Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

Nell Freudenberger "Małżeństwo aranżowane"


Wiele kobiet mieszkających za granicą marzy o tym, by udać się do Ameryki, znaleźć tam męża, dobrą pracę i do końca życia pławić się w luksusie. Jedną z takich osób jest dwudziestoczteroletnia Amina Mazid, która opuszcza rodzinny Bangladesz, by przeżyć w USA swój american dream.
George Stillman szuka żony, dla której ważne są tradycje. Nie chce imprezowiczki, wydającej na prawo i lewo jego pieniądze. Kiedy poznaje Aminę, wydaje mu się, że odnalazł miłość swojego życia. Kobieta przyjeżdża do Ameryki i bierze z nim ślub. Na początku wszystko wydaje się być idealne, jednak w końcu wychodzą na jaw tajemnice z przeszłości. One burzą szczęście małżonków. Czy można być z kimś, kto od początku zbudował związek na kłamstwie?
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy podczas lektury, to przepaść kulturowa pomiędzy Aminą i George'em. Ona nie potrafiła odnaleźć się w dużym mieście, była przyzwyczajona do życia w rodzinnym Bangladeszu. On raczej nie zrezygnowałby z luksusów dla mieszkania w domu pełnym ludzi. Kobieta jest głęboko wierzącą muzułmanką, mężczyzna nie jest jakoś specjalnie religijny. Niby obiecuje żonie, że zmieni dla niej wiarę, ale nie pali się do tego. Nie rozumie także podejścia kobiety do spraw łóżkowych. George był dla mnie, za przeproszeniem, prostym Amerykaninem, który był na tyle bogaty, że sprowadził sobie żonę zza granicy. Ona miała pachnieć i dać mu dzieci, a to on miał ich utrzymać. Większych potrzeb życiowych u niego nie zarejestrowałam. Jego wybranka to zupełnie inna historia.
Momentami miałam wrażenie, że Amina zachowuje się jak małe dziecko. Zaczęło mnie w końcu drażnić to, że wiele rzeczy uzależniała od tego, czy jej rodzice pojawią się w Stanach. Mam tyle lat, co ona i nie potrafię zrozumieć jej toku myślenia. Amina mówi, że nie będzie miała dzieci, dopóki nie przyjedzie mama, żeby jej pomóc. Skoro założyła rodzinę, powinna być samodzielna. Nie zazdrościłam George'owi sytuacji, w której się znalazł. Co nie znaczy, że go lubiłam. Od samego początku nie potrafiłam się do niego przekonać. Za łatwo ulegał prośbom Aminy. Przeczuwałam, że coś jest na rzeczy. Nie pomyliłam się. Nie będę zdradzać, co nawywijał, ale powiem tylko tyle, że gdybym ja dowiedziała się o swoim mężu tego, co Amina, brałabym nogi za pas. Na kilku ostatnich stronach nieco się zrekompensował, lecz niesmak pozostał. George zdecydowanie nie będzie należał do moich ulubionych bohaterów literackich.
Możecie odnieść wrażenie, że Małżeństwo aranżowane nie przypadło mi do gustu. W końcu Amina była dużym dzieckiem i jeszcze na dokładkę wyszła za kogoś takiego, jak George. Muszę was wyprowadzić z błędu. To była jedna z lepszych powieści, jakie ostatnimi czasy czytałam. Idealnie pokazuje przepaść kulturową między Ameryką i Bangladeszem. Mamy okazję zobaczyć, co o Stanach myślą niewykształceni ludzie. Ich myślenie jest bardzo dziecinne. Wierzą, że pojadą tam i z dnia na dzień staną się bogaczami. Trudno jest im wytłumaczyć, że to niemożliwe. Ta książka pokazuje też proces rodzenia się miłości między dwojgiem diametralnie różnych od siebie ludzi. To lektura, którą połyka się w ciągu kilku wieczorów. Wzbudza sporo emocji. Jest nam żal bohaterów, kiwamy głową nad ich głupotą, jesteśmy na nich źli. Nie zauważamy nawet chwili, gdy stali się częścią naszej rodziny. Zakończenie Małżeństwa aranżowanego wzruszyło mnie. Nell Freundenbergen stanęła na wysokości zadania. Jestem w pełni usatysfakcjonowana lekturą.
Książka zdecydowanie bardziej spodoba się kobietom. Jednak przez większą część powieści śledzimy świat z perspektywy Aminy. George pozostaje gdzieś z tyłu. Trochę żałuję, że poświęcono mu tak mało miejsca. Mimo mojej niechęci do niego, jestem ciekawa, jak on widział to małżeństwo w pakiecie z teściami.

Nell Freudenberger
Małżeństwo aranżowane
Wydawnictwo Albatros
Warszawa 2015

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Portalowi Sztukater
i Wydawnictwu Albatros.

Ewelina Jasik, Adam Jakubiak "3 godziny. Jak rozpoznać prawdziwą miłość"


Nie istnieje żaden podręcznik mówiący o tym, ile czasu potrzeba, by odnaleźć prawdziwą miłość. Nie ma także książek precyzujących to, w jaki sposób dwoje ludzi powinno się poznać, żeby spędzić ze sobą całe życie. Pójść na jakąś dyskotekę, pozwolić się wyswatać czy może zapoznać kogoś w sieci?
Należę do młodego pokolenia i w przeciwieństwie do moich rodziców, nie widzę nic złego w zapisaniu się na portalu randkowym. W końcu po drugiej stronie też jest człowiek. Owszem, zdarzają się oszuści, ale nie każda osoba logująca się w takim miejscu od razu chce kogoś zranić i wykorzystać. Wielu ludzi naprawdę szuka miłości. Ja w taki sposób poznałam moją drugą połówkę. Jesteśmy razem 4 lata, co prawda dzieci jeszcze z tego nie ma, ale na wszystko przyjdzie czas.
3 godziny. Jak rozpoznać prawdziwą miłość to poradnik, który opowiada historię miłości Laury i Witka, którzy poznali się przez jeden z portali randkowych. Oboje mają za sobą nieudane małżeństwa. Każde z nich ma dzieci: ona syna, a on córkę. Teraz pragną zacząć wszystko od nowa. Stworzyć związek, w którym będą czuli się nie tylko kochani, ale także wyjątkowi i najważniejsi dla tej drugiej osoby.
Chociaż ich relacja bardzo szybko przeradza się w coś poważniejszego, nie jest im wcale łatwo. O ile dzieci lubią nowych partnerów rodziców, o tyle matka Laury wcale nie ma zamiaru zaakceptować nowego związku córki. Uważa, że powinna ona poświęcić się dziecku. Na szukanie miłości przyjdzie jeszcze czas.
Historia Laury i Witka przypomniała mi moje początki związku. Wszystko układało się bardzo dobrze. Co prawda ani ja, ani Michał nie mieliśmy na koncie rozwodu, ale dość nieprzyjemne rozstania z byłymi. Mój eks na dodatek nie pozwalał o sobie zapomnieć. Nowy związek dość szybko przerodził się w coś poważniejszego. Jedyną osobą, która nie mogła tego przyjąć do wiadomości, była moja mama. Potrzebowała sporo czasu, by zaakceptować zięcia. Na szczęście te przejścia mamy za sobą i mam nadzieję, że teraz będzie tylko lepiej.
W książce pojawia się wiele rad co można zrobić, aby zwiększyć szanse na powodzenie w poszukiwaniu nowej miłości. Oczywiście największe "wzięcie" mają osoby, które sprawiają wrażenie pogodnych i zdystansowanych do siebie oraz otaczającego ich świata, lecz dobre zaprezentowanie siebie sprawi, że i mniej przebojowi ludzie trafią w końcu na kogoś wartego uwagi. Nie warto tylko budować swojego wizerunku na kłamstwie. Ono szybko wyjdzie na jaw. Jeśli nie chcemy zostać oszukani, byłoby dobrze, gdybyśmy sami tego nie robili, bo bardzo łatwo możemy kogoś zranić. Podobało mi się to, że te rady zostały napisane z humorem. Nieraz śmiałam się przy nich do rozpuku. Takie poradniki zdecydowanie więcej wnoszą do życia i na pewno na długo pozostaną w pamięci.
Można tam przeczytać o tym, jakich osób należy unikać, co robić, by po pierwszym spotkaniu doszło do następnego. To uwagi, które na pewno przydadzą się osobom poszukującym drugiej połówki. Osoby w związkach także znajdą coś dla siebie. Nie można przecież zapomnieć, że miłość jest jak kwiat i więdnie, jeśli się o niego nie dba.
Zazdroszczę Laurze i Witkowi, że powstała o nich książka. Ich historię czytało się szybko i z przyjemnością. Mam nadzieję, że dane im będzie wspólnie się zestarzeć. Tego im życzę. Ma powstać kontynuacja 3 godzin. Jestem pewna, że po nią sięgnę. Sama chciałabym zostawić po sobie taką historię, ale obawiam się, że czytelnicy mieliby po niej senne koszmary, więc może i lepiej, że nie powstanie :)

Ewelina Jasik, Adam Jakubiak
3 godziny. Jak rozpoznać prawdziwą miłość
Wydawnictwo Helion
Gliwice 2015

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję portalowi


oraz wydawnictwu



Mandy Hale "Singielka. Życie i miłość z nutką śmiałości"


"Czasami potrzebne jest złamane serce: po to, by nami wstrząsnąć i pomóc nam zrozumieć, ile naprawdę jesteśmy warte, w przeciwieństwie do tego, na co przystajemy."

Na samym początku muszę przyznać się do tego, że nie do końca byłam przekonana, czy jestem odpowiednią osobą do wypowiadania się na temat tej książki. Od kilku lat jestem w związku i nie potrzebuję porad na temat tego, co powinnam zrobić, żeby nie czuć się samotna, ale postanowiłam zaryzykować. Uśmiechnięta pani na okładce skutecznie zachęciła mnie do lektury i wiecie co? Nie żałuję, że się za nią zabrałam. Posłuchajcie.
Autorka książki ma ponad 30 lat i jest singielką. Na samym początku wspomina o tym, że ludzie patrzą na nią z politowaniem, bo skoro w takim wieku nie ma męża, ewidentnie musi być z nią coś nie tak. Skąd ja to znam? Ach, już wiem... Pozwolę sobie w tym miejscu na odrobinę prywaty. Mam starszą o 11 lat siostrę. Nie wypominajmy jej wieku, tym bardziej, że bywa tu i może mnie powiesić za to, że publicznie piszę o tym, że Mieszka I do chrztu podawała. Żeby nie było, że wredną młodszą siostrą jestem, powiem Wam, że ja jestem z rocznika '90. Resztę policzcie sobie sami. W każdym razie, z mojej matematyki wychodzi, że moja siostra ma ponad 30 lat. I wyobraźcie sobie, w TAKIM WIEKU jest mężoujemna. Po prostu doszła do wniosku, że lubi swoje życie, a partner niekoniecznie jest jej do szczęścia potrzebny. Nie macie pojęcia ile się nasłuchałam kazań na temat tego, że powinnam siostrze przemówić do rozumu, bo JUŻ POWINNA mieć chłopa, gdyż JEST NA TO NAJWYŻSZY CZAS. Tłumaczenie, że jej jest dobrze, nikogo raczej nie przekonuje. Skoro jedna siostra, w dodatku ta młodsza, już się ustatkowała, ta druga musi zrobić to samo. Kobieta ma mieć faceta i koniec. Skoro nie ma to znaczy, że co najmniej jest czarownicą, urządza czarne msze, podczas których pali swoich przyszłych niedoszłych (matko, zginę po ukazaniu się tej recenzji). Mandy Hale pokazuje, że życie bez mężczyzny u boku wcale nie musi być takie straszne, jak mogłoby się wydawać.
Kobieta zwraca uwagę na to, że księgarnie wręcz zasypują nas poradnikami na temat tego, co zrobić, żeby mało się nacałować i znaleźć księcia z bajki. Niewiele jest takich, które zawierają porady dla osób samotnych z wyboru. Jesteś singlem - znajdź kogoś, inaczej będziesz nieszczęśliwy. Mandy Hale temu zaprzecza.
Największym problemem osób samotnych jest nie to, że nikogo nie mają, lecz to, że ich samotność jest postrzegana jako coś złego. Ludzie nie potrafią zrozumieć, że niektórzy nie czują potrzeby pakowania się komukolwiek w ramiona, byleby tylko zmienić status na Facebooku i zamknąć usta tym, którzy wypominali im brak drugiej połówki. Nie warto szukać miłości na siłę. Ona znajdzie tego, kto na nią czeka sama, w odpowiednim czasie. O tym też mówi nam autorka. Nie ma nic bardziej samotnego, niż bycie z nieodpowiednią osobą.
Jak już wspominałam, nie jestem singlem, więc teoretycznie ta lektura nie powinna sprawić mi przyjemności, bo po co mam czytać o tym, jak przeżyć bez ukochanego u boku. Moi Drodzy, Singielka to książka nie tylko dla osób samotnych. Mandy Hale pisze nie tylko o miłości, ale także o przyjaźni, która w naszym życiu odgrywa równie ważną rolę jak związek z drugą połówką. Czasem jest tak, że w pewnym momencie znajomość z jakąś osobą się urywa. Chyba każdy z nas ma za sobą takie przeżycia. Jednego dnia mieliśmy przyjaciela, z którym można było konie kraść, a drugiego dnia minęliśmy się z nim bez słowa na ulicy. Niekoniecznie musieliśmy się pokłócić. Po prostu łącząca nas nić porozumienia została zerwana. Niektóre znajomości mają termin ważności i nie są w stanie przetrwać pewnych zmian, jakie zachodzą w życiu jednej ze stron. Czy to coś złego? Autorka udowadnia, że nie, bo pewni ludzie odchodzą, by zrobić miejsce dla innych. Nie ma sensu utrzymywać znajomości na siłę. Trzeba znaleźć w sobie odwagę na zrobienie kroku naprzód i pozostawienie przeszłości za sobą. Owszem, będzie bolało, ale nasze życie wymaga zmian, inaczej niewiele osiągniemy i będziemy nieszczęśliwi.
Styl, w jaki została napisana książka, wciąga. Singielkę pochłania się jednym tchem. Zawiera w sobie wiele mądrości życiowej. To nie są banalne, oklepane teksty, które zaraz po lekturze przejdą gdzieś obok nas bez większego echa. Mandy Hale nie stara się udowodnić, że pozjadała wszystkie rozumy. Opowiada o tym, co przeszła i czego ją to nauczyło. A co my z tym zrobimy, zależy tylko od nas. Dodatkowo, książka jest pięknie wydana. Zobaczcie jedno ze zdjęć:


Każdy z rozdziałów niesie ze sobą złotą myśl Singielki. Warto część z nich zapamiętać.
Gdyby ktoś zapytał, co wyniosłam z tej lektury, odpowiedziałabym, że nabrałam dystansu do niektórych spraw. Na pewne rzeczy spojrzałam inaczej. I doszłam do wniosku, że autorka byłaby ze mnie dumna, bo pozbierałam się po bardzo trudnym rozstaniu, wiele zmieniłam w swoim życiu i wyciągnęłam ważną lekcję z okresu, który przeżyłam jako singielka, ale pozwólcie, że te spostrzeżenia pozostaną dla mnie słodką tajemnicą.
Zachęcam do przeczytania tej książki nie tylko singielki szukające odpowiedzi na to, jak żyć, ale także osoby żyjące w związku. Nie pożałujecie czasu, który poświęcicie na lekturę. Tego możecie być pewni, bo mówi Wam to osoba kochająca kryminały oraz powieści, gdzie gęsto od trupów, która takie pozycje omija raczej z daleka.

Mandy Hale
Singielka. Życie i miłość z nutką śmiałości
Wydawnictwo Święty Wojciech
Poznań 2015

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję portalowi


oraz wydawnictwu



Jodi Picoult "Głos serca"


"Kocham cię. Słyszy się to tak często: w operach mydlanych, w durnych sitcomach, przy wielu innych okazjach. Słowa zmieniają się w puste dźwięki, już nic nie znaczą. Boże drogi, chętnie bym krzyczał te dwa słowa bez przerwy, gdybym w ten sposób mógł cię zatrzymać. Nigdy w życiu nie usiłowałem zmieścić tak wiele znaczenia w jednym krótkim zdaniu."

Macie czasem tak, że uwielbiacie jakiegoś autora, jesteście w stanie pisać peany na jego cześć, ale nagle po przeczytaniu pewnej książki, którą napisał, nie wiecie co powiedzieć? Ja właśnie jestem w takiej sytuacji. Może w trakcie tworzenia recenzji coś w mojej głowie się rozjaśni.
Głos serca to debiutancka powieść Jodi Picoult, lecz jakoś zawsze się z nią mijałam. Jane, żona słynnego biologa, Olivera Jonesa, zawsze żyła w czyimś cieniu. Potrzeby innych stawiała ponad swoimi. Bez słowa sprzeciwu znosi to, że kariera jest dla jej męża ważniejsza od niej i ich córki, Rebeki. Jednak pewnego dnia coś się zmienia. Po jednej z kłótni między małżonkami dochodzi do rękoczynów. Wtedy kobieta postanawia odejść od męża i zabrać ze sobą córkę. Oliver musi zadecydować co jest dla niego ważniejsze: rodzina czy wieloryby, którym poświęcił całe życie.
Tę historię opowiada 5 osób: Jane, jej brat Joley, jego przyjaciel Sam, Oliver oraz Rebeka. Każde z nich przedstawia te wydarzenia ze swojej perspektywy. O ile z zaciekawieniem czytałam to, co mają mi do powiedzenia Jane oraz Joley, tak wypowiedzi Olivera i Sama miejscami niezmiernie mnie nużyły. Nie interesuję się ani sadownictwem ani wielorybami, a panowie poświęcali swoim pasjom wiele uwagi. Nie podobało mi się też to, w jaki sposób swoją wersję wydarzeń opowiadała Rebeka. To był spoiler wszystkiego tego, co miało się za moment wydarzyć. A przynajmniej ja miałam takie wrażenie. Jej opowieść cofała się w czasie. Nie zaczęła się od kłótni rodziców, lecz od tego, że leżała po chorobie w łóżku po tym, jak jej ukochany zginął. Dowiadujemy się, że Oliver odnalazł ją i Jane. Skoro wiemy, jak książka się skończy, nie ma większego sensu, by dalej ją czytać.
Jedyną postacią, do której poczułam sympatię, był Joley. Starał się pomóc siostrze i zmusić ją do tego, by zastanowiła się nad swoim życiem oraz nad tym, czego faktycznie od niego chce. Jane była dla mnie hipokrytką. Rebeka - zbyt dorosła jak na piętnastolatkę. Oliver - najgorszemu wrogowi nie życzyłabym takiego męża, który woli wieloryby od żony i uważa, że wszyscy powinni podporządkować się jego karierze. Sam - przeżywał to, że jego ukochana wychodzi za mąż, lecz już po 5 dniach znajduje nową miłość życia.
Cieszę się, że Głos serca nie był moim pierwszym spotkaniem z panią Picoult. Powtarzane przez postaci dialogi, zaburzona chronologia i zakończenie, które zdecydowanie mnie rozczarowało spowodowałyby, że już nigdy więcej nie chciałabym ponownie sięgnąć po książki tej autorki. Wiem, że to był jej debiut literacki, a początki są zawsze trudne, ale sporą część opowieści można było spokojnie pominąć. Nie byłaby wtedy tak nużąca. Wszystkich tych, którzy jeszcze nie znają Jodi Picoult zachęcam do tego, by przygodę z nią zaczęli nie od jej debiutu, lecz od którejś z późniejszych powieści, chociażby od Kruchej jak lód albo Bez mojej zgody. O tym, czy sięgniecie po Głos serca, zadecydujcie sami.

Jodi Picoult
Głos serca
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Warszawa 2012

Sarita Mandanna "Tygrysie Wzgórza"


"Kochać cię to jak mieć skrzydła. To tak, jakby wielka, potężna para skrzydeł wyrosła mi na plecach, żebym nie musiała już więcej dotykać stopami ziemi."

O tej książce jakiś czas temu wspominała mi moja znajoma. Dość długo miałam ten tytuł na liście "do przeczytania", ale jakoś nie potrafiłam się zabrać do lektury, choć leżała ona na mojej półce od bardzo dawna. Informacja z okładki mówiąca o tym, że jest to "Indyjskie Przeminęło z wiatrem" mnie zniechęcała. Bałam się, że trafię na romansidło, które odłożę, nie dochodząc nawet do połowy. 
Ciekawa jestem, co Wy pomyślelibyście po przeczytaniu takiego opisu:
"Pozwól się oczarować historii zakazanej miłości, która naznacza całe życie.
Koniec XIX wieku, południowe Indie. Nad brzegiem strumienia zjawiskowo piękna Dewi i jej przyjaciel Dewanna beztrosko się bawią. Są nierozłączni jak ziarenka karadmonu.
Kilka lat później Dewi poznaje Macu, słynnego pogromcę tygrysa. Ta chwila zmienia wszystko. Dziewczyna już wie, że nie pokocha nikogo innego. Kiedy w sercu Dewanny budzi się uczucie do Dewi, sprawy przybierają tragiczny obrót...
Zapierające dech w piersiach opisy nieprzeniknionej dżungli, łagodnych wzgórz i plantacji kawy tworzą egzotyczne tło sagi o sile namiętności i przeznaczenia."
Takie opisy sprawiają, że odkładam książkę na półkę i szukam czegoś innego. Nie przepadam za powieściami, w których akcja kręci się głównie wokół tego, że biedna główna bohaterka zachodzi w głowę, jakiego mężczyznę ma wybrać: podpowiadanego przez serce czy przez rozum. Nie lubię czytać o rozterkach sercowych. Tygrysie Wzgórza pozytywnie mnie zaskoczyły. Nic nie jest tu przewidywalne, nie można być pewnym tego, w którym kierunku potoczy się akcja. Zaskoczyło mnie zakończenie. Nawet nie wpadłabym na to, że opowieść może mieć taki finał.
Wydarzenia historyczne przeplatają się z fikcją literacką. Poetyckość opisów pobudza wyobraźnię czytelnika. Widzimy te krajobrazy, czujemy zapachy, szkoda tylko, że nie mogliśmy spróbować potraw. Wtedy byłabym już w pełni usatysfakcjonowana :)
Jeśli szukacie opowieści o sile przeznaczenia, winie, której nie można tak łatwo odkupić i wyrzutach sumienia nie pozwalających spać - sięgnijcie po tę książkę. Niech nie zraża Was opis rodem z taniego romansidła. Uwierzcie mi, Indie, jakie pokazała nam Sarita Mandanna tak zawładną Waszymi sercami, że zapragniecie do nich wrócić, Może nawet zaprosicie znajomych, by także wybrali się w podróż w tamte strony. Takiej wyprawy na pewno szybko nie zapomnicie :)

Sarita Mandanna
Tygrysie Wzgórza
Wydawnictwo Otwarte
Kraków 2011

Michele Zackheim "Ostatni pociąg do Paryża"


"Zdałam sobie sprawę, że szukanie zaginionego Żyda w Niemczech to makabryczny żart"

Lata 30-te XX wieku. W Nowym Jorku mieszka i pracuje ambitna dziennikarka, Rosie Belle Manon. Pisze artykuły do rubryki towarzyskiej. To nie zaspokaja jej ambicji. Kobieta pragnie zmiany w swoim życiu, pracy na wyższym stanowisku. W końcu udaje jej się zdobyć posadę korespondenta w "Kurierze Paryskim". Wydaje jej się, że właśnie dostała gwiazdkę z nieba. Bez żalu opuszcza Amerykę i udaje się do Europy.
W Paryżu pracuje pod pseudonimem R.B. Manon, by ukryć swoją płeć. Nie przyznaje się także do tego, że z pochodzenia jest w połowie Żydówką. Nigdy nie miała bliskich kontaktów z matką, która pochodziła z Żydowskiej rodziny, także nie czuje potrzeby obnoszenia się z tym, że ma wśród bliskich Żydów. Szybko zyskuje sławę. W ramach uznania za ciężką pracę szef wysyła ją do Berlina. Stamtąd ma opisywać wydarzenia polityczne.
Okazuje się, że trafiła do paszczy lwa. Do władzy doszedł Hitler, który nienawidził Żydów i dążył do ich eksterminacji. Wojna wisi w powietrzu. W środku całego tego zamieszania Rosie poznaje Leona - niemieckiego grawera, który nie do końca chce jej wyznać prawdę o sobie. Ukrywa przed nią to, co robi. Kiedy jego tajemnica wychodzi na jaw, kobieta musi pomóc mu w uratowaniu jego życia. Czy jej się to uda? Czy odnajdzie miłość i szczęście pod ostrzałem wroga? Tego wszystkiego dowiecie się po lekturze książki.
Po raz pierwszy miałam okazję spojrzeć na wojnę z perspektywy Żydówki, która jest korespondentką w gazecie. Do tej pory natrafiałam wyłącznie na wspomnienia żołnierzy i więźniów obozów koncentracyjnych. Bardzo dobrze poznajemy główną bohaterkę, która pokazuje nam, co ukształtowało jej charakter. Od małego walczyła o to, by matka ją pokochała. Jednak Miriam pozostawała zimna względem córki. Dlaczego? Bo ta, podobnie jak ona, była Żydówką. Rosie nie poddała się. Zyskała sławę i szacunek w świecie dziennikarskim, który był wówczas zdominowany przez mężczyzn.
Jesteśmy świadkami nie tylko zbliżającej się wojny i jej skutków, ale wraz z główną bohaterką przechodzimy jej kryzys osobowości. Nigdy nie uważała się za Żydówkę, nie zna jidyszu. W obliczu zbliżającego się konfliktu zbrojnego odcina się od swoich korzeni. Ma immunitet, lecz wie, że może zginąć. Przestrogą jest dla niej śmierć kuzynki. R.B. by przetrwać, musi wyrzec się samej siebie.
Czytając Ostatni pociąg do Paryża musiałam w pewnym momencie przerwać lekturę. Jedna ze scen spowodowała, że zalałam się łzami. Należę do osób, które przeżywają to, co czytają. Miałam ochotę cisnąć książkę w kąt i już nigdy więcej do niej nie powrócić. Nie mogłam uwierzyć w to, że komuś przytrafiło się coś tak strasznego i niesprawiedliwego. Nie powiem co, bo będę spoilerować. Ciekawa jestem, czy osoby które przeczytały tę książkę też miały podobne odczucia, gdy obserwowały scenę na peronie.
Ostatni pociąg do Paryża to idealna propozycja dla osób lubiących czytać o losach bohaterów w czasie II wojny światowej. Wielbiciele romansów także znajdą w niej coś dla siebie.

Michele Zackheim
Ostatni pociąg do Paryża
Wydawnictwo PWN

Jodi Picoult "Jak z obrazka"


"Istnieje pewien problem ze zranionymi ptakami, Cassie - mówił Connor. - Albo pewnego dnia od ciebie odlecą, albo ich stan nigdy się nie poprawi. Choćbyś nie wiem co robiła, nie uleczysz ich rany"

Jodi Picoult zdecydowanie należy do grona pisarek, których książki przeczytam bez zapoznania się wcześniej z jakąś recenzją. Nie wiem jak ta autorka to robi, ale wszystkie jej powieści wciągają mnie i potrafię zarwać pół nocy, żeby dowiedzieć się co stanie się z bohaterami.
Jak z obrazka także wypożyczyłam w ciemno. Tym razem nie spotykamy się z historią chorego dziecka tak, jak było w przypadku Kruchej jak lód czy Bez mojej zgody. Na początku powieści poznajemy młodą kobietę, która z urazem głowy błąka się po cmentarzu. Nie wie kim jest. Nie ma pojęcia jak się tu znalazła. Kiedy zgłasza się po nią mąż, nie może uwierzyć, że uznanym antropologiem i żoną sławnego aktora, Alexa Riversa. Po powrocie do domu nie potrafi odnaleźć się w tym przepychu oraz swoim, jakby się wydawało, idealnym małżeństwie. Ma przy boku ukochanego męża, który stara się chronić ją przed całym światem, ale jego dotyk wydaje jej się obcy. Nie potrafi zrozumieć dlaczego tak się dzieje. Skoro on mówi jej, że przed utratą pamięci bardzo go kochała to czemu nie potrafi w to uwierzyć?
Z czasem wspomnienia wracają. Cassie przypomina sobie wszystko to, o czym chciała zapomnieć. Kiedy okazuje się, że jest w ciąży, postanawia odciąć się od dotychczasowego życia. Musi chronić nie tylko siebie, ale także mające narodzić się dziecko.
Jak z obrazka różni się od poprzednich książek pani Picoult, jakie miałam przyjemność czytać. Jest przewidywalna. Możemy łatwo wywnioskować co będzie się działo dalej, ale to nie znaczy, że powieść jest zła. Porusza problem przemocy domowej. Cassie kocha swojego męża i nie jest w stanie od niego odejść, chociaż on ją bije. Stara się wytłumaczyć napady jego szału. Nigdy nie ma o to do niego pretensji. Mówi, że nic się nie stało. Twierdzi nawet, że lepiej czuje się z tym, że mąż wyładowuje się na niej i cierpi ona, bo patrzenie na jego psychiczne cierpienie jest udręką. Dopiero wieść o mającym narodzić się dziecku sprawia, że Cassie postanawia coś zmienić w swoim życiu. Nie chce być dalej workiem treningowym, który można przeprosić tylko po to, by jutro móc wyżywać się na nim dalej. Wie, że dziecko będzie jej potrzebowało. Nie może żyć w niepewności bojąc się o to, czy i kiedy Alex podniesie rękę na swojego potomka.
Książek Jodi Picoult nie da czytać się bez zastanowienia się nad tym, w jaki sposób postępują bohaterowie. Łatwo było mi pomyśleć, że gdyby mężczyzna zaczął mnie dusić to w podskokach bym przed nim uciekała, ale tak naprawdę nie wiem, jak zachowałabym się na miejscu Cassie. Wyrwała się z rodzinnego piekła i udało jej się trafić do "raju", gdzie miała swojego "anioła stróża", który był w stanie zrobić dla niej wszystko, nawet przywieźć śnieg do dżungli. Dostała to, czego wcześniej nie miała. A że Alex czasem ją uderzył... Przecież on ją kochał i na pewno nie chciał tego zrobić. Był sławnym aktorem, który mógł mieć kobiet na pęczki, ale z jakiegoś powodu wybrał właśnie ją. Czy cokolwiek innego miało wobec tego znaczenie?
Pozwólcie, że na koniec umieszczę fragment, który mam nadzieję, że zachęci Was do lektury.

"- Cassie, masz w domu lustro?
Uśmiechnęła się niepewnie.
- Ophelia w każdym holu ma trzy lustra - odparła.
- W takim razie idź i stań przed jednym z nich.
Skrzywiła się.
- To głupie. Potrzeba mi czegoś więcej niż jakieś idiotyczne aktorskie ćwiczenia. - Mimo to podeszła do lustra i patrzyła w swoje zapuchnięte oczy i posiniaczoną szczękę.
- No i?
- Wyglądam okropnie - powiedziała, rozcierając twarz. - A co, według ciebie, powinnam zobaczyć?
- Najodważniejszą osobę, jaką w życiu spotkałem - odparł Will."

Jodi Picoult
Jak z obrazka
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Nicholas Sparks "Szczęściarz"


"(...) uderzyła ją prosta prawda: że czasem rzeczy najzwyklejsze - kiedy się je dzieli z właściwymi ludźmi - bywają niezwykłe"

Macie jakiś talizman? Rzecz, bez której nie ruszacie się z domu? Ja mam. To zdjęcia rodziny i przyjaciół, które zawsze mam w portfelu i wożę je ze sobą wszędzie. Bez tych ludzi nie byłabym tym, kim jestem, nie dałabym rady w trudnych chwilach, więc towarzyszą mi przy każdej możliwej okazji. W Szczęściarzu wszystko zaczęło się właśnie od fotografii.
Logan Thibault znalazł zdjęcie, na którym była piękna kobieta z psem, podczas misji w Iraku. Przypiął je do tablicy ogłoszeń z nadzieją, że ktoś się po nie zgłosi. Żołnierze służący z dala od rodziny bardzo za nią tęsknią, więc taka pamiątka jest dla nich niemal relikwią.Patrząc się na nią obiecują osobie, od której ją dostali, że wrócą do domu. To ich motywacja, by przetrwać w piekle.
Przyjaciel Logana, Victor, uważa, że odnaleziona fotografia przynosi szczęście jego przyjacielowi. Nie doznał on przecież większego uszczerbku na zdrowiu i przeżył swoją misję w Iraku. Uważa też, że żołnierz powinien odnaleźć tę tajemniczą kobietę.
Po zakończeniu misji Logan pakuje plecak, zabiera ze sobą psa Zeusa i wraz z nim przemierza cały kraj, by odnaleźć osobę ze zdjęcia, która czuwała nad nim podczas wojny. Wie o niej niewiele. Zna miejsce, w którym może ją odnaleźć, może na oko oszacować jej wiek, ale na tym jego wiedza o kobiecie zasadniczo się kończy. Logan nie ma nawet pojęcia jak brzmi jej imię, zna jedynie jego inicjał. B.
Po długiej wędrówce mężczyźnie udaje się dotrzeć na miejsce. Wypytuje mieszkańców o nieznajomą z fotografii. Od jednej z osób dowiaduje się, że nazywa się ona Elizabeth i mieszka tu wraz z rodziną. Marzenie Logana spełnia się, odnajduje kobietę ze zdjęcia. Co z tego wyniknie? Dowiecie się, jeśli zajrzycie do książki, ja spoilerów pisać nie będę :)
W Szczęściarzu nie ma zbyt wielu bohaterów, więc na każdym z nich można się skupić, poznać jego wady i zalety. Moje serce zdecydowanie skradła Nana, energiczna babcia Elizabeth. Przyznam szczerze, że to kolejna książka, w której babcia jednej z postaci tak właśnie się nazywa i zawsze owa starsza pani jest moim ulubieńcem. Ciekawe, co te Nany mają w sobie, że tak je kocham? :) Solą w oku był zaś Keith, były mąż Elizabeth. Książka bez czarnego charakteru jest nudna, więc pan Sparks nie mógł o kimś takim zapomnieć.
Zakończenie pozostawiło po sobie niedosyt. Nie było złe, ale, jak dla mnie, czegoś tam brakowało. Nie wiem czego. Może Wy, jeśli czytaliście Szczęściarza będziecie w stanie pomóc mi dojść do tego, czego tam brakowało? Ja w każdym razie wszystkim tym, którzy nie znają tej powieści, polecam ją. Zwłaszcza w te coraz chłodniejsze wieczory. Siądźcie ze Szczęściarzem przy kubku gorącego kakao i razem przeżywajcie jego wzloty i upadki.

Nicholas Sparks
Szczęściarz
Wydawnictwo Albatros

Nicholas Sparks "Ostatnia piosenka"


Tego pana chyba nie trzeba zbyt wielu osobom przedstawiać, chociaż pewnie spora część społeczeństwa kojarzy go głównie z filmów na podstawie jego powieści. Moje pierwsze spotkanie z nim to była Jesienna miłość. Już wtedy wiedziałam, że zaprzyjaźnimy się na dłużej.
Ostatnia piosenka to historia Ronnie, zbuntowanej nastolatki, która przyjeżdża wraz z młodszym bratem na wakacje do ojca. Nie widziała go od trzech lat i perspektywa spotkania z nim nie napawa dziewczyny entuzjazmem. Wydaje jej się, że spotyka ją najgorsza kara, na jaką może zasłużyć.Co można robić z dala od znajomych w miejscu, gdzie diabeł mówi "dobranoc"? Teoretycznie nic, ale szybko okazuje się, że Ronnie pomyliła się myśląc, że czekają ją najgorsze wakacje w życiu. Poznaje przystojnego siatkarza - Willa. Zakochuje się w nim z wzajemnością. Pozostaje jeden problem. On jest stąd, a ona po wakacjach wróci do matki do Nowego Jorku. Czy ich miłość ma szansę przetrwać próbę czasu i czy odległość na pewno nie będzie miała dla nich znaczenia?
Przyznam, że czytając tę książkę miałam mieszane uczucia jak ją ocenić. Nieraz wydawało mi się, że czytam lekturę dla młodzieży, innym razem wydawało mi się, że prawdziwą wartość tej powieści docenią tylko ci, którzy w życiu wiele przeszli i stracili ukochaną osobę. Wtedy będą mogli zrozumieć zachowanie Ronnie. Kilka ostatnich stron czytałam ze łzami w oczach. Poniekąd mam z bohaterką trochę wspólnego. Polubiłam tę dziewczynę pomimo tego, że miała purpurowe pasemka, uwielbiała czarny kolor i robiła wiele rzeczy na przekór innym. W końcu okazało się, że nie jest wcale taka zła, lecz zagubiona. Mam słabość do takich bohaterek. A Will? Ideał, o jakim marzy pewnie niejedna dziewczyna.
Szczególną sympatią darzyłam także ojca Ronnie, Steve'a. To był taki poczciwy człowiek. Dobry ojciec, pomocny parafianin. Mężczyzna z pasją. Niewielu takich znam, a przydałoby się kilku takich w naszym społeczeństwie. Czytając o nim aż sama chciałam coś w swoim życiu zmienić.
Książkę polecam przede wszystkim paniom, nie wiem czy panowie znajdą coś dla siebie, co nie znaczy, że mają tę pozycję omijać szerokim łukiem. Tego nie powiedziałam, może akurat uda im się trafić na cytat, który będzie ich myślą przewodnią na najbliższe kilka lat :)

Nicholas Sparks
Ostatnia piosenka
Wydawnictwo Albatros

Czytelnia mola książkowego © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka