas. Martina Reinera poleciła mi koleżanka. To ona namówiła mnie do zamówienia książki Lucynka, Macoszka i ja.
Tomasz Mróz, który jest nieśmiałym listonoszem. W jego życiu pojawiają się dwa punkty zwrotne, które wywracają je do góry nogami. Pierwszym z nich jest otrzymanie tajemniczej wiadomości przeznaczonej dla zaginionego poety Macoszki. Mężczyzna całkiem zatraca się w jego twórczości. Popada w obłęd na tym punkcie. Drugim ważnym wydarzeniem jest poznanie Marty i jej córeczki, Lucynki, a właściwie to, co dzieje się, gdy matka dziecka trafia do szpitala. Tomasz zostaje wyznaczony na opiekuna dziewczynki. Listonosz i Lucynka próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości. On musi dowiedzieć się, jak to jest być tatą, ona uczy się, jak to jest mieć ojca. Na szczęście to przychodzi im naturalnie. Tomasz odnajduje przyjemność w opiekowaniu się dzieckiem. Nie wyobraża sobie tego, że mógłby ją stracić.Martin Reiner w mistrzowski sposób połączył losy tej trójki bohaterów. Subtelne więzi, jakie się między nimi zawiązały, są zaskakujące i naturalne. Uzupełniają się idealnie jako trio. Tworzą niezwykle zgraną jedność. Nie potrafię sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek wcześniej czytałam tak dobrą książkę o relacjach ojczyma i dziecka. Owszem, pojawiali się kolejni partnerzy matek, ale nie pamiętam, by którykolwiek z nich miał ze swoim pasierbem aż tak dobre relacje.Do tej pory jestem pod wrażeniem Lucynki. Urzekła mnie. Nie dziwię się, że Tomasz ją pokochał, sama bez zastanowienia otoczyłabym ją opieką. To, jak zachowała się w sytuacji, gdy jej mamie stała się krzywda, zasługiwało na pochwałę. Współczułam Lucynce. Nie miała ojca, wychowywała ją tylko matka. Co prawda Marta starała się być dla niej dobrą mamą, ale pewne wydarzenia z przeszłości nie pozwoliły o sobie zapomnieć i stało się coś złego. Nie dziwię się, że Reiner przewidział dla nich zakończenie związane z rozstaniem.Do końca nie wiedziałam, jak potoczą się losy Tomasza i Macoszki. Kibicowałam nieśmiałemu listonoszowi i chciałam, by odnalazł samego siebie i drogę do szczęścia. Naprawdę na to zasługiwał. Niejedno dziecko chciałoby mieć takiego ojca jak on.Lucynka, Macoszka i ja to niezwykle subtelna i piękna opowieść o miłości, literackiej obsesji i samotności. Nie ma tu nagłych zwrotów akcji, choć zakończenie zaskakuje. Wszystko toczy się raczej leniwie. Nie uważam jednak, że to minus. Akurat w przypadku tej historii to zaleta. Dzięki takiemu sposobowi narracji możemy wczuć się w klimat powieści, który jest niezwykły. Jestem oczarowana tą książką. Wiem na pewno, że jeszcze kiedyś do niej powrócę i będę polecać ją innym. Takich pisarz jak Martin Reiner warto znać. To klasa sama w sobie, literatura najwyższych lotów, majstersztyk. Nie potrafię odnaleźć tu żadnych mankamentów. Postacie są wyraźne, nietuzinkowe i nie sposób ich nie pokochać. Opisy działają na wyobraźnię, a dialogi są napisane w bardzo naturalny sposób. Lepszej reklamy tej powieści chyba już nie zrobię. Mogę tylko zapewnić, że nawet najbardziej wybredni czytelnicy będą tą lekturą zafascynowani.


Martin Reiner
Lucynka, Macoszka i ja
Wydawnictwo Stara Szkoła
Wołów 2015
Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Portalowi Sztukater
i Wydawnictwu Stara Szkoła.
Czytelnia mola książkowego © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka