J.R. Ward "Królowie boubona"

Bradfordowie to ród, który zbił majątek na produkcji bourbona i teraz żyje na dość wysokim poziomie. Opływają oni w luksus, choć tylko pozornie są szczęśliwi. Nad utrzymaniem fasadowego raju Bradfordów niestrudzenie pracuje służba. Te dwa światy nie powinny się nigdy przeniknąć. Ogrodniczka Lizzie zakochała się w synu marnotrawnym Bradfordów, a ich gorzkie rozstanie jest jak posypana solą rana. Teraz, po dwóch latach, Tulane Bradford wraca do domu, a wraz z nim cała przeszłość. Nikt nie pozostanie obojętny: ani jego piękna i bezwzględna żona, ani przepełniony goryczą starszy brat, a już na pewno nie nestor rodu – człowiek pozbawiony zasad i skrupułów, skrywający wiele strasznych tajemnic. W miarę jak w rodzinie narastają konflikty, cała posiadłość wraz z mieszkańcami wpada w wir przemian. Żeby je przetrwać, trzeba mieć głowę na karku.

Kompletnie nie wiedziałam, czego mogę spodziewać się po książce, z której opisem się właśnie zapoznaliście. Tym bardziej, że do tej pory omijałam autorkę szerokim łukiem. Jakoś nie bardzo było mi po drodze w jej wcześniejszymi powieściami. Postanowiłam jednak zaryzykować. Z jednej strony byłam ciekawa tego, jakie tajemnice może skrywać ród, który dorobił się fortuny na produkcji bourbona, ale z drugiej strony nieco obawiałam się tego, że autorka pójdzie w schematy, jakie można spotkać w podobnych powieściach o ludziach bogatych i ich służących. Ta książka jest jednak inna.

Największym plusem jest to, że nic nie wiadomo tu na 100%. Możemy się wielu rzeczy domyślać, a i tak nie zawsze będziemy w stanie sami dojść do prawdy. Nawet nie wiecie, ile razy już byłam pewna, że wiem, co jest grane, a tu dostawałam prztyczka w nos i na tym się moja radość kończyła. Autorka skutecznie wyprowadzała mnie w pole.

Nie można liczyć na nudę w trakcie lektury. Bohaterowie są z krwi i kości, a co najważniejsze, nie są jednoznaczni i można się spodziewać po nich wszystkiego. Nawet nie wiecie, ile razy chciałam wyrzucić książkę przez okno, czytając o wyczynach Lane'a, choć w sumie jego rodzeństwo też święte nie było, ale o tym, co mieli za uszami, musicie dowiedzieć się sami.

J.R. Ward postawiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko. W mistrzowski sposób zapanowała nad tym, co działo się w powieści. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Mam nadzieję, że kolejne części cyklu będą w stanie utrzymać poziom. Jestem głodna kolejnych wrażeń. 

J.R. Ward
Królowie bourbona
Wydawnictwo Marginesy
Warszawa 2017

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Wydawnictwu Marginesy.

Anna Tabak "Bursztynowy Anioł"

Poznajcie Aśkę – pozytywnie zakręconą studentkę ekonomii, która nie ma w życiu lekko. Właśnie zakończyła kilkuletni związek, na studiach idzie jej dość kiepsko i praca też daje jej w kość. Na szczęście pod ręką są przyjaciółki, na które zawsze można liczyć i pogadać dosłownie o wszystkim. I jeszcze kolega o dziwnie brzmiącym imieniu, który udzieli wsparcia w każdej sytuacji. Co ona by bez nich zrobiła? Niespodziewanie w życiu Asi następuje zwrot o 180 stopni: pojawia się idealny mężczyzna, książę z bajki na białym koniu, dzięki któremu szara rzeczywistość Aśki zmienia się. Przystojny, bogaty, dżentelmen w każdym calu... Czyżby to był wymarzony książę? A może dziewczynie pisany jest ktoś inny? I co ze znienawidzonymi studiami i aktorstwem, które od zawsze było jej pasją?

Nie wiedziałam, czego mogę spodziewać się, sięgając po tę książkę. Dość ostrożnie podchodzę do tego typu literatury, ale muszę się przyznać, że Bursztynowego Anioła połknęłam niemal jednym tchem.

Co prawda jest to debiut literacki autorki, ale został napisany w prosty i przyjemny w odbiorze sposób. Anna Tabak pisze o rzeczach, które dotyczą nas wszystkich. Przede wszystkim o miłości, przyjaźni, poświęceniu i walce o marzenia. Ta książka daje pozytywnego kopa i sprawia, że zaczynamy wierzyć, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Nawet nie spodziewałam się tego, że Aśka stanie mi się tak bliska. Zorientowałam się, że dużo nas łączy. Bałam się, że nie nadążę za studentką, w końcu ten etap w swoim życiu mam już od jakiegoś czasu zamknięty, jednak udało nam się nawiązać porozumienie. Kibicowałam jej i chciałam, żeby odnalazła swoje miejsce na ziemi, w którym będzie czuła się dobrze i nie będzie musiała z niczego rezygnować, żeby zaspokoić czyjeś wymagania. Jej szalone przyjaciółki na przemian doprowadzały mnie do szału i do śmiechu. Polubiłam je, ale nie wiem, czy chciałabym z nimi mieszkać. Chyba jestem już za stara na takie współlokatorki.

Podejrzewam, że wiele czytelniczek odnajdzie w Aśce cząstkę siebie. Jej historia mogła wydarzyć się każdej z nas. Anna Tabak nie zrobiła z niej chodzącego ideału i nie wymyśliła opowieści nie z tej ziemi. Za to właśnie cenię tę książkę. Bohaterowie nie są oderwani od rzeczywistości. Spokojnie mogłabym kogoś takiego jak oni odnaleźć wśród swoich znajomych.

Niesłusznie osądziłam Bursztynowego Anioła, sądząc, że to będzie strata czasu. Nie żałuję ani jednej chwili, jaką poświęciłam na lekturę. Aśka podbiła moje serce i mam nadzieję, że na długo w nim zostanie. Chętnie jeszcze kiedyś się z nią spotkam. Z jej szalonymi znajomymi także. Teraz przynajmniej wiem, czego mogę się po nich spodziewać.

Życzyłabym sobie i Wam czytania samych dobrych debiutów literackich. Ten taki właśnie jest. Napisany w przyjemny sposób, ale poruszający ważne tematy. Podejrzewam, że książka przypadnie bardziej do gustu paniom niż panom, choć nie mam zamiaru nikomu odradzać sięgnięcia po nią. Wiecie, o czym jest. Sami zadecydujcie, czy chcecie poznać Aśkę i przekonać się, o co chodzi z tytułowym aniołem. Mam nadzieję, że jeśli postanowicie przeczytać tę powieść, przypadnie Wam do gustu. Mnie nie jest obojętna. Wręcz przeciwnie, jestem nią pozytywnie zaskoczona. Oby więcej takiej literatury pojawiało się na naszym rynku wydawniczym. Polecam.

Anna Tabak
Bursztynowy Anioł
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Poznań 2017

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Portalowi Sztukater oraz Wydawnictwu Zysk i S-ka.

Eliza Sarnacka-Mahoney "Kreacja"

Czym jest sukces w dzisiejszym świecie? Odpowiedź nigdy nie była prostsza. Gdzie nie spojrzeć, tam ściągi i gotowce podsuwane nam przez kulturę masową – scenariusze ze spełnionego życia innych w kolorowych pismach, telewizji, poradnikach know-how. Trzeba tylko się na coś zdecydować, by wykreować siebie i swoją karierę. Czy jednak rzeczywiście wystarczy tylko tyle?

W życiu bohaterek Kreacji zachodzą zmiany uruchamiające machinę wydarzeń. Agata marząca o tym, aby zostać celebrytką, Wioletta, gasnąca gwiazda talk-show, wygodnie żyjąca singielka Marta i jej przyjaciółka Anka realizująca się w obrębie mitu o matce Polce – każda z nich stanie przed pytaniem, jakie miejsce odgrywają w ich życiu impulsy i pragnienia, a jakie świadoma kreacja obliczona na wywołanie zamierzonego efektu.

Nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać po lekturze tej książki. 4 bohaterki, każda z nich ma za sobą inne przeżycia. Nie byłam pewna, czy zrozumiem ich świat.

Kiedyś marzyłam o wielkim świecie i życiu na świeczniku. Na szczęście szybko wyleczyłam się z tych marzeń. Co z tego, że przed innymi błyszczałabym niesamowitym blaskiem i udawałabym szczęśliwą kobietą? A co działoby się ze mną, gdybym wróciła do domu? Kim bym była? Największe parcie na szkło z wszystkich bohaterek miała Agata, która najbardziej działała mi na nerwy. Miałam ochotę mocno nią potrząsnąć. Zachowywała się jak dziecko z podstawówki. Współczułam jej bliskim. Nie chciałabym z kimś takim mieć do czynienia. Żadna z bohaterek nie jest mi specjalnie bliska, jeśli chodzi o doświadczenia życiowe, ale nie mogę zarzucić autorce niczego, jeśli chodzi o ich wykreowanie. Budziły emocje i każda z nich pozostawi w mojej pamięci niezapomniany ślad. Żadna z nich nie była idealna i moim zdaniem to największy plus tej powieści.

Lektura tej książki zajęła mi nieco czasu, ale nie żałuję ani minuty, którą poświęciłam na czytanie. Powieść wywoływała u mnie wiele, niekiedy dość sprzecznych emocji. Zaczęłam zastanawiać się, na ile jestem sobą przy innych ludziach, a na ile kreuję siebie przed nimi. Kreacja daje do myślenia. Każe zastanowić się nad tym, czy pogoń za sukcesem jest faktycznie warta świeczki. Zwłaszcza wtedy, gdy na szczyt nie dochodzimy uczciwą pracą. Jeśli szukacie książki, która da Wam do myślenia, rozejrzyjcie się za tą powieścią. Może przypadnie Wam do gustu.

Eliza Sarnacka-Mahoney
Kreacja
Wydawnictwo Prozami
Warszawa 2017

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Wydawnictwu Prozami.

Joanna Star Czupryniak "Kurza twarz! Przeklinanka kolorowanka antystresowa"

Jeśli czujecie się zestresowani i szukacie czegoś na rozluźnienie, myślę, że ta publikacja może Was zainteresować.

To nie jest moje pierwsze spotkanie z kolorowanką tej autorki. Wcześniej miałam już do czynienia z Kotami dziwakami. Instrukcja obsługi kolorowanki jest bardzo prosta. Bierzecie kredki i kolorujecie wedle uznania. Możecie przy tym przeklinać. Głośno albo pod nosem. To, czy zrobicie to sami, czy w towarzystwie - Wasza sprawa. Odradzam jedynie kupowanie tej publikacji dla dzieci. To zabawka dla rodziców.

Zastanawialiście się kiedyś, w jaki sposób można przedstawić przekleństwa? Jak je narysować? Jeśli nie, przekonajcie się, jak wygląda ktoś, kogo ścisnęły drzwi. Uwierzcie mi, krew w trakcie kolorowania czegoś takiego człowieka może zalać, ale właśnie o to chodzi, żeby wyżyć się artystycznie i dać upust emocjom. Idealna sprawa na odreagowanie stresującego dnia. Mnie ta kolorowanka pomogła. Nawet nie myślałam, że kolorowanie w tym wieku sprawi mi tyle frajdy, a jednak.

Obrazki zawierają dużo elementów i wbrew pozorom nie są zbyt łatwe w pokolorowaniu, ale to dobrze. Przynajmniej można się wyżyć. Zwłaszcza wtedy, gdy jest dużo kropeczek do wypełnienia. Parę kredek połamałam, ale warto było to zrobić. To nic, że z jednym obrazkiem męczyłam się parę godzin. Efekt był tego wart. 

Joanna Star Czupryniak
Kurza twarz! Przeklinanka kolorowanka antystresowa
Wydawnictwo Helion
Gliwice 2017

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Wydawnictwu Helion.

Rebecca Stead "Całkiem obcy człowiek"

Zanim zaczęłam lekturę, zaczęłam się zastanawiać, czy dobrze zrobiłam, że zamówiłam tę książkę. W końcu lata młodzieńcze mam już dawno za sobą i nie wiedziałam, czy nadążę za bohaterami. Postanowiłam jednak przekonać się, co autorka ma mi do zaoferowania.

Bridge, Tabitha i Emily znają się od zawsze, ale ten rok testuje ich przyjaźń. Em ma chłopaka (tak jakby), który prosi ją o szczególnego rodzaju zdjęcia. Tab jest młodą feministką i potrafi przejrzeć każdego na wylot, a Bridge z jakiegoś powodu zaczęła nosić kocie uszy i wciąż stara się zrozumieć, dlaczego przeżyła wypadek, którego nie powinna przeżyć. Są najlepszymi przyjaciółkami i kierują się jedną zasadą: nigdy nie kłócić się ze sobą. Czy to pomoże im przetrwać? Sherm usiłuje zrozumieć, dlaczego ludzie rozstają się po wielu latach małżeństwa i jak to jest przyjaźnić się z dziewczyną, a dla pewniej licealistki Walentynki okażą się najtrudniejszym dniem w życiu. Jest jeszcze Jamie, poważny starszy brat, którego głupi zakład z kumplem kończy się prawie katastrofą.

Ta książka to przede wszystkim opowieść o przyjaźni między młodymi ludźmi. Jest tu także mowa o pierwszej miłości oraz o szkolnych problemach. Zdecydowanie bardziej przypadnie do gustu nastolatkom niż czytelnikom w moim wieku. Młodzi ludzie prędzej zrozumieją bohaterów, będą w stanie się z nimi identyfikować. Każda z postaci jest inna, wyróżnia się na tle innych. Trudno mi powiedzieć, kto najbardziej do mnie przemówił. Chyba najbliżej było mi mimo wszystko do Tabithy.

Całkiem obcy człowiek to prosta, ale wciągająca historia. Czytało się ją szybko. Nie narzekałam na nudę, działo się sporo. Patrząc na przygody bohaterów, przypomniałam sobie to, co ja robiłam, będąc w ich wieku. W sumie byłam do nich podobna. I też przejmowałam się pierdołami, na które dziś nie zwróciłabym większej uwagi. Nie myślałam, że lektura zmusi mnie do przemyśleń. Myślałam raczej, że szybko się nią znudzę. Tak na szczęście się nie stało.

Jeśli szukacie lekkiej powieści młodzieżowej, myślę, że możecie sięgnąć po tę książkę. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu.

Rebecca Stead
Ktoś całkiem obcy
Wydawnictwo IUVI
Kraków 2017

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Wydawnictwu IUVI.

Camilla Way "Obserwując Edie"

Kiedyś Edie była dziewczyną, która robiła wokół siebie dużo zamieszania i robiła zamęt w życiu osób, jakie postanowiły mieć z nią do czynienia. Zaprzyjaźniła się z wyobcowaną Heather. Jako młoda dziewczyna miała wiele planów na przyszłość. Jednak życie napisało dla niej inny scenariusz. Teraz ma 33 lata, jest ciężarna i samotna. Pewnego dnia w jej mieszkaniu pojawia się Heather. Dlaczego postanowiła odnowić kontakt po tylu latach? 

Historia została opowiedziana przez dwie bohaterki. Heather zdradza nam co działo się kiedyś. Dzięki Edie poznajemy teraźniejszość. Autorka bardzo dobrze poradziła sobie z przeskokami czasowymi. Nie wprowadziła zamętu, wręcz przeciwnie, dzięki temu zabiegowi historia stała się kompletna. Tajemnice obu kobiet poznajemy stopniowo. Powoli dochodzimy do tego, co stało się w kamieniołomie, gdy bohaterki były nastolatkami.

Obie bohaterki są wyraziste, choć Heather pozostaje nieco w cieniu Edie. Każda z nich borykała się z problemami rodzinnymi i odreagowywała to w inny sposób. Camilla Way pokazuje, jak wygląda dorastanie nastoletnich kobiet mieszkających na prowincji, gdzie nie ma zbyt dużych perspektyw na świetlaną przyszłość. Jej wizja jest przygnębiająca, ale prawdziwa. Takich dziewcząt jak Heather i Edie jest więcej.

Książka trzyma w napięciu do samego końca. Nie wiadomo, jaki ta historia będzie miała finał. Autorka wykonała kawał dobrej roboty, powołując do życia bohaterki. Heather mnie przerażała, nie chciałabym mieć takiej przyjaciółki jak ona. Co do Edie mam bardzo mieszane uczucia. W pewnym sensie trudne dzieciństwo tłumaczyło niektóre jej zachowania, ale od niej na wszelki wypadek również wolałabym się trzymać z daleka.

W tej historii nic nie jest oczywiste i moim zdaniem to jest jej największa zaleta. Kiedy już myślałam, że znam prawdę, okazywało się, że nie mam racji. Takie powieści psychologiczne niezwykle cenię. Ta historia momentami mrozi krew w żyłach. Jeśli szukacie dobrej książki, która zmusi Wasze szare komórki do myślenia - uważam, że znaleźliście coś w sam raz dla siebie. Polecam.

Camilla Way
Obserwując Edie
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Poznań 2017

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Wydawnictwu Zysk i S-ka.

Tom Jones "Na szczyt i z powrotem. Autobiografia"

Toma Jonesa chyba nie muszę nikomu specjalnie przedstawiać. Ja zaczęłam fascynować się jego muzyką w szkole średniej i od tej pory mam do niego sentyment. Chciałam przekonać się, jak wyglądała jego droga na szczyt.

Artysta urodził się w zwykłej rodzinie, nie opływał w luksusach. Dość szybko został ojcem i musiał utrzymać swoją rodzinę. Imał się różnych zajęć. Czasem z pieniędzmi było bardzo ciężko, ale w końcu Tom i jego żona doczekali się własnego domu. Sława przyszła nieco później. Wraz z nią zaczęły się w życiu artysty problemy. Zmieniona na potrzeby PR biografia, imprezy. Woda sodowa nieco uderzyła mu do głowy. Szybko jednak się opamiętał. Miał w końcu rodzinę, która go potrzebowała. Ta książka pokazuje czytelnikom nie tylko znanego na całym świecie artystę, ale także zwykłego człowieka, który nie zawsze w życiu miał wszystko podane na tacy.

Nie chcę Wam streszczać autobiografii Toma Jonesa, nie ma to większego sensu. Możecie sami się z nią zapoznać, jeśli tylko chcecie. Znajdziecie tu sporo anegdot i opowieści ze świata muzyki. Artysta pozwala zajrzeć czytelnikom za jego kulisy. To, co w nim zobaczymy, może czasem zjeżyć włos na głowie. Dlaczego? Przekonajcie się sami.

Książkę czyta się bardzo szybko. Tom Jones wciąga w swoją opowieść. Odczuwałam w trakcie lektury emocje, jakie towarzyszyły mu w poszczególnych etapach jego kariery. Niepewność o los rodziny, euforię po tym, jak jego przeboje docierały na szczyty list przebojów. Opowieść artysty jest szczera. Nie bał się przyznać do swoich grzeszków ani do tego, że na początku był średnio dobrym ojcem dla swojego syna.

Dla starszych ode mnie fanów Toma Jonesa to będzie sentymentalna podróż w czasie. Powrót do młodości. Dla mnie były to przede wszystkim lekcja życia i historii muzyki. Uzupełniło ją kilka zdjęć. Po raz pierwszy miałam okazję by przekonać się, jak artysta wyglądał za młodu, wcześniej nie miałam takiej okazji.

Do tej książki nie sposób podejść bez emocji. Jakie odczucia w Was wywoła? Trudno mi powiedzieć. Mam nadzieję, że historia Toma Jonesa przypadnie Wam do gustu. Jeśli znacie i lubicie jego utwory, warto zapoznać się z tą publikacją. Dzięki niej poznacie zwykłego chłopaka z Walii, który zrobił światową karierę i mimo paru wyskoków wciąż pozostał sobą.

Tom Jones
Na szczyt i z powrotem. Autobiografia
Wydawnictwo Sine Qua Non
Kraków 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Wydawnictwu Sine Qua Non.

Jacky Fleming "Kłopoty z kobietami"

źródło:lubimyczytac.pl
Jestem kobietą, więc mam mały mózg, słabe ręce i skłonność do histerii. Moim obowiązkiem powinno być siedzenie w domu, najlepiej cicho, i usługiwanie mężowi. Nie zostałam stworzona do czynienia wielkich rzeczy.  Już sam Karol Darwin zauważył, że na kartach historii dominują przede wszystkim wybitni mężczyźni. Wielki filozof Artur Schopenhauer ogłosił, że kobieta nigdy nie stworzy żadnego oryginalnego dzieła, ponieważ nie posiada „uwłosienia geniusza” (to chyba nie widział mnie o poranku). Jan Jakub Rousseau uważał natomiast, że kobiety powinny oddawać się wyłącznie temu, co dla nich naturalne – zadowalaniu innych. Wszystko, co wiemy o kobietach, powiedzieli mężczyźni. Przez wieki filozofowie i naukowcy (rzecz jasna płci męskiej!) prześcigali się w dziwacznych teoriach o ich naturze. Spychali je na margines, twierdząc, że to nieszkodliwe, choć kłopotliwe istoty. Jacky Fleming swoimi rysunkami w przewrotny i błyskotliwy sposób raz jeszcze opowiada nam tę historię. Przestrzega, że nie zawsze powinniśmy wierzyć we wszystko, co wpajają nam wielkie autorytety. 

Kompletnie nie wiedziałam, czego mogę spodziewać się po tej publikacji. Podeszłam do niej z bardzo dużym dystansem. Gdybym brała na serio wszystko to, co zostało tu napisane, dość szybko rzuciłabym książkę w kąt, zastanawiając się, jak ktoś mógł coś takiego wydać.

Kłopot z kobietami czyta się błyskawicznie. I z uśmiechem na ustach, pod warunkiem, że ma się dystans do siebie i tego, co jest zawarte w książce. Ponurakom odradzam lekturę. Tylko niepotrzebnie napsują sobie krwi. Książka ocieka więc ironią i w zabawny sposób pokazuje, dlaczego kobiety nie mogą odnieść w życiu sukcesu. Każda strona jest ozdobiona odpowiadającym treści rysunkiem. To wszystko uwypukla problemy związane z niesprawiedliwym traktowaniem kobiet. Z założenia jesteśmy gorsze od mężczyzn. Trudno, żeby było inaczej, skoro mamy tak malutkie móżdżki.

Przepraszam sąsiadów, którzy wysłuchiwali mojego rechotu, gdy czytałam o tym, dlaczego kobiety nie są mile widziane podczas spotkań, w jakich uczestniczą głównie mężczyźni. Płakałam, gdy czytałam o gorsetach i uprawianiu sportu. Takich ćwiczeń mięśni brzucha już dawno nie miałam.

To niemalże obowiązkowa lektura dla wszystkich kobiet. Oczywiście nie zabraniam sięgnięcia po nią również mężczyznom. Jeśli szukacie czegoś lekkiego do poczytania, czegoś, co oderwie Was chociaż na chwilę od szarej rzeczywistości - myślę, że możecie sięgnąć po tę książkę. Jest króciutka, a potrafi sprawić wiele radości.

Jacky Fleming
Kłopoty z kobietami
Wydawnictwo Znak
Kraków 2017

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Wydawnictwu Znak. 

Poniedziałki ze zbrodnią w tle: #83 Peter Swanson "Każdy jej strach"

Kate postanawia na pół roku przeprowadzić się z Londynu do Bostonu. Zamienia się na mieszkania z kuzynem. Chce ukończyć w Stanach kurs grafiki komputerowej i ostatecznie przepracować przeżytą traumę, którą zaserwował jej były narzeczony. Kobieta od dzieciństwa zmaga się z atakami paniki, a to co stało się przez George'a, na pewno nie pomaga jej się z nimi uporać. Tymczasem w Bostonie dowiaduje się, że zamordowano sąsiadkę zza ściany, piękną Audrey. Policja wypytuje Kate o kuzyna, który podobno miał romans z zamordowaną, w jego mieszkaniu dzieją się zaś dziwne rzeczy. Kate, skołowana po zmianie strefy czasowej, nieustannie senna, nie ma komu zaufać – w obcym mieście nikogo nie zna, ekscentryczni lokatorzy budzą jej strach, kuzyn Corbin zapadł się pod ziemię. Czy Kate grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, czy tylko je sobie wyobraża?
Książka zaczyna się dość niewinnie. Akcja rozkręca się powoli i nic nie wskazuje na to, że za jakiś czas dojdzie do wybuchu. Kate przyjeżdża do Ameryki, by tu poukładać sobie w głowie pewne sprawy. Postanowiła wykorzystać szansę, jaką dała jej możliwość zamiany mieszkań. Nie jest jej łatwo zaaklimatyzować się w nowym miejscu. Tym bardziej, że nikogo nie zna i nie wie, komu może zaufać. Corbin wydaję się lepiej przystosowany do zmiany, choć i jemu nie jest łatwo.

Historia została przedstawiona z perspektyw różnych bohaterów, dzięki czemu jest kompletna. Poszczególne fragmenty układanki są do siebie dopasowywane stopniowo. Nie od razu o wszystkim się dowiadujemy. Autorowi udało się zbudować gęstą i napiętą atmosferę. Morderca ujawnia się dość szybko, ale jest nieprzewidywalny. Nie wiadomo, pod kogo podszyje się tym razem. Jest jak kameleon. Zmienia tożsamość, gdy stara przestaje mu odpowiadać.

Bohaterowie są dobrze wykreowani. Czułam strach Kate i nie chciałabym znaleźć się na jej miejscu. Była sama w obcym mieście. Na dodatek jej kuzynem zaczyna się interesować policja. Co gorsza, kuzynka niewiele o nim wie. Ta dwójka nigdy się ze sobą nie widziała. Corbin jest tajemniczy. Skrywa wiele tajemnic. Im więcej o nim wiedziałam, tym większy niepokój we mnie budził. 

Każdy jej strach nie pozwolił mi spokojnie zasnąć. Ta historia jest bardzo wiarygodna i świadomość, że takie rzeczy faktycznie mogą mieć miejsce, sprawiła, że w trakcie lektury miałam na całym ciele gęsią skórkę. Takiej książki potrzebowałam. Jeśli szukacie dobrego thrillera, który utrzyma Was w napięciu, myślę, że możecie zapoznać się z powieścią Petera Swansona. Mam nadzieję, że nie będziecie nią rozczarowani. 

Peter Swanson
Każdy jej strach
Wydawnictwo Marginesy
Warszawa 2017

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Wydawnictwu Marginesy.

Elżbieta Rodzeń "Zimowa miłość"

O tym, że świat jest mały, mogłam się już wielokrotnie przekonać. Poniekąd wierzę też w przeznaczenie. Co ma się wydarzyć i tak się stanie, a my nie mamy na to większego wpływu.

Anna i Michał poznali się na pierwszym roku medycyny. Wydawało się, że są idealną parą. Jednak ich drogi rozeszły się na ładnych parę lat. Każde z nich poszło w swoją stronę, by spotkać się ponownie na konferencji. Anna jest dyrektorem kliniki chirurgii plastycznej, Michał pracuje w szpitalu dziecięcym. Pewne okoliczności sprawiają, że tych dwoje spędza ze sobą kilka dni. Jak to spotkanie wpłynie na ich relacje? Czy sprawdzi się powiedzenie, że stara miłość nie rdzewieje.

Rzadko sięgam po tego typu literaturę. Nigdy wcześniej nie miałam styczności z autorką i nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać po książce. Miałam mieszane uczucia. Nieco obawiałam się tego, że dość szybko polegnę, czytając o miłości. Elżbieta Rodzeń mnie jednak bardzo pozytywnie zaskoczyła. Jej powieść wciągnęła mnie od samego początku i nie umiałam się od niej oderwać.

Wykreowani przez autorkę bohaterowie są prawdziwi. Czujemy ich emocje. O tym, co działo się w ich życiu, jakie ukrywają tajemnice, dowiadujemy się stopniowo. Anna przez dość długi czas była dla mnie zagadką. Nie rozumiałam motywów jej działania. Byłam na nią nawet trochę zła za to, co zrobiła podczas studiów, ale w końcu zrozumiałam dlaczego zachowała się tak, a nie inaczej. Michał nieco przypomina mi mojego męża, też Michała. Na początku myślałam, że będzie do bólu idealny. Jednak wcale taki nie był i to mi się w nim spodobało.

Podejrzewam, że takich historii jak ta jest wiele. Nie chcę zdradzić zbyt dużo, ale autorka pokazuje, do czego może doprowadzić decyzja, która niby ma ochronić drugą osobę przed cierpieniem. Patrząc na tych dwoje, zastanawiałam się, kto właściwie chciał kogoś przed czymś uchronić,

Akcja powieści nie dzieje się co prawda w zawrotnym tempie, ale ja nie widzę w tym nic złego. Wręcz przeciwnie. Stopniowe odkrywanie wszystkich kart pozwoliło mi wczuć się w klimat powieści. Ta historia na długo pozostanie w mojej pamięci.

Nie jestem pewna, czy nastoletnie czytelniczki będą w stanie znaleźć tu coś dla siebie. Mogą nie wczuć się w sytuację bohaterki, która jest od nich starsza i ma inne doświadczenia życiowe. Za to dojrzałe czytelniczki powinny odnaleźć się w tym świecie. Nie jest idealny, tutaj nie ma koloryzowania rzeczywistości i tkliwego padania sobie w ramiona. Całość naprawdę robi wrażenie. Polecam.

Elżbieta Rodzeń
Zimowa miłość
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Poznań 2017

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Wydawnictwu Zysk i S-ka.

Rosemary Sulivan "Córka Stalina"

"Jesteś córką Stalina. Jesteś więc martwa za życia. Twoje życie dobiegło już końca. Nie żyjesz własnym życiem ani żadnym innym. Istniejesz tylko jako dodatek do pewnego nazwiska."
Swietłana Alliłujewa
Swietłana, ukochana córka Stalina wychowywała się w złotej klatce. Traktowano ją jak księżniczkę, lecz jej życie było naznaczone piętnem tragedii. Miała zaledwie 6 lat, gdy jej matka popełniła samobójstwo, nie mogąc już wytrzymać ze swoim mężem. Osierociła dwoje dzieci. Bohaterkę tej opowieści i jej starszego brata. Swietłana była osaczona przez ojca i totalitarny system. Musiała podporządkować im swoje życie. Jej ukochany trafił do gułagu, a ci, których kochała najbardziej, znikali w dziwnych okolicznościach. Swietłana nie chciała od życia wiele - pragnęła tylko tego, by ktoś ją pokochał. Długo jednak musiała czekać na to, by nadszedł wreszcie dzień, w którym uwolni się z klatki. Przekonajcie się, do czego była zdolna, żeby uwolnić się od ojca i jego systemu.

Na temat Swietłany wiedziałam niewiele. Była dla mnie, jak sama powiedziała, dodatkiem do pewnego nazwiska. Chciałam przekonać się, jak wyglądało jej życie, dlatego sięgnęłam po książkę Rosemary Sullivan. Autorka bardzo rzetelnie przygotowała się do napisania tej historii. To opowieść nie tylko o córce Stalina, ale także o osobach, które były jej bliskie. Kobieta miała pecha, że urodziła się w takiej, a nie innej rodzinie. Pokutowała za decyzje ojca, tracąc po kolei wszystkich, których kochała najbardziej. Mimo wszystko nie poddała się i postanowiła walczyć o swoją wolność. Nie przypuszczała jednak jak dużą cenę przyjdzie jej za to zapłacić.

Za sprawą Rosemary Sullivan wczułam się w sytuację Swietłany. Czułam jej strach i niepewność o jutro. Książka trzymała mnie w napięciu i do końca nie byłam pewna tego, co się wydarzy. Autorka doskonale oddała klimat świata, w którym przyszło żyć córce Stalina. Jej opowieść wciągnęła mnie od samego początku i choć pojawia się tu dużo nazwisk, nie czułam się zagubiona. Wszystko było przemyślane i przekazane w bardzo prosty sposób. Widać, że Rosemary Sullivan spędziła sporo czasu na tym, by zdobyć materiały do książki. Dzięki temu biografia Swietłany jest kompletna. Wzrusza i nie pozwala przejść obok siebie obojętnie.

Jeśli chcecie przekonać się, jak wyglądało życie na Kremlu za czasów Stalina i chcecie poznać jego córkę, sięgnijcie po tę książkę. Mam nadzieję, że nie będziecie nią rozczarowani.

Rosemary Sullivan
Córka Stalina
Wydawnictwo Znak
Kraków 2017

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Wydawnictwu Znak.

Czytelnia po godzinach: #5 Legend of Labyrinth

Legends of Labyrinth to gra karciana osadzona w świecie Labyrinth, w której udział może wziąć 2-4 graczy. Celem gry jest powołanie drużyn Bohaterów. Gracz musi wykorzystywać zdolności Bohaterów i drużyn najlepiej jak potrafi. W trakcie rozgrywki rywalizuje się między sobą. Władzę zdobywa się za pomocą kart. Wygrywa ta osoba, która jako pierwsza uzbiera trzy czteroosobowe drużyny. Jeśli uważacie, że to proste zadanie, muszę Was rozczarować. Wcale tak nie jest. Gracz, który ma na ręce wredną kartę, może zniszczyć wysłaną już przez przeciwnika drużynę. Najlepiej, jeśli w grze udział weźmie więcej graczy, wtedy nie utrudnia się życia tylko jednej osobie. 

Kiedy otrzymałam grę i otworzyłam pudełko, doszłam do wniosku, że mogłoby być ono dwa razy mniejsze. Jego wielkość nie jest wprost proporcjonalna do zawartości. Moim zdaniem ona się w nim gubi. Co znajdziemy w środku? 55 kart działań, 46 kart bohaterów, 9 kart drużyn oraz kolorowe znaczniki graczy, którymi oznacza się wysłane do boju skompletowane drużyny. Ile czasu zajmuje gra? Trudno to jednoznacznie określić. To zależy od dociągu kart. W naszym przypadku to było maksymalnie 40 minut.

Zaczynamy grę z dwoma kartami akcji na ręce i trzema oznaczeniami gracza. Jak już wspomniałam, wygrywa ten gracz, który jako pierwszy uzbiera 3 drużyny. Muszą się składać z 4 takich samych zwykłych lub legendarnych bohaterów. Co gracz może zrobić w trakcie rozgrywki?

- dobrać kartę działań (jeśli ma ich na ręce więcej niż 7, musi wyrzucić dodatkowe)
- użyć zdolności skompletowanych drużyn, jeżeli ma takowe na stanie
- użyć zdolności bohaterów legendarnych (zwykli ich nie posiadają)
- użyć jedną akcję

Jako akcję rozumie się powołanie drużyny lub użycie karty z ręki. Kiedy chcemy ją zagrać, należy położyć ją na stole i przeczytać na głos to, co jest na niej napisane. Dlaczego? Ano dlatego, że Wasz przeciwnik może anulować jej działanie. To jest strasznie irytujące. Zwłaszcza wtedy, gdy ktoś ma nad tobą zdecydowaną przewagę, a ty się cieszysz, że w końcu coś ci doszło na rękę. Jeśli wysyłamy gotową drużynę do boju, wykładamy 4 takie same karty i znacznikiem oznaczamy ją na karcie drużyny. Następnie bohaterów tasuje się z pozostałymi. I tak dzieje się aż wszystkie znaczniki jednego gracza zostaną wykorzystane.

Przyznam szczerze, że mnie ta gra nie przypadła do gustu. Miałam dość ograniczone pole działania, jeśli nie miałam dobrych kart na ręce. Albo jak już mi coś doszło, to przeciwnik mnie blokował. Od razu mówię, że gra tylko na 2 osoby może skończyć się poważną awanturą, dlatego najlepiej zebrać większą liczbę graczy.

Moim zdaniem gra praktycznie nie ma żadnego klimatu. Zbiera się karty, trzeba mieć odpowiednią sekwencję i tyle. Jak w remiku. Przy czym zdecydowanie bardziej wolę grać w remika. Nie można mieć żadnej strategii, wszystko zależy od dociągu kart i poziomu wredoty przeciwnika i jego szczęścia w dobieraniu kart. Do tej gry bardzo łatwo można się zniechęcić. Wszystko w zasadzie żyje własnym życiem i jeśli nie mamy nic dobrego na ręce - jest pozamiatane. Jak dla mnie gra jest niedopracowana, a po paru rozgrywkach po prostu się nudzi. Wiemy już, jakie są karty i co można z nimi zrobić, drużyny się powtarzają. Jestem rozczarowana tą grą i nie wiem, czy uda mi się kiedykolwiek do niej przekonać.

Liczba graczy: 2-4
Wiek: od 12 lat
Czas gry: od 20 do 40 minut
Losowość w skali 1-10: 10
Złożoność w skali 1-10: 2
Interakcja w skali 1-10: 7
Końcowa ocena gry: 5

Dorota Schrammek "Dom, którego nie było"

Karolina, Katarzyna, Łucja i Daria to bohaterki najnowszej powieści Doroty Schrammek. Kobiety dzieli wiele: wiek, stan cywilny, status społeczny, ale łączy jedno - trudne relacje z matką. Karolina była nauczona bezwzględnego posłuszeństwa i przyjmowania ze spokojem upokorzenia, jakie serwowała jej rodzina. Katarzyna wystąpiła z zakonu. Łucja była wychowywana na arystokratkę, zaś Daria była niechcianym dzieckiem. Kobiety spotkały się na terapii, która wywróciła ich życie do góry nogami.

Wpływ na nasze decyzje ma wiele czynników. W przypadku tych kobiet na ich dorosłym życiu piętno odcisnęły trudne relacje z matkami. Jedne z nich poszły ich śladem, inne postanowiły zrobić wszystko, by nie popełnić takich samych błędów. To moje kolejne spotkanie z tą autorką i dziękuję jej za to, że mnie nie zawiodła. Dom, którego nie było wciągnął mnie już od pierwszych stron i chciałam poznać historie bohaterek. Byłam ciekawa tego, na ile przeżycia z dzieciństwa wpłyną na ich dorosłe życie.

Nie wiem, z którą z bohaterek zżyłam się najbardziej. Z żadną nie mam zbyt wiele wspólnego. Było mi żal Karoliny. Miała koszmarne dzieciństwo i nie umiała uwolnić się od żerującej na niej rodziny. Z pokorą znosiła kolejne upokorzenia, tłumacząc sobie, że tak ma być. Nie pochwalałam za to jej czynów w dorosłym życiu. Starała się być idealną matką. Nie powiedziałabym, że wyszło jej to na dobre. Dorota Schrammek próbuje przekonać kobiety, że nie mogą wykluczać ojców z wychowywania dzieci. Fakt, na początku mogą być zdezorientowani, gdy zostaną z nimi sam na sam, ale w końcu nauczą się, jak się z nimi obchodzić. Głowy im raczej nie urwą. Kobieta, która zostaje matką nie może zapomnieć o tym, że nadal jest przede wszystkim kobietą i potrzebuje mieć czas nie tylko na obowiązki, ale również na przyjemności. 

Świat przedstawiony przez autorkę nie jest idealny. Nie każda matka odlicza dni do porodu dziecka i cieszy się na jego przybycie. Są też takie, które kompletnie nie odnajdują się w nowej roli i nie potrafią zająć się dzieckiem. Postanawiają uciec od niego najdalej jak się da, zrzucając opiekę nad nim na barki kogoś innego. Dorota Schrammek nie ocenia takich matek. Nie ciska gromami i nie mówi, że trzeba je spalić na stosie. Wręcz przeciwnie. Chce, byśmy postarali się je zrozumieć.

Czy w tej książce było coś, co mnie irytowało? Tak. Drażniło mnie nieustanne zdrabnianie imion dzieci. Ta słodycz mnie nieco zemdliła, nie jestem fanką zdrobnień, ale to już moje zboczenie. Poza tym nie znalazłam nic, do czego mogłabym się doczepić. No dobra, może książka była za krótka i chciałabym spędzić z bohaterkami więcej czasu.

To historia, która pokazuje, jak duży wpływ na to, kim się staniemy, mają nasi rodzice. Myślę, że powinna ją przeczytać każda kobieta, która chce zostać matką. Mam nadzieję, że lektura będzie dla Was tak dobrą lekcją życia jak dla mnie. Na pewno prędko nie zapomnę tej historii i jeszcze kiedyś do niej powrócę. Nie mam pojęcia, czy Dom, którego nie było przypadnie do gustu panom i czy znajdą coś dla siebie. Oczywiście nie odradzam im sięgania po książkę, ale też nie będę ich specjalnie namawiać. Niech sami zadecydują, czy chcą poznać bohaterki.

Dorota Schrammek
Dom, którego nie było
Wydawnictwo Szara Godzina
Katowice 2017

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Portalowi Sztukater oraz Wydawnictwu Szara Godzina.

Amy Harmon "Making faces"

Amy Harmon oczarowała mnie cyklem Prawo Mojżesza, o którym pisałam w zeszłym roku na moim blogu. Czas, bym zapoznała Was z jej kolejną książką.

Ambrose Young jest błyskotliwym i śmiałym młody zapaśnik ze sporymi szansami na sportową karierę. Nie zwraca większej uwagi na Fern Taylor, licealnej szarej myszki. Chłopak nie zauważył, że dziewczyna obdarzyła go uczuciem. Ich wspólna historia mogłaby nigdy nie powstać, gdyby pewnego dnia nie wybuchła wojna. Ambrose oraz czterech jego przyjaciół wyruszyli do Iraku. Z frontu wrócił tylko on, reszta zginęła. Mężczyzna został jednak ciężko ranny. Stracił nadzieję, ale nie Fern. Jej uczucie do niego wciąż trwało, choć już wkrótce okazało się, że miłość do mężczyzny ze złamaną duszą nie jest prosta. Ta książka to historia małego miasteczka, piątki przyjaciół i opowieść o wojnie, z której wrócił tylko jeden. To piękna bajka o miłości jak z kart romansów, o zwykłej dziewczynie, która pokochała zranionego wojownika. Tej historii nie można było piękniej napisać. Czy masz odwagę spojrzeć w utraconą twarz?

Czytając opis książki, zaczęłam obawiać się tego, że tym razem historia autorstwa Amy Harmon nie przypadnie mi do gustu. Od romansów raczej uciekam w podskokach. Na początku faktycznie było ciężko i bałam się, że nie uda mi się wczuć w klimat powieści. Na szczęście dość szybko się w nią wkręciłam.

Całym sercem pokochałam Baileya, który cierpiał na dystrofię mięśniową. Choć wiedział, że jego dni są policzone i choroba nadal będzie postępowała, cieszył się tym, co miał. Dawał innym nadzieję na lepsze jutro. Był najbardziej pozytywnym bohaterem. Jeśli chodzi o Fern, musiałam dać jej trochę czasu, byśmy się polubiły. Najbardziej mieszane uczucia miałam do Ambrose'a. Zdecydowanie bardziej przemówił do mnie po powrocie z frontu niż przed tym, jak na niego wyruszył.

Ta książka jest niezwykła. Pokazuje, jak niesprawiedliwe potrafi być życie. To nie jest wyidealizowana opowieść. Każdy z bohaterów ma swoje wady i zalety. Making faces na długo pozostanie w mojej pamięci. Będę z niecierpliwością czekać na kolejną powieść autorki. Jeśli szukacie czegoś dobrego do czytania, polecam tę książkę.

Amy Harmon
Making faces
Wydawnictwo Helion
Gliwice 2017

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Wydawnictwu Helion.

Leszek Biały "Czarny huzar"

Misjonarze z Institutum Judaicum et Muhammedicum w Halle wyruszają do Polski, by nawrócić na protestantyzm głośnego żydowskiego mistyka i herezjarchy z Podola, Jakuba Lejbowicza Franka. Akcja powieści, opartej w dużej mierze na faktach historycznych, obejmuje polski okres działalności samozwańczego proroka i rozgrywa się w realiach XVIII-wiecznej, chylącej się ku upadkowi Rzeczypospolitej, rozszarpywanej przez bezwzględną walkę stronnictw politycznych i intrygi ościennych mocarstw dążących do jej rozbioru. Jakie konsekwencje miała ich wyprawa? Na to pytanie odpowie Wam lektura tej książki.

Nie miałam wobec Czarnego huzara zbyt dużych oczekiwań. Niemniej jednak byłam ciekawa, w jaki sposób autor przedstawi XVIII-wieczną Rzeczpospolitą. Widać, że Leszek Biały sumiennie przygotował się do swojego zadania. Jego historia ocieka krwią i wymaga od czytelnika pełnego zaangażowania. Sporo się dzieje, przewija się tu wiele wątków i łatwo jest się zdekoncentrować. Nie żałuję jednak tego, że sięgnęłam po tę lekturę. Jest tu sporo odwołań historycznych, a wszystko okraszono wartką akcją. Autor doskonale odwzorował czasy, w których mają miejsce opisywane przez niego wydarzenia. Wszystko jest dopracowane w najdrobniejszym szczególe, choć nieco obawiałam się tego, że pisarz może nie udźwignąć zadania, jakie wziął na swoje barki.

Leszek Biały ma bardzo lekkie pióro. Oczyma wyobraźni widziałam to, co mówił. Stworzył niezwykłą opowieść, do której chętnie kiedyś powrócę, choć jest ona dość obszerna. To książka, której warto poświęcić uwagę, choć podejrzewam, że czytelnicy, którzy nie interesują się tym okresem w dziejach historii, raczej nie będą nią zainteresowani.

Nie powinniście narzekać na nudę. Tutaj nie można przewidzieć niczego. Polityczna walka i intrygi utrzymają Was w napięciu niemalże do samego końca. Poznacie bohaterów z krwi i kości, o których prędko nie zapomnicie. Myślę, że to będzie gratka przede wszystkim dla osób interesujących się kwestią żydowską w Polsce na przestrzeni wieków. 

Leszek Biały
Czarny huzar
Wydawnictwo Novae Res
Gdynia 2017

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego
dziękuję Wydawnictwu Novae Res.

Poniedziałki ze zbrodnią w tle: #82 Przepremierowo! Joseph Knox "Syreny"

Witajcie w świecie narkotyków, alkoholu i mafii. W pubach i knajpach Manchesteru syreny sprzedają bilety do piekła - heroinę i ecstasy. W łaski syren musi wkupić się młody detektyw Aidan Waits, skompromitowany policjant, który nie może uwolnić się od błędów przeszłości. Aby nie stracić odznaki, zostaje wtyczką narkotykowych dealerów.

Sprawy mocno się komplikują, gdy Waits ma odnaleźć córkę ważnego polityka skrywającą się wśród syren. Klucząc w świecie skorumpowanych policjantów, pięknych kobiet i bezwzględnej mafii, odkrywa prawdę, którą niekoniecznie chciał poznać.

Ta książka to literacki debiut autora. Życzyłabym sobie i Wam wszystkim, żeby wszystkie debiuty takie były. Joseph Knox napisał odważną powieść, po której 8 nie będzie już kojarzyło się Wam wyłącznie z liczbą. Udało mu się stworzyć coś oryginalnego. Nie potrafię przypomnieć sobie książki podobnej do Syren.

Dzieje się sporo i na pewno nie będziecie narzekać na nudę. Akcja nie zwalnia nawet na moment i czytelnik nie jest w stanie przewidzieć tego, co się za moment wydarzy. Każda scena jest dokładnie przemyślana, nie ma tu przypadkowych opisów czy dialogów. Wszystko ma znaczenie. Czytałam książkę, siedząc napięta jak struna. Nie wiedziałam, czym autor mnie zaskoczy.

John Knox solidnie podszedł do swojego zadania. Jego mafijny światek ma swój klimat i budzi niepokój. Nikogo nie dziwią nastoletnie panie do towarzystwa czy ogólnodostępne narkotyki. Swoje robi także pierwszoosobowa narracja. Aidan Waits, choć lata świetności ma już za sobą, podbił moje serce. Brakowało mi takiego bohatera jak on. Miał swoje demony z przeszłości, ale również i niezwykłą osobowość. Win i Myron z powieści Cobena mogą czuć się zagrożeni. Aidan robi im konkurencję.

Książka jest pełna tajemnic. Ich rozwiązanie wcale nie jest takie oczywiste. Syreny to uczta dla wielbicieli krwistych i pełnych akcji thrillerów. Nie powinniście czuć się rozczarowani tą lekturą.

Premiera książki odbędzie się 15 marca 2017 roku!

Joseph Knox
Syreny
Wydawnictwo Otwarte
Kraków 2017

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Wydawnictwu Otwartemu.

Premiera "Syren" już niebawem!

W zarządzanych przez mafię pubach i knajpach Manchesteru syreny sprzedają bilety do piekła - heroinę i ecstasy. Żyjąc na krawędzi, skutecznie skrywają swoje sekrety. W łaski syren musi wkupić się młody detektyw Aidan Waits, skompromitowany policjant, który nie może uwolnić się od błędów przeszłości. Aby nie stracić odznaki, zostaje wtyczką narkotykowych dealerów.

Sprawy mocno się komplikują, gdy Waits ma odnaleźć córkę ważnego polityka skrywającą się wśród syren. Klucząc w świecie skorumpowanych policjantów, pięknych kobiet i bezwzględnej mafii, odkrywa prawdę, którą niekoniecznie chciał poznać.

W taki sposób Wydawnictwo Otwarte opisuje powieść Syreny, której premiera jest zapowiedziana na 15 marca 2017 roku. Recenzja ukaże się już dziś. Zapraszam :)

Mary Shelley "Frankenstein"

Przez całe studia filologiczne powtarzałam sobie, że przeczytam Frankensteina i Draculę. Z tym drugim mi się udało. Z pierwszym nie wyszło aż do teraz. Gdy Wydawnictwo Vesper zaproponowało mi lekturę, nie zastanawiałam się zbyt długo. Wiedziałam, że kolejna szansa na przeczytanie tego klasyku literatury nie trafi się prędko. Pozwólcie, że przeniesiemy się nieco w czasie.

Mamy rok 1816 - słynny "rok bez lata". Wiktora Frankensteina chyba niespecjalnie muszę Wam przedstawiać. To człowiek, który odkrył naturę pierwiastka życia. Nie zważając na konsekwencje, postanowił tchnąć go w istotę stworzoną na podobieństwo człowieka. To, co dzieje się później, przechodzi jego oczekiwania. Najgorsze koszmary stają się rzeczywistością.

To bardzo dobrze napisane studium ludzkiej natury. Pragnień, obaw, radości i smutków. W trakcie lektury niejednokrotnie zastanawiałam się, kto właściwie jest potworem. Podejrzewam, że każdy czytelnik w inny sposób zinterpretuje opowieść Mary Shelley. Autorka miała zaledwie 19 lat, gdy napisała tę książkę, która do dziś pobudza fantazję m.in. reżyserów filmowych. Wersja, jaką ja przeczytałam, jest pierwotna, bez późniejszych poprawek, dlatego cieszę się, że nie zabrałam się wcześniej za lekturę.

Ta historia ma już swoje lata, ale nadal jest ponadczasowa i niewiele straciła na aktualności. Nadal budzi grozę i podziw. Mary Shelley była mistrzynią słowa pisanego. Oczarowała mnie od pierwszych stron.

Na końcu wyrażę słowa uznania dla wydawcy. Wykonał kawał dobrej roboty, przygotowując tę powieść do druku. Ma twardą oprawę i uzupełniają ją ilustracje, które podkręcają atmosferę. Jestem oczarowana tą powieścią i chętnie kiedyś do niej wrócę. Polecam wszystkim fanom dobrych powieści grozy.

Mary Shelley
Frankenstein
Wydawnictwo Vesper
Czerwonak 2017

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego
dziękuję Wydawnictwu Vesper.

Lucyna Klimczak "Co-dziennik"

Nie wiem jak jest z Wami, ale mnie dopada chyba wiosenne przesilenie. Mam totalną niechęć do robienia czegokolwiek. Dlatego szukam książek, które pomogą mi jakoś zmotywować się do działania i nadadzą nieco kolorów mojej szarej rzeczywistości. Pozwólcie, że opowiem Wam dziś o Co-dzienniku.

Żyjemy w ciągłym biegu. Niewiele mamy czasu na to, by usiąść spokojnie i zastanowić się nad sobą, nad tym, co tak naprawdę jest dla nas ważne. Lucyna Klimczak, autorka tej publikacji chce nam w tym pomóc. Znajdziemy tu 365 zadań na każdy dzień roku. Możemy je robić po kolei albo na wyrywki. Jeśli któreś z nich nie przypadnie nam do gustu, możemy spokojnie przejść dalej.

Znajdziemy tu dużo na pozór prostych pytań, jednak udzielenie na nie odpowiedzi okazuje się czasem bardziej skomplikowane, niż mogłoby się nam wydawać. Pomyślcie, co napisalibyście przy takim zadaniu: "Stań przed lustrem. Kogo widzisz?". Mnie odpowiedź na to pytanie przyszła z trudem.

Nie spodziewałam się, że książka będzie wymagała ode mnie takiego emocjonalnego zaangażowania. Bywało, że gdy zastanawiałam się nad pewnymi odpowiedziami, polały się łzy. Chyba potrzebowałam takiego lustra, w którym zobaczę, co nie gra i zastanowię się jak to naprawić. Cieszę się, że książka wpadła w moje ręce.

Nie będę streszczać zadań, mija się to z celem. Jeśli chcecie, sami przekonajcie się, co zaserwuje Wam autorka. Mam nadzieję, że nie będziecie rozczarowani tą publikacją. Mnie nieco podniosła na duchu i pozwoliła się na chwilę zatrzymać. Tego mi było trzeba.

Lucyna Klimczak
Co-dziennik
Wydawnictwo Helion
Gliwice 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Wydawnictwu Helion.

Wyniki konkursu z okazji Dnia Kobiet

Kochani, przepraszam najmocniej, że wczoraj nie było wyników. Wróciłam bardzo późno z delegacji i nie miałam siły odpalić komputera. Ja już nam szczęśliwą zdobywczynię nagrody. Czas, byście i Wy ją poznali :)

Pozwoliłam sobie przydzielić Wam numerki. Ważnych zgłoszeń było 13.
  1. Gabriela
  2. Kinga
  3. Wiktoria
  4. Magdalena
  5. Katarzyna
  6. Justyna
  7. Agnieszka
  8. Beata
  9. Anna
  10. Małgorzata
  11. Agnieszka H.
  12. Sabina
  13. Edyta
Z racji faktu, że w regulaminie było napisane, że to konkurs, w którym mogą wziąć wyłącznie kobiety, zgłoszenie Janusza nie zostało wzięte pod uwagę.

Anhusz wędruje do...

... Sabiny :) serdecznie gratuluję, wyczekuj maila ode mnie. Mam nadzieję, że Dzień Kobiet spędzisz już z książką :)

Rafał Urbanelis "Poza trasą"

Żródło: lubimyczytac.pl
Pozwólcie, że opowiem Wam o książce pisanej z pasją o pasji. Na narciarstwie znam się niespecjalnie. Gdybyście przypięli mi do nóg barty i popchnęli mnie na stoku, zjechałabym z niego, machając nieporadnie rękami (właśnie sobie to wyobraziłam i nie potrafię przestać się śmiać...). Dlaczego więc zdecydowałam się na lekturę książki o narciarstwie? Z bardzo prostego powodu. Podziwiam ludzi z pasją i chciałam poznać ich historie.

Bohaterowie tej publikacji są pasjonatami narciarstwa. Oddawanie się pasji wymaga od nich nieustannego pokonywania własnych lęków. Zdają sobie sprawę z tego, że w ekstremalnych warunkach mogą liczyć wyłącznie na siebie. W trakcie lektury w mojej głowie nieustannie mieszały się strach i podziw. Ja nigdy nie zdecydowałabym się na tego typu przygody. Jest mi wygodnie w moim fotelu w ciepłym mieszkanku.

To opowieść nie tylko o górach i ludziach, którym przyszło się z nimi zmierzyć. To także praktyczny poradnik dla pasjonatów, którzy z narciarstwem mają wspólnego więcej niż ja. Wiedzielibyście, jak zachować się podczas lawiny? Albo co zrobić, gdyby na Waszej drodze stanął niedźwiedź? Macie na nogach narty, więc za daleko nie uciekniecie. Krzyk też w niczym nie pomoże. Jak zachować się w takich sytuacjach? Przekonajcie się sami.

Historie opowiedziane przez Rafała Urbanelisa są pełne pasji i emocji. Czytając o Robie, żołnierzu, który z niejednego pieca jadł chleb, miałam łzy w oczach. Życie nie głaskało go po głowie. Narty to jedyne, co mu w nim zostało. Dlaczego? Na to pytanie odpowie Wam lektura książki.

Książkę uzupełnia cała masa zdjęć. Nie tylko gór. Zobaczycie na nich również potrawy, które można zjeść w różnych zakątkach świata. Rafał Urbanelis opowiada o pasji z pasją. Czytając jego publikację, miałam ochotę założyć na nogi narty i szusować po stoku. Ten człowiek udowadnia, że nie trzeba mieć złotych gór w banku, by spełniać swoje marzenia. Wystarczy uparcie dążyć do celu i polować na okazję. Znajdujący się na końcu suplement na pewno ułatwi wybór docelowego miejsca podróży osobom, które chcą wybrać się na narty nieco dalej niż do Zakopanego.

Polecam pasjonatom narciarstwa. Mam nadzieję, że nie będziecie rozczarowani.

Rafał Urbanelis
Poza trasą
Wydawnictwo Sine Qua Non
Kraków 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję
Wydawnictwu Sine Qua Non.
Czytelnia mola książkowego © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka