Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura podróżnicza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura podróżnicza. Pokaż wszystkie posty

Miłka Raulin "600 kilometrów lodową pustynią"

 

Źródło: Wydawnictwo Marginesy

Trawers Grenlandii uważany jest za jedną z najbardziej niebezpiecznych wypraw na świecie. Ryzykowne przejście lodowcem pełnym szczelin, stukilogramowe sanie i biała, tylko pozornie jednolita przestrzeń, z którą obcuje się miesiąc. Miłce Raulin się to udało. Została trzecią i najmłodszą Polką, która pokonała grenlandzką krainę. Przed nią przez blisko 30 lat podobnego wyczynu dokonała jedynie dziesiątka Polaków.

Temperatury sięgające -40℃, wiatry wiejące z prędkością blisko 100 km/h i marsz w burzy śnieżnej, to warunki, którym musiała stawić czoła.

Niestety nie wszystkim uczestnikom międzynarodowej ekspedycji udało się dotrzeć do celu.

600 kilometrów lodową pustynią to opowieść kobiety, która walczy z ekstremalną temperaturą, huraganowymi wiatrami i skrajnym wyczerpaniem. Historia o wytrwałości i wyzwaniu, jakie Miłka musiała podjąć, by zmierzyć się z grenlandzkim lądolodem.

Agnieszka Zakrzewicz "Rzym. Najpiękniejsze wakacje"

 

Rzym to miasto, które uwodzi, mami, olśniewa, budząc na każdym kroku pożądanie i podziw. Eliza, młoda Polka, wraz ze swoją rzymską ciotką zwiedza przez tydzień Wieczne Miasto, poznając jego najważniejsze zabytki. Zanurza się w niesamowitą i surrealistyczną atmosferę, wczuwa w jego puls, spotyka rzymskie zjawy, a także miejską faunę. Kosztuje rzymskich przysmaków. W mieście, w którym fluidy miłości unoszą się na każdym kroku, trudno się nie zakochać… Już pierwszego dnia Eliza spotyka zielonookiego Amore, który obiecuje jej przejażdżkę na skuterze.

"Rzym. Najpiękniejsze wakacje" to fascynująca powieść-przewodnik, którą można czytać na trzy sposoby: od deski do deski; rozdziałami, będącymi gotowymi trasami, które można wykorzystać podczas zwiedzania; podrozdziałami, z których każdy opowiada o wybranym zabytku. W tle przeplatają się wielkie historie miłosne; pojawiają się wielcy bohaterowie historii i sztuki; nie brakuje cytatów filmowych.

Andrzej Meller, Eleonora Meller "Kamperem do Kabulu. Hippisowskim szlakiem przez Turcję, Gruzję, Armenię, Iran i Afganistan"

 

Andrzej, były korespondent wojenny, zawsze marzył o tym, żeby pokazać żonie Afganistan, kraj groźny i piękny, niepodobny do żadnego innego. Ela, szamańska dusza, miłośniczka gongów i leczniczych ziół, nie była pewna, czy jest gotowa na tak niebezpieczną podróż.

Pewnego dnia pakują się do starego mercedesa MB 100 i ruszają dawnym jedwabnym szlakiem, który w latach 70. przemierzały kolorowe autobusy pełne dzieci kwiatów głodnych przygód, narkotyków i wolnej miłości.

Autorzy chcą zobaczyć nigdy niezdobytą przez obce wojska dolinę Pandższiru i Bamian, buddyjskie sanktuarium zniszczone przez islamskich radykałów. Odnaleźć dawnych przyjaciół, których Andrzej poznał podczas reporterskich wypraw do strefy wojny. Ale najpierw będą musieli pokonać przyprawiające o zawroty głowy serpentyny w górach Armenii i przeprawić się przez granice, na których każdy obcy witany jest z podejrzliwością.

Daniel Tudor "I love Korea. K-pop, kimchi i cała reszta"

 

Daniel Tudor, brytyjski dziennikarz, pisarz i przedsiębiorca od kilku lat mieszkający w Korei, jako samozwańczy geek wnikliwie przygląda się kulturze koreańskiej w przeróżnych jej odsłonach. Błyskotliwie i dowcipnie omawia niesamowite koreańskie trendy, które podbijają internet, i zdradza ich genezę, wszystko ilustrując znakomitymi zdjęciami.

Przytacza rozmaite ciekawostki, zwraca uwagę na wyznaczniki koreańskiej kultury – od buddyzmu po sztukę tradycyjną i taekwondo. Opowiada o specyfice relacji interpersonalnych, charakterystycznych symbolach i zwyczajach, a także oczywiście o gwiazdach popkultury. Jako dodatkową atrakcję oferuje miniprzewodnik po swoich ulubionych atrakcjach w Seulu.

Nela "Nela na 3 kontynentach. Podróże w nieznane"

"Gdy miałam pięć lat, zaczęłam podróżować po świecie i nagrywać filmy. Moim idolem jest Steve Irwin i pragnę zostać prezenterką podróżniczką. Byłam w wielu ciekawych krajach na różnych kontynentach. Na przykład w Afryce zwiedziłam Etiopię, Zanzibar, Tanzanię, Kenię i ostatnio Mauritius. W Azji – Tajlandię, Kambodżę, Malezję, Indonezję, Filipiny i ostatnio też Wietnam. W Ameryce Południowej – Peru, Boliwię i Chile. Zapraszam cię w niezapomnianą podróż. Opowiem o pięknych miejscach, które poznałam, i o fascynujących zwierzętach, które zobaczyłam. Świat jest cudowny i możesz oczami wyobraźni podróżować ze mną oraz przeżywać wspaniałe przygody!"

Andrzej Paradysz "Anioły i demony na Bukowinie. Rowerem na pograniczu kultur"

"Ten dziennik z podróży to niezwykła i wielowątkowa opowieść o Bukowinie – historycznej krainie położonej na pograniczu Rumunii i Ukrainy. Przybliża przede wszystkim złożoną tożsamość Bukowińczyków, którzy od wielu pokoleń pielęgnują tradycję i kulturę polską na obczyźnie, gdzie zepchnięci w niepamięć, często egzystują na skraju nędzy. Publikacja podkreśla niepowtarzalną różnorodność kulturową i religijną regionu stanowiącego prawzór Unii Europejskiej. Jednocześnie buduje intrygujące podłoże historyczno-polityczne, będące nieodłącznym tłem dla tego barwnego tygla kulturowego".

Piotr Biedrzycki "Siedemdziesiąt siedem słoni"

Piotr już pierwszego dnia pobytu w Indiach zostaje okradziony i pobity. Miał jednak szczęście i spotkał ludzi, którzy postanowili udzielić mu pomocy i dzięki nim udało mu się wrócić do zdrowia. Musiał jednak zmienić swój sposób myślenia o tym kraju. Jego nową dewizą było: „Nie oczekuj niczego, bądź gotowy na wszystko”. „Tłoczne ulice Bombaju, fetor slumsu Dharavi, baśniowy Bollywood, idylliczne plaże Goa... trudno pozostać obojętnym wobec tej niesamowitej, pełnej kontrastów scenerii. Trzeba tylko mieć otwarte oczy i... pozwolić się nieść przygodzie!”

Alicja Kubiak, Jan Kurzela "Indonezja. Ludożercy wczoraj i dziś"

Czy wśród rdzennych ludów Indonezji do dziś istnieje ludożerstwo? Autorzy wraz z przewodnikiem odwiedzają m.in. plemię, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu sądziło, że cały świat stanowi ich okolica i poza nimi nie istnieją żadni inni ludzie. W niedostępnych odmętach dwoje Polaków wchodzi do domów na drzewach umiejscowionych nawet na wysokości kilkudziesięciu metrów, ogląda baby grave, czyli groby małych dzieci wykonane w drzewach, uczestniczy w wyścigach byków, od których publiczność nie jest w żaden sposób odgrodzona. Jeśli chcecie zobaczyć Indonezję inną, niż oferują to przewodniki turystyczne, zapraszam do lektury.

Marek Fiedler "Mała wielka Wyspa Wielkanocna"

Pogoda za oknem jest kiepska. Co Wy na to, żeby wybrać się w podróż w nieco cieplejsze miejsce?Nie znam osoby, która nie kojarzyłaby posągów moai z Wyspy Wielkanocnej. Skąd się wzięły? Kto je wykuł?

Marek Fiedler postanawia odkryć tajemnice posągów. Przedstawia nam historię Wyspy Wielkanocnej. Pokazuje, co działo się na nich na przełomie wieków. Odkrywa tajemnice i dzieli się nimi z czytelnikami. Na wyprawę wyruszył wraz z synem Markiem Oliwierem. Razem badają tereny, o których wciąż wiadomo niewiele.

Karol Lewandowski "Busem przez świat. Australia za 8 dolarów"

Proszę wsiadać, pasy zapinać. Dzisiaj ruszamy do Australii. Cztery miesiące, 25 tysięcy kilometrów, żar lejący się z nieba, muchy, pająki, krokodyle i stary bus. Gotowi na mocne wrażenia?

Ekipa Busem przez świat wyruszyła do Australii, gdzie czekało na nich wiele wrażeń. Od węży począwszy, na latających lisach skończywszy. Napisana przez Karola Lewandowskiego książka pozwala w nieco inny sposób spojrzeć na Australię i jej mieszkańców. Również tych futrzastych. Nie spodziewałam się tego, że spotkam w trakcie tej literackiej podróży tylu Polaków.

Czytając książkę, utwierdziłam się w przekonaniu, że chyba nie chciałabym pojechać do Australii. Padłabym na zawał po paru dniach, widząc chociażby tamtejsze nietoperze. Panicznie boję się tych zwierząt i gdyby przeleciało mi nad głową coś wielkości lisa o rozpiętości skrzydeł sięgającej do metra, uciekałabym w podskokach. To nie jest na moje nerwy. Już oglądanie zdjęć wystarczająco podniosło mi ciśnienie.

Karol Lewandowski opowiada o wyprawie z humorem. Tej książki się nie czyta, ją połyka się w całości. Pełno w niej ciekawostek i anegdot, których nie znajdziecie raczej w przewodnikach turystycznych. Tam nikt nie wspomina o tym, do czego może doprowadzić niezbyt rozwinięta inteligencja kangurów. Myślałam, że to są bardziej kumate stworzenia. Nic z tych rzeczy.

Całość uzupełniają fotografie. Dzięki nim mamy wrażenie, że wraz z ekipą przemierzamy Australię. Jak się okazuje, na taką wyprawę wcale nie trzeba wydać fortuny. Co prawda po drodze parę rzeczy może się wykrzaczyć, ale kto by się tym przejmował. Warto się pomęczyć, żeby zwiedzić tamte tereny. Niebezpieczne, to fakt, lecz jednocześnie piękne.

Przy tej książce można odpocząć od codziennej gonitwy. Nabrać dystansu, przenieść się do innego świata. Czegoś takiego potrzebowałam i dziękuję ekipie za dostarczone wrażenia. Z chęcią raz jeszcze przeżyję wraz z nimi tę podróż. Żałuję, że już się skończyła, ale liczę na kolejną, równie pełną wrażeń. Jeśli szukacie relacji z nietypowej wyprawy, myślę, że możecie spokojnie sięgnąć po tę książkę. Nie będziecie się z nią nudzić. Może tylko parę razy przejdziecie stan przedzawałowy, czytając o atrakcjach, jakie zafundowała ekipie Matka Natura. Ale to drobny szczegół :)

Karol Lewandowski
Busem przez świat. Australia za 8 dolarów
Wydawnictwo Sine Qua Non
Kraków 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Wydawnictwu Sine Qua Non.

Anita Demianowicz "Końca świata nie było"

Nie wiem, czy pamiętacie akcję z końcem świata, który według kalendarza Majów miał nastąpić 21 grudnia 2012 roku. Ja nawet pamiętam, co wtedy robiłam. Odwoziłam chomika do koleżanki, która miała się nim zająć, gdy wyjeżdżałam na święta do rodziców. Żartowałam, że najwyżej zginę z transporterem w ręce. Końca świata jednak nie uświadczyłam. Dlaczego jednak o nim wspominam, skoro data ważności już minęła?

Anita Demianowicz chciała zmienić coś w swoim życiu. Po pięciu latach pracy w korporacji postanowiła rzucić robotę i wyrwać się z rutyny. Kupiła więc bilet, spakowała plecak, zostawiła w domu męża i wyjechała na pięć miesięcy do Ameryki Środkowej. Odwiedziła w tym czasie Gwatemalę, Honduras, Salwador i Meksyk. Aby naprawdę dobrze poznać kraje, w których się znalazła, uczyła się języka hiszpańskiego i mieszkała u gościnnych rodzin. Z nimi spędziła Wielkanoc i Boże Narodzenie, uczestniczyła też w barwnych i hucznych procesjach. Podróżowała głównie tzw. chicken busami. Zakochała się w wulkanach i wspięła niemal na każdy, który znalazł się na jej drodze. W dżungli, którą przemierzała z blisko siedemdziesięcioletnim przewodnikiem, tropiła czarną pumę. W dawnej stolicy państwa Majów brała udział w uroczystościach związanych z końcem kalendarza Majów.

Wyjazd do Ameryki Środkowej stał się dla autorki początkiem wielkiej podróżniczej przygody autorki. na tym wyjeździe się nie skończyło. Urzekło mnie podejście jej męża do całej sytuacji. Bożydar nie miał nic przeciwko temu, by żona zostawiła go samego na parę miesięcy. Odwiózł ją na lotnisko, pomógł przygotować się do podróży, a po jej powrocie wyszukał dla niej kolejny tani bilet.

Autorka to prawdziwa baba z jajami. Jak ja jej zazdroszczę uwagi i samozaparcia. By zrozumieć mieszkańców, uczyła się języka hiszpańskiego. Po wyjeździe nie nocowała w hotelach, lecz u miejscowych rodzin. Opowieść kobiety jest pełna pasji. Wraz z nią przeżywałam jej wyjazd za granicę. Anita Demianowicz urzekła mnie swoją szczerością. Nie udawała chojraka. Przyznała się, że odczuwała strach. Wyjechała w nieznane i w sumie nie wiedziała, co ją czeka. Nie zawsze było jej łatwo, lecz nie załamywała rąk, tylko robiła wszystko, by pokonać trudności. Końca świata nie było czyta się jednym tchem. To naprawdę niezwykła opowieść i z wielką chęcią przeczytałabym kolejną książkę autorki, o ile tylko powstanie.

Wiecie, co podoba mi się najbardziej w książkach podróżniczych? Zdjęcia. To dzięki nim przenoszę się wraz z autorami w dalekie strony, których sama pewnie nigdy nie odwiedzę. Póki co mnie na to nie stać. Zdjęcia w Końca świata nie było robią wrażenie. Są niezwykłe, tętnią życiem. Trzeba mieć dobre oko, by zrobić takie fotki. Ogromny szacuj.

Sama chciałabym ruszyć w taką podróż w nieznane, lecz chwilowo brakuje mi na to funduszy i odwagi. Nie umiałabym porzucić swojego życia i tak po prostu wyjechać. Jednak zbyt wiele rzeczy trzyma mnie w Polsce. Dzięki Anicie Demianowicz przeniosłam się do zupełnie innego świata. Poznałam kulturę, o której w sumie niewiele wiedziałam.

To jedna z lepszych książek podróżniczych, jakie miałam okazję w tym roku czytać. Jeśli szukacie dobrej relacji z podróży, której prędko nie zapomnicie, polecam wam Końca świata nie było. Nie powinniście czuć się rozczarowani. Anita Demianowicz w niezwykły sposób opowiada o tym, co przeżyła.

Anita Demianowicz
Końca świata nie było
Wydawnictwo Bezdroża
Kraków 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Portalowi Sztukater i Wydawnictwu Bezdroża.

Beata Lewandowska-Kaftan "Afryka jest kobietą"

Afrykańskie kobiety chyba do końca życia będą kojarzyły mi się z matronami, które zostały w brutalny sposób obrzezane. Jaki obraz mieszkanek Afryki przedstawiła mi Beata Lewandowska-Kaftan.

Według afrykańskich obyczajów, zwłaszcza w wioskach, kobieta została stworzona do tego, by urodzić jak najwięcej dzieci. Ich zadaniem jest opiekowanie się domem. Mężczyzna ma jej zapewnić pożywienie. W niektórych rejonach Afryki kobiety, które nie mogą mieć dzieci, nie są poniżane, wręcz przeciwnie. Opiekują się potomstwem pozostałych żon swojego męża i traktują je jak własne. Nikt nie wytyka ich palcami. Nie wszystkie z nich zostały obrzezane. Niektóre plemiona porzuciły ten barbarzyński obyczaj. Kobiety mieszkające poza miastem, są dumne i pewne siebie. Dobrze wiedzą, kim są, mają w sercu silnie zakorzenioną plemienną tradycję. Rola kobiet w wielu plemionach wzrasta. Niektóre z nich zaczynają nawet na siebie zarabiać. Nie wszystkim mężczyznom się to podoba, lecz nie są w stanie nic na to poradzić. Wiedzą, że bez kobiet zbyt długo nie przetrwają.

Pochodzące z Afryki kobiety są jak barwne ptaki. Ubrane w kolorowe ubrania i korale wyglądają pięknie. Chętnie pozują do zdjęć z turystami i żeby na tym zarobić, są w stanie zrobić wiele. Nawet włożyć na siebie dziwne rzeczy, co możecie zauważyć na jednej z fotografii.

Beata Lewandowska-Kaftan pokazuje również to, jak wygląda macierzyństwo afrykańskich kobiet. Jak wspomniałam, mają one wiele dzieci, co nie znaczy, że puszczają je samopas i pozwalają robić im to, co chcą. Przekonajcie się sami, jak wygląda wychowanie dziecka na Czarnym Lądzie. Zastanawialiście się, skąd biorą się dziwne czasem afrykańskie imiona? Autorka to wyjaśnia. Nadanie imienia dziecku to przywilej matki. Przeważnie kojarzy się ono z ważnym wydarzeniem, które towarzyszyło porodowi. Wspomniano tu choćby chłopca o imieniu Erplejn. Nad głową jego rodzącej matki przeleciał samolot, stąd też pomysł na imię.

Ta książka pokazała mi Afrykę z zupełnie innej strony. Przeważnie poznawałam ją z perspektywy mężczyzny, wojownika, który ruszał na polowanie i zapładniał swoje żony, licząc na narodziny kolejnego syna. Beata Lewandowska-Kaftan pozwoliła mi poznać siłę afrykańskich kobiet, ich majestat. Niektóre z nich wzbudzały mój strach, ale przed każdą z nich czułam respekt i zaczynałam je podziwiać. Nie mają w życiu lekko, jednak kroczą przez nie z dumą. Za sprawą autorki mogłam też uczestniczyć w afrykańskim weselu. To była niezwykła lekcja kultury. Jedyny opis wesela z tamtych stron znałam z Białej Masajki i cieszę się, że Beata Lewandowska-Kaftan nieco uzupełniła moją wiedzę na temat ślubnych obyczajów rodem z Afryki. Znajdziecie tu także fotorelację z tego wydarzenia.

Afryka zawsze będzie z jednej strony budzić niepokój, ale również i zachwycać. Beata Lewandowska-Kaftan przeniosła mnie do zupełnie innego świata. Pozwoliła mi spojrzeć na niego swoimi oczami. Jej opowieść uzupełniają przepiękne zdjęcia, dzięki którym Afrykę mamy na wyciągnięcie ręki.

Polecam wszystkim gorąco tę książkę. Dzięki niej w zupełnie inny sposób spojrzycie na Afrykę i mieszkających w niej ludzi. Ja sama dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy i poznałam ludzi, którzy porzucili Europę, by wyjechać do Afryki. Z chęcią jeszcze kiedyś wrócę do tej książki. Sobie i Wam życzę równie dobrych opowieści z podróży. Beata Lewandowska-Kaftan jak potrafi przenieść czytelnika do innej rzeczywistości. Nie będziecie się z nią nudzić na Czarnym Lądzie. Mogę Wam to zagwarantować.

Beata Lewandowska-Kaftan
Afryka jest kobietą
Edipresse Książki
Warszawa 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Portalowi Sztukater i Wydawnictwu Edipresse Książki.

Aleksandra Chrobak "Beduinki na Instagramie"

Kultura arabska nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. Podczas gdy my, europejskie kobiety, możemy swobodnie się poruszać, pracować, robić prawo jazdy, uczyć się i ubierać tak, jak chcemy, kobiety ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich mają dość ograniczone możliwości.

Aleksandra Chrobak pozwala nam zajrzeć za kulisy świata, który ona sama zna od podszewki. Autorka jest absolwentką religioznawstwa i polonistyki oraz byłą studentką iranistyki z Krakowa, która kilka lat temu zamieszkała w Abu Zabi. Jej Beduinki na Instagramie są moim pierwszym spotkaniem z relacją Polki z krajów arabskich. Podziwiam autorkę za to, że zdecydowała się na jakiś czas zamieszkać w dość nieprzyjaznym dla kobiet miejscu.

Zjednoczone Emiraty Arabskie są krajem pełnym kontrastów. Tam w ciągu zaledwie kilku lat ludzie przenieśli się z namiotów do najwyższych budynków na świecie. Niektórzy wożą się drogimi brykami, podczas gdy reszta dojeżdża do pracy autobusami w nie najlepszym stanie. Najnowsze technologie łączą się z konserwatywną tradycją. Mężczyźni mają pełną swobodę we wszystkich kwestiach, kobiety zaś są im podporządkowane. Muszą prosić o zgodę na wyjście. Nie mogą odkryć za dużo ciała. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła żyć w ten sposób. Nawet markowe ciuchy, buty i torebki prosto od projektantów nie przemawiają do mnie. Co z tego, że ubrałabym szałową kieckę, skoro i tak musiałabym ją zakryć?

Autorka książki opisuje nie tylko codziennie życie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Pozwala czytelnikom poznać historię tego kraju od podszewki. Ma na jego temat sporą wiedzę. Słyszeliście kiedyś o Ojcu Założycielu Emiratów Arabskich? Jeśli nie, nie martwcie się, nie jesteście sami. Ja też zrobiłam duże oczy, gdy o nim przeczytałam. Mam na myśli pierwszego prezydenta tego kraju Zaida ibn Sultana an-Nahajana. Jego wizerunek na stałe wpisał się w kulturę Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego przywódcy, musicie przeczytać książkę.

Przyznam, że nieco inaczej wyobrażałam sobie tę publikację. Czy jestem rozczarowana? Nie powiedziałabym. Trochę mało tego Instagrama dla mnie było, ale w ogólnym rozrachunku dobrze oceniam tę książkę. Może liczba zawartych w niej zdjęć nie jest powalająca, lecz da się to przeżyć. To bez wątpienia kopalnia wiedzy dla wszystkich czytelników, którzy o Zjednoczonych Emiratach Arabskich wiedzą tylko tyle, że są gdzieś na mapie. Ewentualnie po raz pierwszy usłyszeli od nich ode mnie, ale w to raczej nie uwierzę.

Aleksandra Chrobak zdradza tajemnice tamtejszych obywateli związane z flirtowaniem i unikaniem pracy. Przyznam, że mieszkańcy Emiratów są pod tym względem bardzo pomysłowi. W końcu muszą sobie jakoś radzić. Co takiego robią? Na mnie nie patrzcie, odpowiedź znajdziecie w książce. Dowiecie się także tego, w jaki sposób młodzi ludzie radzą sobie z tradycją, która nieco zaczyna ich uwierać. Jak wyglądają wesela? Co ma na sobie panna młoda? Jak jest ubrany jej dom? Odpowiedzi na te pytania udzieli wam autorka Beduinek.

Dla kogo ta książka? Przede wszystkim dla miłośników podróży i osób zafascynowanych kulturą arabską. Myślę, że ci czytelnicy będą w pełni usatysfakcjonowani lekturą. Nie będę robić tu podziału na płeć potencjalnych odbiorców. Uważam, że zarówno panie, jak i panowie znajdą coś dla siebie w tej publikacji. Czyta się ją błyskawicznie i jest idealna na zbliżające się coraz dłuższe wieczory. Polecam.

Aleksandra Chrobak
Beduinki na Instagramie
Wydawnictwo Znak
Kraków 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Portalowi Sztukater i Wydawnictwu Znak.

Martyna Wojciechowska "Kobieta na krańcu świata 2"

Uwielbiałam oglądać Kobietę na krańcu świata. To jeden z moich ulubionych programów podróżniczych. Czekałam na niedzielne przedpołudnia z Martyną Wojciechowską. Lubiłam zwiedzać wraz z nią egzotyczne kraje. Pozwólcie, że dziś opowiem Wam o książce, w której poznacie kilka niezwykłych kobiet z różnych części globu.

Nie będę streszczała Wam historii tych kobiet, jeśli chcecie, poznajcie je sami. Pozwólcie, że zatrzymam się chwilę w Tajlandii. Kojarzycie kobiety, które mają na szyjach obręcze? Wyglądają jak żyrafy i są turystyczną atrakcją. Noszą pierścienie nie tylko dlatego, że tak robiły ich mamy i babcie, ale również dla zysku. Martyna Wojciechowska poznaje jedną z "żyraf". Podróżniczka miała okazję, by na własnej skórze przekonać się, jak wygląda chodzenie w takich pierścieniach. Podziwiam ją za odwagę. Ten felieton pokaże Wam, ile w tym zwyczaju jest tradycji, a ile chęci zysku. Dowiecie się także, co dzieje się, gdy kobieta ściągnie obręcze z szyi. 

Nie wszystkie historie, które przedstawiła Martyna Wojciechowska, przyciągnęły moją uwagę. Niespecjalnie zainteresowały mnie losy pilotki z Tanzanii. Jakoś nie mogłam się do niej przekonać. Działała mi na nerwy także mama hipopotama, Shirley. Była dla mnie fałszywa i zależało jej wyłącznie na pieniądzach.

Martyna Wojciechowska ma lekkie pióro. W bardzo interesujący sposób opowiada o kobietach z różnych stron świata. Jest wnikliwą obserwatorką. Obala kilka stereotypów i pokazuje, jak wygląda życie w egzotycznych miejscach, które my znamy przeważnie tylko z przewodników turystycznych. Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak wygląda opieka nad ludźmi niewidomymi mieszkającymi w Etiopii? Jeśli nie, tekst podróżniczki może Wami wstrząsnąć. Sama nie umiałam długo się po nim pozbierać. Dzięki tej książce inaczej spojrzałam także na gejsze. Okazało się, że moja wiedza na ich temat jest niewielka.

Polecam książkę wielbicielom literatury podróżniczej. To kawał dobrej relacji z wypraw w dalekie miejsca. Dodatkowo jest wypełniona pięknymi zdjęciami, które przenoszą nas w zupełnie inną rzeczywistość. 

Martyna Wojciechowska
Kobieta na krańcu świata 2
Wydawnictwo G+J
Warszawa 2010

Beata Pawlikowska "Blondynka nad Gangesem"

Średnio przepadam za książkami Beaty Pawlikowskiej. Zdecydowanie bardziej wolę pióro Martyny Wojciechowskiej. Dlaczego więc skusiłam się na lekturę Blondynki nad Gangesem? Pasjonują mnie Indie i chciałam dowiedzieć się o nich czegoś nowego. Co z tego wyszło?

Jeśli jeszcze nie wiecie, w jaki sposób podróżuje Beata Pawlikowska, już wam o tym mówię. Postanawia, że gdzieś jedzie, ale nie ma zarezerwowanego hotelu. Po przybyciu na miejscu porusza się miejscowymi środkami transportu. Unika klimatyzowanych pociągów. Nie potrzebuje także luksusu. Wystarcza jej zwykłe łóżko. Podobnie było w Indiach. Podróżniczka pojechała tam w ciemno. Nie miała nawet wizy, postanowiła załatwić ją na miejscu. W najnowszej publikacji opowiada o swoich przygodach. Wspomina podróż pociągiem ze studentami oraz kurs medytacji. Dzięki nowoczesnej technologii powstały multimedialne galerie, które można obejrzeć po ściągnięciu na telefon odpowiedniej aplikacji.

Opowieść Pawlikowskiej nie porwała mnie. Nie dowiedziałam się o Indiach niczego nowego. Wszystko, o czym napisała, znałam już z poprzednich książek. Wiedziałam, jak wyglądają pogrzeby, słyszałam o szacunku dla świętych krów. Ogromnie działało mi na nerwy to, że podróżniczka na każdym kroku dawała mi do zrozumienia, że jestem zerem, bo mieszkam w Europie. Wszędzie się spieszę, na nic nie mam czasu i ogólnie powinnam schować się do szafy, gdzie powinnam przesiedzieć do końca swoich dni. W Indiach za to jest świetnie. Niebo jest bardziej niebieskie, ludzie szczęśliwszy.

Strasznie męczyłam się nad tą książką. Przy kilku ostatnich rozdziałach niemal zgrzytałam zębami. Nuda, strata czasu, katowanie czytelnika – tak to mogę najlepiej w kilku słowach opisać. Ileż można czytać o uwięzieniu podczas kursu medytacji? No demony się we mnie budziły. Kiedyś jeszcze interesowały mnie podróże Pawlikowskiej, teraz nie mam ochoty o nich czytać. Relacje z zagranicznych wypraw nie są pisane z pasją, lecz dla pieniędzy. To widać. Męczy się czytelnik, męczy się autorka. Tylko po co? Irytował mnie styl podróżniczki. Momentami w trakcie lektury czułam się jak idiotka. Biły mnie po oczach także rysunki kobiety. Było ich za dużo i nie wnosiły do opowieści niczego.

Jeszcze jedną rzeczą, która mnie irytowała, było to, że Beata Pawlikowska uważa się za eksperta w wielu sprawach i wypowiada się na ich temat. To jest bardzo słabe. Rozumiem, kobieta ma swoje poglądy, ale mogłaby się czasem ugryźć w język.

Liczyłam na miłą podróż po Indiach i odkrycie kultury, której nie znam, a która mnie fascynuje. Nie stać mnie na podróż tam i choć poprzez lekturę chciałam się wybrać w to miejsce. Czytając tę relację, chciałam jak najszybciej wrócić do Polski, gdzie wszyscy się spieszą, mają w torbach za dużo rzeczy i nie mają na nic czasu. Nie miałam już ochoty czytać o dziurkach w nosie autorki.

Blondynka nad Gangesem utwierdziła mnie w przekonaniu, że nadszedł czas, by na dobre rozstać się z Beatą Pawlikowską. Jej opowieści mnie tylko denerwują. Wiem, że podróżniczka ma spore grono fanów. Ja do nich nie należę. Straciłam czas i nie dowiedziałam się niczego nowego. Żałuję, że skusiłam się na przeczytanie tej książki. Jeśli poprzednie podróże Pawlikowskiej przypadły wam do gustu, z tą pewnie też tak będzie. Jeżeli ich nie znacie – niczego nie straciliście.

Beata Pawlikowska
Blondynka nad Gangesem
Wydawnictwo Edipresse Książki
Warszawa 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Portalowi Sztukater
i Wydawnictwu Edipresse Książki.

Ewa Filip "Istny Meksyk"

Ewa Filip z niejednego pieca już jadła chleb. Jak sama przyznaje, próbowała kuchni z czterech kontynentów, lecz wciąż ma ochotę na więcej. Istny Meksyk to relacja kobiety z podróży w tamte rejony.

Książka opisuje najbardziej znane meksykańskie miasta i ich zabytki. Autorka przybliża czytelnikom historię Meksyku. Opowiada także o tym, jakie cuda natury czekają na turystów. Streszczanie poszczególnych części nie ma większego sensu. Mogę powiedzieć, że dla mnie, osoby, która nigdy nie była w Meksyku, ta publikacja obfitowała w ciekawostki i cenne rady, jakie kiedyś będą mogły mi się przydać, o ile kiedykolwiek zdecyduję się na to, by tam pojechać, w co wątpię. Nie dysponuję takimi funduszami, a poza tym wolę obracać się wyłącznie w europejskim kręgu kulturowym.

Autorka zaznaczyła, że daleko jej do twórców literatury podróżniczej. Z tym muszę się zgodzić. Mam bardzo mieszane odczucia odnośnie tej publikacji. Męczył mnie nieco brak spójności wypowiedzi. Relacje z podróży nie stanowiły całości, były urywkowe. Zdarzało mi się, że gubiłam wątek. Bardzo nie lubię czegoś takiego. Cały czas też miałam wrażenie, że czegoś tu brakuje. Uważam, że było za mało takiego wprowadzenia czytelnika w meksykańską rzeczywistość. Moje korektorsko-redaktorskie serce krwawiło też, gdy w kółko czytałam o tym, że autorka nie do końca wie, jak ma zapisać jakąś nazwę. Mamy XXI wiek, dostęp do sieci i nie wierzę, że nie można było tego sprawdzić. Wujek Google i ciocia Wikipedia wiedzą wszystko. Sama nieraz korzystam z ich pomocy w sytuacjach kryzysowych. Jak na razie nasza współpraca układa się całkiem dobrze, więc spokojnie mogę ją polecić Ewie Filip. Internet nie gryzie, a użycie go może przynieść sporo korzyści.

Nie mam pojęcia, komu mogłabym polecić tę książkę. Wydaje mi się, chociaż mogę się mylić, że autorka napisała Istny Meksyk dla wybranego grona czytelników. Często wspomina swoich współtowarzyszy i podejrzewam, że im ta publikacja spodobałaby się bardziej niż mnie. Było tu sporo aluzji, których ja nie zrozumiałam. Może gdybym była w Meksyku z Ewą Filip, wiedziałabym, o co chodzi. Nie nastawiłam się na lekturę czegoś pokroju Kobiety na krańcu świata, lecz mimo wszystko czuję niedosyt. Nie wiem, czy to był dobry pomysł, by "upchnąć" wszystko jedynie na nieco ponad 100 stronach. Wiele aspektów zostało zapewne pominiętych, a szkoda, bo Meksyk, przynajmniej dla mnie, pozostaje wciąż dość egzotycznym państwem. Żałuję, że było tak mało zdjęć, choć muszę przyznać, że były całkiem niezłej jakości. Może i autorka nie jest mistrzynią pióra, ale ma dobre oko do wykonywania zdjęć. Przyjemnie się je oglądało. Aż zazdrościłam Ewie Filip tego, co zobaczyła.

Jeżeli wiecie o Meksyku tylko tyle, że po prostu jest gdzieś na mapie i nie jesteście fanami Martyny Wojciechowskiej albo Wojciecha Cejrowskiego, możecie spróbować wyruszyć w podróż z Ewą Filip. Czy Wam się spodoba? Tego nie mogę zagwarantować. Ja, jak już wspomniałam, mam bardzo mieszane uczucia odnośnie książki. Cieszę się, że autorka spełniła swoje marzenia, życzę jej jak najlepiej, ale chyba nie sięgnę po jej kolejne publikacje, o ile powstaną. Jedna wyprawa do Meksyku mi wystarczy. Wolę pozostać przy innych podróżnikach. Oni bardziej do mnie przemawiają.

Ewa Filip
Istny Meksyk
Wydawnictwo Nova Res
Gdynia 2015

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Portalowi Sztukater
i Wydawnictwu Novae Res.

Krzysztof Rudź, Wiesława Izabela Rudź "Pod niebem Patagonii, czyli motocyklowa wyprawa do Ameryki Południowej"


zdjęcie okładki pochodzi ze strony lubimyczytac.pl

Zawsze podziwiałam ludzi, którzy potrafią rzucić wszystko i wyjechać na kilka miesięcy w nieznane po to, by poznać świat. Wiem, że wiele osób popuka się w czoło, bo kto normalny w czasach kryzysu decyduje się na coś takiego. Krzysztof i Wiesława Izabela Rudziowie postanowili wyruszyć w podróż swojego życia. Zapragnęli zwiedzić Amerykę Południową na motocyklach i to też zrobili.
Po kilkunastu miesiącach przygotowań i długiej morskiej podróży, małżeństwo przybyło do Ameryki Południowej, którą przemierzyli na motocyklach, zakupionych specjalnie na tę okazję. To była wyprawa pełna wrażeń. Małżonkowie postanowili ruszyć śladami potomków osób, które w 1939 roku opuściły Polskę, by wyruszyć na pokładzie transatlantyku Chrobry do Argentyny. Pogoda nie zawsze dopisywała naszym podróżnikom, ze zdrowiem też różnie bywała, a i maszyny nie były niezawodne. Czy to był dla nich powód do niezadowolenia? Przekonajcie się o tym sami.
Wiecie, co było najlepsze w tej historii? Nie to, że małżonkowie opisywali to, co widzieli, lecz to, że podzielili się z czytelnikami swoimi wspomnieniami i pokazali, co czuli. Tę książkę czytało się bardzo szybko i przyjemnie. Niezwykle urzekł mnie Krzysztof Rudź, który wyznał, że zawsze słucha swojej żony. Kiedy to przeczytałam, na mojej twarzy pojawił się ogromny uśmiech. Miałam wrażenie, że pomimo upływu lat, między tym dwojgiem ludzi nie wypaliło się wcale uczucie. Przyznam szczerze, że bardzo podziwiam ich odwagę. Nie wiem, czy zdecydowałabym się na coś takiego. Jestem raczej miękotworem. Wolę mieć gdzie spać, nie lubię, gdy pada mi na głowę i dość szybko rozkładają mnie choroby. Nie podejrzewam też, że mój mąż chciałby wybrać się w tak długą podróż. Jeszcze na motocyklu. Chyba by to nie wypaliło. Chociaż, kto wie. Może kiedyś dojdziemy do wniosku, że czas odpocząć od Polski i wyruszyć w nieznane?
Tę publikację uzupełniają zdjęcia. Nie ma ich co prawda zbyt wiele, ale są bardzo dobrej jakości i idealnie wpasowały się w ogólny wygląd książki. Troszkę żałuję, że nie było ich więcej. Lubię oglądać fotografie z podróży. 
Pod niebem Patagoniii to opowieść nie tylko o wyprawie przez Amerykę Południową na motocyklu. To także historia o potomkach polskich emigrantów. Większość z nich nie czuje się Polakami. Argentyna jest ich domem. Trudno im się dziwić. Tam się wychowali, znają tamtejszą kulturę i nie można od nich wymagać uwielbienia dla kraju przodków. Ta publikacja pokazuje także relacje między małżonkami, którzy zdani na siebie ruszyli w nieznane. Nie wiem, czy autorzy książki przeczytają mój tekst, ale jeśli do niego dotrą, powinni wiedzieć, że jestem dla nich pełna podziwu. Naprawdę, należy im się ogromny szacunek za odwagę. Cieszę się, że przelali swoje wspomnienia na papier. Jestem pewna, że kiedyś jeszcze do nich wrócę.
Jeżeli szukacie dobrej książki podróżniczej z Ameryki Południowej, dobrze trafiliście. Polecam Pod niebem Patagonii z czystym sercem. Nie umiem znaleźć tu ani jednego słabego punktu. Na pewno nie będziecie żałowali czasu, który spędzicie nad tą publikacją i będziecie się dobrze bawić. Krzysztof i Wiesława Izabela mają lekkie pióro i w bardzo przystępny sposób opowiadają o swojej przygodzie. Jestem ciekawa, czy kiedyś gdzieś jeszcze się wybiorą i opiszą to. Jeśli tak, z chęcią o tym przeczytam.

Krzysztof Rudź, Wiesława Izabela Rudź
Pod niebem Patagonii, czyli motocyklowa wyprawa do Ameryki Południowej
Wydawnictwo Novae Res
Gdynia 2015

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Portalowi Sztukater
i Wydawnictwu Novae Res.

Anna Maria Goławska, Grzegorz Lindenberg "Toskania i Umbria. Przewodnik subiektywny"


W przyszłym roku biorę ślub kościelny i jak na przyszłą pannę młodą przystało, powinnam oglądać czasopisma poświęcone najnowszym trendom dotyczącym sukien ślubnych. A co robię zamiast tego? Przeglądam przewodniki po różnych krajach i zastanawiam się, gdzie by tu z mężem wyjechać. Na szukanie sukienki przyjdzie jeszcze czas. Dlatego, gdy dostałam propozycję recenzji tego przewodnika, nie zawahałam się ani przez chwilę.
Na Włochy choruję od pewnego czasu. Zostało mi jeszcze trochę czasu, by przekonać męża do tego, że właśnie tam powinniśmy pojechać. Próbowałam mu podsunąć ten przewodnik, ale chwilowo przegrywa z jego podręcznikiem do programowania. Zobaczymy, jak długo będzie się bronił :) Co wynikło z mojej literackiej podróży do Włoch?
Toskania i Umbria. Przewodnik subiektywny to nie jest typowy przewodnik, z którym możemy się spotkać w księgarni. Przyznam, że przeważnie takie lektury mnie nudzą i kończy się na oglądaniu obrazków, ale tu było inaczej. Z tej książki dowiadujemy się, kiedy i gdzie warto targować się o cenę pokoju, co możemy zjeść w danej restauracji. Dowiadujemy się, co warto zobaczyć, a co raczej sobie odpuścić. Autorzy książki napisali ją w taki sposób, że wydaje się, że opowiadają o tym, co zobaczyli, swoim dobrym znajomym. Oni doradzają nam, gdzie iść na lody (pokazując przy tym zdjęcia, żeby narobić nam smaka), w którym miejscu zrobimy najlepsze serca i gdzie padniemy na zawał po zobaczeniu pewnych fresków i obrazów. Podpowiadają także, gdzie można się udać, żeby odpocząć na chwilę od miejskiego gwaru. Tak, choć trudno w to uwierzyć, we Włoszech można odnaleźć takie miejsce.
Podobały mi się wkomponowane w treść książki cytaty dotyczące dawnych podróży po Italii. Przyjemnie czytało się o tym, co było kiedyś i o tym, jak to wygląda teraz.
Co spodobało mi się najbardziej? Chyba nie muszę mówić, że zdjęcia. Zawsze z przyjemnością oglądam fotografie z podróży do różnych miejsc. Wiem, że w niektóre z nich nigdy fizycznie nie dotrę, więc cieszę się, że chociaż moja wyobraźnia może się tam wybrać. Uśmiech na mojej twarzy wywołały ujęcia z kotami. Mam do nich słabość i cieszyłabym się, gdyby jeden z takich kocurków zajął mi miejsce w restauracji :)
Ten przewodnik pochłania się w kilka godzin. Piękne fotografie, legendy, wskazówki dotyczące miejsc, w które trzeba się udać - takie książki lubię. Nie ma nudnego wykładu na temat sytuacji geopolitycznej, obowiązkowej do odbębnienia lekcji historii tego kraju. Są za to piękne wspomnienia, które w niejednym sercu wzbudzą chęć do wyjazdu do Włoch. W moim już wzbudziły. Ciekawe co na to powie mąż? :)

Anna Maria Goławska, Grzegorz Lindenberg
Toskania i Umbria. Przewodnik subiektywny
Wydawnictwo Italianna
Warszawa 2015

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego książki dziękuję autorowi, 
panu Grzegorzowi Lindenbergowi

Tadeusz Biedzki "Dziesięć bram świata"


"Mój przyjaciel zakochany w Indiach do szaleństwa, który odwiedził je trzydzieści sześć razy, spędził tam w sumie kilka lat i w Indiach umarł, wcześniej polecając skremować się i rozsypać prochy w świętym Gangesie, powiedział mi przed laty: - Nie zwiedzaj Indii! Indii się nie zwiedza. Indie trzeba przeżyć."

Istnieją na rynku wydawniczym książki podróżnicze, które przedstawiają mniej lub bardziej znane nam miejsca w zupełnie inny sposób. Jedną z nich jest właśnie pozycja autorstwa Tadeusza Biedzkiego - przedsiębiorcy i pisarza podróżującego po całej kuli ziemskiej wraz z żoną.
Pan Tadeusz zabiera nas w dziesięć różnych miejsc. Jak jest napisane na tyle okładki: "Dociera na Jawę i do amazońskiej dżungli, do dzikich plemion Etiopii, świątyń Gruzji, tajemniczego świata Inków i do Mali, gdzie szuka zaginionego podczas wojny przyjaciela. Poznaje nas z cypryjskim Turkiem, który nienawidzi Greków, i Kurdem, który nienawidzi Turków, z syryjskim terrorystą i jego piękną córką, z indyjskimi żebrakami i 'świętymi mężami'." Wiele z miejsc, do których dociera pan Tadeusz jest niezwykle niebezpiecznych. Zdarzyło się, że jego życie wisiało na włosku. Na szczęście udało mu się przeżyć i opisać swoje przejścia w książce. Pozwólcie, że nie będę opisywała każdej z dziesięciu podróży, lecz poświęcę trochę uwagi dwóm, jakie wywarły na mnie największe wrażenie.
Najpierw zaproszę Was do Doliny Omo w Etiopii, gdzie żyją członkowie plemienia Karo. Słyszeliście kiedyś o nim? Ja przyznaję, że dopóki nie przeczytałam Dziesięciu bram świata, nie wiedziałam, że ktoś taki istnieje. Jak podaje pan Biedzki, zamieszkują oni tylko trzy wioski i są populacją liczącą około tysiąca przedstawicieli. Nic więc dziwnego, że mało kto o nich wie. Karo słyną z tego, że ozdabiają w mistrzowski sposób swoje ciała. Jesteście ciekawi, co jest u nich wyznacznikiem piękna kobiety? Nie duży biust, długie nogi czy smukła sylwetka. Liczy się wielkość krążka, jaki został umieszczony w ich wardze, gdy były małymi dziewczynkami. Wygląda to tak:


Patrząc na to zdjęcie, zastanawiałam się jak można jeść mając w wardze coś takiego. Nie mówiąc już o tym, że wszystko bolało mnie od patrzenia na tę kobietę. Jednak nie chciałam pisać o etiopskich wyznacznikach piękna. Podróż do ludu Karo wstrząsnęła mną z zupełnie innego powodu. Ci ludzie obawiają się mingi, czyli pecha. Jeśli dziecko urodzi się zdeformowane lub wyrżną mu się najpierw górne ząbki - skazane zostaje na śmierć. Wrzuca się je do rzeki lub porzuca w buszu z ziemią w buzi, żeby mingi nie opuściło jego zwłok. Nie wiem, czy zdecydowałabym się na podróż w tamte rejony. Obawiam się, że miałabym koszmary do końca życia.
Drugą wyprawą, nad którą chciałabym się chwilę zatrzymać, był wyjazd do Indii. Ten kraj nigdy nie przestanie mnie fascynować, choć wiem, że wyprawa do niego byłaby prawdziwą szkołą życia. Pan Tadeusz opisuje swoje spotkania ze świętymi mężami - sadhu. Ci mężczyźni nie tylko potrafią uleczyć chorego człowieka, ale są także w stanie przeżyć kilka dni zakopani pod ziemią. To robi wrażenie. Wiecie, co jeszcze mnie zainteresowało? Fragment opisujący żebraków. W Indiach żebractwo to nie tylko sposób na przeżycie, lecz również wielki przemysł przynoszący zyski mafii oraz gangom. Najbardziej przerażające jest to, że sporą część żebraków stanowią kalecy, którzy nie zawsze byli niepełnosprawni. Wielu z nich zostało wybranych do tej "roli" przez rodziców, jacy jednemu ze swoich dzieci "Wiążą i krępują (...) ciało, by rosło zdeformowane. Taki człowiek nigdy nie wstanie, nigdy nie będzie chodzić, ale im większe jest jego kalectwo, tym większe robi wrażenie i przynosi większe dochody". Nie potrafię odnaleźć słów, które mogłyby skomentować ten fragment, więc pozwólcie, że o Indiach nie napiszę już nic więcej.
Tadeusz Biedzki pisze o wojnie, biedzie, konfliktach między narodami, ale także o rzeczach, jakie w jednym zakątku świata są na porządku dziennym, a nas, Europejczyków, przyprawiają o lekki zawał serca. Każda z dziesięciu historii mogłaby zostać opisana w osobnej książce. Autor nie wyczerpuje tematu dotyczącego sytuacji w żadnym z przedstawionych krajów. Wydaje się, że chce zachęcić czytelników do tego, by sami poszukali informacji o tym, co zainteresowało ich najbardziej.
Dziesięć bram świata to książka zawierające wiele ciekawostek i fotografii, jakie stanowią idealne uzupełnienie treści. Niezmiernie cieszę się, że miałam okazję ją przeczytać. Pokazała mi nieznane oblicze świata i zabrała w miejsca, do których nigdy nie dotrę. Dziękuję autorowi za tę podróż i zachęcam Was, byście i Wy się w nią wybrali.

Tadeusz Biedzki
Dziesięć bram świata
Wydawnictwo Bernardinum
Pelplin 2014

Za możliwość lektury dziękuję pani Karolinie oraz Wydawnictwu Bernardinum


Łukasz Orbitowski "Zapiski nosorożca. Moja podróż po drogach, bezdrożach i legendach Afryki"


Z czym kojarzy Wam się Afryka? Pierwsze skojarzenia, które przychodzą mi do głowy, gdy słyszę to słowo to Sahara, safari, sawanna, voodoo, gorący klimat i Masajowie. A jak wygląda ten kontynent z perspektywy turysty?
W książce pana Orbitowskiego nie znajdziemy opisów RPA, które znamy z przewodników. Owszem, pojawiają się informacje dotyczące fauny i flory, czy polityki, ale nie ma tu "suchych" informacji, jakie odstraszają mnie od lektury. Autor skupia się na swoich odczuciach i przemyśleniach. Opisuje nie tylko widoki, ale także ludzi, których spotyka. Moim ulubionym fragmentem jest opis uczestnika wycieczki zorganizowanej przez firmę turystyczną.
Pan Orbitowski nie stara się pokazać Afryki w kolorowych barwach, nie robi jej sztucznej reklamy. Opisuje wszystko tak, jak widzi. Pisze o tym, że będzie mu się kojarzyć z zimnem. Zauważa też, że dzieci mają mundurki nie po to, by nie robić w szkole rewii mody, ale noszą je, żeby mieć choć jeden komplet porządnej odzieży. Przeczytałam już sporo książek o Afryce, lecz żaden z autorów nie zwrócił na to uwagi. Przyznaję, tylko błagam, nie śmiejcie się ze mnie, że przeżyłam szok, gdy pan Orbitowski wspomniał o tym, że w RPA są restauracje KFC. Moje wyobrażenie Czarnym Lądzie nie pozwoliło mi na dopuszczenie do siebie myśli, że Afrykańczycy stołują się w takich miejscach. Takich rzeczy też nigdy wcześniej nie czytałam.
Tym, co w książce spodobało mi się najbardziej, były afrykańskie legendy. Lubię takie historie i ucieszyłam się, że pan Orbitowski umieścił je w swoich zapiskach. Duży plus należy się także za dołączenie fotografii, które stanowią dopełnienie wspomnień autora.
Nieco przeszkadzały mi wulgaryzmy w narracji. Słyszałam opinie, że to podkreśla autentyczność Łukasza Orbitowskiego, ale niektóre przekleństwa wydawały mi się dodane na siłę. Uważam, że w niektórych miejscach można było je pominąć, lecz to tylko moje skromne zdanie.
O Zapiskach nosorożca słyszałam sprzeczne opinie. Jedni chwalili tę książkę, inni krytykowali. Ja mam do tej pozycji neutralny stosunek. Nie powaliła mnie na kolana, ale też skutecznie od siebie nie odstraszyła. Pojawiło się sporo perełek, o których wcześniej nie wiedziałam, lecz przyznam, że zdarzało mi się czytać lepsze książki o Afryce.
Decyzję o tym, czy sięgniecie po Zapiski nosorożca pozostawiam Wam. Jeśli szukacie szczerej opowieści o RPA i Afryce okraszonej legendami, zdjęciami oraz szczyptą przekleństw - możecie zabrać się do lektury już dziś. Jeżeli jednak nie lubicie narracji, w której pojawia się łacina podwórkowa, a od literatury podróżniczej wymagacie tego, by znalazły się w niej szczegółowe informacje dotyczące demografii, polityki, fauny, flory oraz historii - lepiej poszukajcie czegoś innego, bo ta książka Was zawiedzie.

Łukasz Orbitowski
Zapiski nosorożca. Moja podróż po drogach, bezdrożach i legendach Afryki
Wydawnictwo Sine Qua Non
Kraków 2014
Czytelnia mola książkowego © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka