Przedpremierowo! Jon Wiederhorn, Scott Ian "I'm the Man. Autobiografia tego gościa z Anthrax"

Metallica, Megadeth, Slayer i Anthrax - wielka czwórka trash metalu. Wielbicielom tego typu muzyki nie muszę przedstawiać tych zespołów. Dziś chcę opowiedzieć Wam historię o członku jednego z nich - Scotcie "NOT" Ianie.

Dzieciństwo muzyka nie należało do najłatwiejszych. Rodzice za wcześnie pobrali się i nie dojrzeli do małżeństwa, o wychowaniu dzieci już nie mówiąc. Scott był mały, gdy jego rodzice się rozwiedli. W książce wspominał swoje trudne przejścia z matką, którą przerastała codzienność. Założyciel grupy Anthrax opowiada także o relacjach z kobietami, przygodzie z muzyką i problemach z używkami. Niczego nie zamiata pod dywan. Jego historia jest wstrząsająca i szczera. Fani jego zespołu znajdą tu sporo ciekawostek nie tylko o tej grupie, lecz także o całej scenie metalowej. Głodni wrażeń? Zapraszam w takim razie do lektury.

Znam zespół Anthrax. Czy jestem jego fanką? Nie powiedziałabym. Dlaczego więc zdecydowałam się na przeczytanie tej książki? Z ciekawości. Chciałam bliżej poznać założyciela Anthraxu. To dość barwna, kontrowersyjna postać. Musiałam dowiedzieć się, co ma mi do powiedzenia.

Ta publikacja wciągnęła mnie od początku. Scott Ian potrafi ciekawie opowiadać o sobie i kolegach po fachu. Cieszę się, że nie wystylizował się na muzyczne guru. Nic bardziej nie odstrasza mnie od muzyków jak przechwalanie się swoimi osiągnięciami. Z tej autobiografii wyłonił się całkiem sympatyczny gość po przejściach, który jednak ma sporo za uszami. Co konkretnie? Tego już musicie dowiedzieć się sami. Nie będę spoilerować i podawać Wam wszystkiego na tacy.

Sporo miejsca poświęcono używkom i temu, co robią z człowiekiem. Wypowiedzi autora dają do myślenia. Bardzo znaczący jest też komiks jego autorstwa umieszczony w książce. Nie zdradzę co dokładnie się w nim znalazło, ale powiem, że jego treść mnie poruszyła. Czuję jednak niedosyt pod względem liczby zdjęć. Jak dla mnie było ich trochę za mało. 

Myślę, że po tę książkę mogą sięgnąć nie tylko czytelnicy, którym nazwisko autora nie jest obce. Fani biografii też będą zadowoleni po lekturze. To kawał dobrej, choć trudnej opowieści, którą napisało samo życie. To także ważna dla świata muzycznego publikacja. Pozwala zajrzeć za kulisy metalowej sceny. Sugeruję jednak, by nie czytali jej niepełnoletni czytelnicy. Nie sądzę, by była to książka dla nich. Jest dość mocna.

Premiera książki jest planowana na marzec tego roku.

Jon Wiederhorn, Scott Ian
I'm the Man. Autobiografia tego gościa z Anthrax
Wydawnictwo In Rock
Czerwonak 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Wydawnictwu In Rock.

Książkowy zawrót głowy: luty 2016 part 2

Do napisania tego postu zbierałam się już jakiś czas. Ciągłe rozjazdy raczej nie ułatwiają mi pracy nad blogiem. Praca w redakcji to jednak trudny kawałek chleba, ale i tak kocham to, co robię :)
Przed Wami kolejna porcja nowości na moich zaczytanych półkach. Jak dobrze, że zbliżają się wyjazdy służbowe, będzie co czytać po drodze na targi i w hotelu :)


Catherine Ryan Hyde Dzień, który zmienił wszystko
Kristina Ohlsson Zagadka Sary Tell
Guillaume Musso Central Park
Renata Czarnecka Madonny z Bari


Scott Ian I'm the man (In Rock)
Mick Wall Gdy ucichnie muzyka (In Rock)
Andrzej Niemczyk Życiowy tie-break (WSQN)
Faye Kellerman Pętla (HarperCollins)
Guillem Balauge Messi (WSQN)

Książki od Sztukatera

Frossard Pamiętajcie o miłości
Krzysztof Konarowski 9.37
Michael Gerard Bauer Alek Topa. Superchłopak
Kristin Cast Bursztynowy dym
Marcin Pietraszek Czas to pieniądz
Morgan Matson Odkąd Cię nie ma
Diane Chamberlain Chcę cię usłyszeć
Michael Dobbs House of cards. Ostatnie rozdanie
Kristin Harmel Słodycz zapomnienia
John Thavis Tajemnice watykańskich proroctw
Jurgen Thorwald Ginekolodzy


Peter Stjernstrom Najlepsza książka na świecie
Jadwiga Korzeniewska Ograć nawyki
Francine Prose Klub Kameleona, Paryż 1932
Michał Szymański Tajemnicze miasto. Spacery po Warszawie
Izabela Skorupka Marcelina i pamięć przodków
Kujawskim słońcem znaczone chwile
Moje wiersze patykiem pisane
Beata Pawlikowska Blondynka nad Gangesem
Peter Matthews Wojna w eterze
Volker Koop Werwolf
Scott M. Rusch Wojny Sparty
Marek Depczyński Pretorianie Kremla
Anna Niemczyk, Andrzej Niemczyk, Jan Mądry Motywacja pod lupą
ks. Jan Twardowski Serce za serce, czyli co to znaczy kochać


Charlotte Grosetete Pragnienie Boga
Lin Stepp Nad rzeką marzeń
Aneta Jadowska Szamański blues
Elżbieta Wardęszkiewicz Bez czci i wiary
Dominika Węcławek Upadła świątynia
Boris Anukin Kochanek śmierci
Paula Bartosiak Say it
Rachel Cohn Beta. Nowe pokolenie
Janusz Majewski Czarny mercedes
David Hewson Niewłaściwa dziewczynka

Coś polecacie? Odradzacie?

Lissa Price "Starter"

Jeszcze jakiś czas temu unikałam tego typu książek jak ognia. Uznawałam, że nie są dla mnie i nawet nie dawałam im szansy. W końcu jednak doszłam do wniosku, że nie samym kryminałem i powieściami historycznymi człowiek żyje, więc postanowiłam dać Starterowi szansę.

Callie jest sierotą. Jej rodzice zginęli, gdy wojna bakteriologiczna zmiotła z powierzchni ziemi wszystkich mieszkańców w przedziale wiekowym 20-60 lat. Dziewczyna wraz z młodszym bratem Tylerem i przyjacielem Michaelem żyją jak osadnicy, starając się walczyć z renegatami, którzy zabiliby ich bez mrugnięcia okiem. Jedyną szansą na lepsze życie dla Callie jest Prime Destinations, miejsce, gdzie nastolatkowie użyczają swoje ciało Endersom, chcącym przez chwilę znów cieszyć się młodością. Dziewczyna zostaje dawcą, by zdobyć pieniądze na przeżycie. Jednak coś idzie nie tak. Neurochip umieszczony w jej głowie ulega awarii i Callie budzi się w życiu Helen - kobiety, której użyczyła ciało. Dawczyni nie pozostaje nic innego, jak żyć jej życiem. Wszystko układa się w miarę dobrze. Do czasu, gdy Callie odkrywa plany Helen. 

Nie przypominam sobie żadnej książki o podobnej tematyce, dlatego świat wykreowany przez autorkę, wciągnął mnie bez reszty. Bohaterką jest nastolatka, która musi walczyć o przetrwanie. Dla swojego młodszego brata decyduje się na desperacki krok. Robi to w dobrej wierze, potrzebuje pieniędzy. Nie przewiduje problemów podczas wypożyczenia ciała. Muszę przyznać, że podziwiam jej odwagę. Callie na pewno na długo pozostanie w mojej pamięci. Urzekł mnie też jej młodszy braciszek. Urocze dziecko. Nieco drażniła mnie nadopiekuńczość jego siostry, ale jestem w stanie przymknąć na to oko.

Trochę bałam się tego, że będę za stara na lekturę tej książki. Miałam wrażenie, że jest przeznaczona dla nastoletnich czytelników. W końcu główna bohaterka jest ich równolatką. Na szczęście pomyliłam się. Starter wciągnął mnie już od pierwszych stron. Nie umiałam odłożyć go na półkę. Od chwili, gdy Callie wypożyczyła swoje ciało Helen, siedziałam już jak na szpilkach. Musiałam wiedzieć, co dalej się wydarzy. Jestem bardzo ciekawa, jak potoczy się akcja w kontynuacji.

Fabuła powieści jest spójna, sporo się dzieje, pojawiają się niespodziewane zwroty akcji. Nie byłam w stanie przewidzieć tego, co się za moment wydarzy. Autorka skutecznie mnie zwodziła, za co jestem jej bardzo wdzięczna. Nie lubię przewidywalnych historii. Jestem poruszona tym, w jaki sposób Lissa Price opisała świat młodych i starych. Z czymś takim jeszcze się nie spotkałam. Zakończenie książki - majstersztyk. Polecam wszystkim wielbicielom science fiction. Powinni być zadowoleni po lekturze.

Lissa Price
Starter
Wydawnictwo Albatros
Warszawa 2015

Poniedziałki ze zbrodnią w tle: #49 Jonathan Holt "Carnivia. Bluźnierstwo"

Bardzo długo polowałam na tę książkę. Zazdrościłam znajomym blogerom, że mają lekturę już za sobą. W końcu jednak Carnivia wpadła w moje ręce. Gotowi na podróż do Wenecji?

Święto La Befana. Północ. Miasto wypełniło się przebrańcami i wciąż, pomimo późnej pory, tętni życiem. Na stopniach kościoła Santa Maria czas na chwilę się zatrzymał. Z Wielkiego Kanału wyłowiono ciało kobiety przebranej w szaty duchownego. To profanacja. Obrzydliwość. Śledztwo prowadzi kapitan Katerina Tapo. Próbuje rozwiązać zagadkę, przemierzając Wenecję wzdłuż i wszerz, szukając wskazówek wszędzie, gdzie to tylko możliwe. W szpitalu psychiatrycznym, na tajnej stronie internetowej carnivia.com, w starożytnym chrześcijańskim klasztorze, a nawet w amerykańskiej bazie wojskowej. W pewnym momencie trop urywa się. Kat dostaje polecenie, by zamknąć śledztwo. Czy uda jej się rozwiązać zagadkę? Czy odkryje, kim była martwa kobieta?

Carnivia. Bluźnierstwo to specyficzna powieść. Nie każdemu przypadnie do gustu. Przedstawiona tu historia jest skomplikowana. Czytelnik musi maksymalnie skupić się nad tekstem, inaczej może mu umknąć coś ważnego. Każdy element w opowieści jest znaczący. Przewija się tutaj także sporo wątków: korupcja, romans, zbrodnie sprzed lat.

Klimat powieści potrafi wbić w fotel. Autor mieszał fikcję z prawdziwymi wydarzeniami. Przyznam, że wolę nie wnikać, co było prawdą, a co nie. Dla własnego zdrowia psychicznego. Niektóre fragmenty sprawiały, że czułam ciarki na skórze.

Nie mogę też zapomnieć o bohaterach. Nie spamiętałam imion wszystkich. Na kartach powieści pojawiło ich się zbyt wielu, bym mogła to zrobić. Musicie mi to wybaczyć. Co jak co, ale pamięci do imion to ja nie mam. Niektóre postaci były dziwne, ale nie uważam, by był to mankament. To powodowało tylko, że byli wyjątkowi i zapadali w pamięć. Na początku nie przepadałam za Kat. Nie pasowała mi do tego miejsca. W końcu jednak przekonałam się do niej i chciałam, by udało jej się rozwiązać mroczną tajemnicę Wenecji.

Jonathan Holt pokazał mi, w jaki sposób Włosi podchodzą do stanu duchownego. Miałam na ten temat bardzo ograniczoną wiedzę. Carnivia pozwoliła mi na niezapomnianą podróż po Włoszech, którą z chęcią będę kontynuowała, czytając drugą część cyklu.

Jonathan Holt
Carnivia. Bluźnierstwo
Wydawnictwo MUZA Akurat
Warszawa 2013

Kamil Dziadkiewicz "Miasto krwi"

Usiądźcie wygodnie, dzisiaj przeniesiemy się w czasie. Witajcie w XVII wieku.

Hyruf. To tu mieszka poniżany przez ojca kaleki Mulgih Thadur. Chłopak ma już dość złego traktowania zarówno siebie, jak i matki. Zostaje doprowadzony do ostateczności. Popełnia morderstwo i pozoruje je na samobójstwo. Od tej chwili jego życie ulega zmianie. Mulgih wstępuje na drogę zła, z której nie ma odwrotu. Nie wie jednak, że z ukrycia obserwuje go człowiek Garlona, najważniejszej figury przestępczego świata. By chronić rodzinę, decyduje się na desperacki krok. Dokąd zaprowadzi go los? Z kim będzie musiał zawrzeć sojusz?

Miasto krwi to literacki debiut Kamila Dziadkiewicza. Z reguły nie sięgam po tego typu książki, ale dla tej postanowiłam zrobić wyjątek. Dlaczego? Zainteresował mnie opis. Wojny religijne, zakłamani duchowni - lubię takie klimaty. Jakie są moje wrażenia po lekturze?

Muszę chyba zmienić swoje nastawienie do fantastyki. Unikałam jej jak ognia, ale dochodzę do wniosku, że jest kilku autorów, którzy zasługują na uwagę. Kamil Dziadkiewicz na pewno należy do tego grona.

Autor bardzo dobrze zarysował postacie. Co prawda musiałam trochę poczekać na to, aż kolejne cechy kalekiego Mulgiha wyjdą na jaw, ale warto było czekać. Zmienił się na moich oczach nie do poznania. Nie spodziewałam się po nim pewnych decyzji. W pewnej chwili zaczęłam się nawet go bać. Spodobało mi się to, że jego kalectwo nie wysuwało się na pierwszy plan. Czytając powieść, zupełnie zapomniałam o tym, że mam do czynienia z kalekim bohaterem. W książce pojawia się wiele postaci, jednak autorowi udało się pokierować akcją tak, by ich pojawienie się, nie wprowadziło zamętu. To duży plus. Niewielu debiutantów potrafi zapanować nad kolejnymi bohaterami.

Urzekł mnie także sposób przedstawienia świata. Jeśli liczycie na rozwlekłe opisy - muszę Was rozczarować. Kamil Dziadkiewicz stawia na konkret. Dokładnie wie, o czym chce opowiedzieć. Skupia się przede wszystkim na miejscu, w którym dzieje się akcja. I chwała mu za to. Wielu autorów niepotrzebnie opisuje graniczące tereny. Ja i tak nie jestem w stanie spamiętać ich nazw, o innych rzeczach już nie mówiąc.

Życzę sobie i innym czytania równie dobrych debiutów literackich jak ten. Pojawiają się tu co prawda drobne potknięcia, ale ja przymykam na nie oko. Mocne punkty powieści zdecydowanie niwelują wpadki. Jestem ciekawa, jak dalej potoczy się akcja, dokąd autor tym razem poprowadzi bohaterów. Na pewno sięgnę po kontynuację. Mam nadzieję, że Kamil Dziadkiewicz nie każe mi na nią długo czekać.

Kamil Dziadkiewicz
Miasto krwi
Wydawnictwo Novae Res
Gdynia 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Wydawnictwu Novae Res.

Paweł Piotrowicz, Olaf Lubaszenko "Chłopaki niech płaczą"

Jestem osobą, która wychowała się na filmach, które wyreżyserował Olaf Lubaszenko. Mam więc do tego człowieka ogromny sentyment. Było mi przykro, gdy czytałam jak niektórzy ludzie wyśmiewają się z jego tuszy. Nie liczy się przecież wygląd, tylko to, co dany człowiek reprezentuje swoim zachowaniem. Chcecie dowiedzieć się, o czym Olaf Lubaszenko powiedział Pawłowi Piotrowiczowi?

Olaf Lubaszenko niechętnie opowiada o swoim życiu osobistym. Pytany o relacje z ojcem czy rozwód z żoną, stara się przenieść rozmowę na inne tory. Zdecydowanie bardziej woli skupić się na swoim dorobku artystycznym. Omija także ocenianie kolegów po fachu, choć wspomina o nich. Ciepło wyraża się o tych, którzy pomogli mu dojść do miejsca, w którym aktualnie się znajduje. Nie wspomina o tych, z którymi ma na pieńku, co pokazuje, że jest człowiekiem z klasą. Nie zależy mu na zrobieniu wokół siebie szumu. Wspomina też swoje zmagania z chorobą. Mówi o tym, jak trudno było mu znów pokazać się wśród ludzi, gdyż zdawał sobie sprawę z tego, że jego wygląd będzie komentowany. W książce pokazał, że ma do niego teraz spory dystans. 

Ten człowiek może pochwalić się znakomitym dorobkiem artystycznym. Jest jednak osobą, która bardzo twardo stąpa po ziemi. Wie bowiem, jak łatwo z dnia na dzień stoczyć się na dno. Nie znaczy to oczywiście, że nie ma na koncie pewnych szalonych decyzji. Jakich? Tego już musicie dowiedzieć się sami.

Chłopaki niech płaczą to przepełniona emocjami słodko-gorzka opowieść o życiu Olafa Lubaszenki. Pojawiają się w niej nie tylko wspomnienia czy anegdotki z aktorskiego świata. Rozmówcy poruszają także ważne tematy, które skłaniają do myślenia czytelników. Mam tu na myśli choćby ich rozmowę o używkach.

Artysta dał mi się w tej książce poznać z zupełnie innej strony. Zyskał w moich oczach jeszcze więcej szacunku. Szkoda, że wielu ludzi postrzega go przez pryzmat człowieka walczącego z nadwagą, a nie zdolnego aktora i dobrego reżysera. Dzięki tej publikacji przekonałam się, że właściwie nic o nim nie wiem. Spędziłam z Chłopakami dwa wieczory i nie żałuję ani jednej chwili, którą im poświęciłam. Olaf Lubaszenko ujął mnie tym, w jaki sposób dawał swojemu rozmówcy prztyczka w nos, gdy ten poruszał niewygodne tematy. Jeżeli szukacie dobrego wywiadu, możecie spokojnie sięgnąć po tę książkę. Nie powinniście być zawiedzeni. Nie ma tu plotek, jest po prostu życie.

Paweł Piotrowicz, Olaf Lubaszenko
Chłopaki niech płaczą
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Warszawa 2015

Przedpremierowo! Marie-Morgane Le Moel "Sekrety francuskiej kuchareczki"

Marie-Morgane Le Moel poznałam kilka tygodni temu przy okazji lektury Całej prawdy o Francuzkach. Spodobał mi się sposób, w jaki opowiadała o swoich rodaczkach. Jaką historię przedstawiła czytelnikom w nowej książce?

Autorka otwiera się przed czytelnikami. Opowiada o swoim dzieciństwie, relacjach z rodzicami i rodzeństwem. Dorasta na naszych oczach i ze zbuntowanej nastolatki zmienia się w dorosłą kobietę, która wyjeżdża do Australii. Będąc za granicą, tęskni za domem. Lekiem na całe zło są spisane przez matkę przepisy. Pozwalają one nie tylko zaspokoić głód, ale także zdobyć nowych znajomych. Jesteście głodni wrażeń?

Przyznam szczerze, że spodziewałam się po tej książce czegoś innego. Myślałam, że autorka skupi się głównie na przepisach kulinarnych. Pomyliłam się. To opowieść o życiu Le Moel, którą uzupełniają receptury. Czy są skomplikowane? Większość jest dość prosta do zrobienia, choć podejrzewam, że zjedzone we Francji smakowałyby lepiej. Narratorka przedstawia krótką historię potraw, podpowiada też, jakie trunki najlepiej do nich pić.

Marie daje się poznać jako bardzo impulsywna osoba. Czytając o jej przygodach, czułam miotające nią emocje. Oj, miała kobietka diabła pod skórą. Rodzice i rodzeństwo mieli z nią sporo problemów wychowawczych. Nie chciałabym być na ich miejscu.

Wraz z autorką przemierzamy Francję. Poznajemy tajniki wyrobu win. Nie myślałam, że winobranie to tak ciężka orka. Wyruszamy także na studia i poznajemy francuską literaturę. Idealna gratka dla wielbicieli Francji. Na pewno znajdą tu coś ciekawego.

Sekrety francuskiej kuchareczki to lekka lektura, idealna na leniwy wieczór. Podejrzewam, że bardziej przypadnie do gustu kobietom. Nie wiem, czy panowie będą chcieli czytać o rozterkach nastoletniej dziewczyny i o przepisach kulinarnych. Jeśli szukacie życiowej, lecz przyjemnej w lekturze książki, dobrze trafiliście. Polecam.

Premiera książki 23 lutego 2016 r.

Marie-Morgane Le Moel
Sekrety francuskiej kuchareczki
Wydawnictwo Kobiece
Białystok 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

Victoria Scott "Kamień i sól"

Kilka miesięcy temu opowiadałam Wam o książce Victorii Scott Ogień i woda. Teraz przyszedł czas na kontynuację tej historii.

Tella przeżyła przeprawę przez dżunglę i pustynię. Doszła już tak daleko, że nie może się wycofać. Chce zdobyć lek dla swojego chorego brata. Musi teraz zmierzyć się z ukrytymi niebezpieczeństwami oceanu, górskim mrozem i pokrętnymi zasadami wyścigu. Zostało już niewielu uczestników, do końca wyzwania pozostało niewiele czasu. Kto jest przyjacielem, a kto wrogiem? Czy stare sojusze dalej będą aktualne? Jak udział w wyścigu wpłynie na życie jego uczestników?

Zawsze czuję niepokój, gdy sięgam po kontynuację książki, która mi się spodobała. Boję się, że autor nie udźwignie ciężaru i nie przeskoczy poprzeczki, którą postawił sobie w poprzedniej części. Jak sprawa miała się z Victorią Scott? Zmasakrowała mnie. Rzuciła na kolana i nie pozwoliła z nich wstać. Czegoś takiego się po tej historii nie spodziewałam.

Tella bardzo się zmieniła. Robi rzeczy, o jakich pewnie wcześniej nawet nie myślała. Ma jednak cel, do którego uparcie dąży. Chce, by Cody wyzdrowiał. Wie, że jej życie nie będzie wyglądało już tak samo, lecz to nie ma większego znaczenia. Liczy się tylko brat. Reszta bohaterów nie pozostaje w tyle. Każdy chce wygrać. Jest w końcu o co walczyć.

Nie byłam przygotowana na to, co zaserwowała mi autorka. Nie myślałam, że będzie tak krwawo i brutalnie. Mój poziom adrenaliny nie obniżył się nawet na moment. Czytałam książkę z wypiekami na twarzy. Bardzo przeżywałam to, co się działo. Kilka razy po mojej twarzy spłynęły nawet łzy. Za niektóre wątki byłam na autorkę zła. Nie byłam przygotowana na poniesienie takich strat.

Ta część jest nieprzewidywalna, pełno w niej niewiadomych. Nawet zakończenia nie da się jednoznacznie zinterpretować. Autorka naprawdę stanęła na wysokości zadania. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Kamień i sól pobija Ogień i wodę na głowę. Majstersztyk. Polecam każdemu, bez wyjątku. Ostrzegam tylko, że trzeba przygotować się na jazdę bez trzymanki. Będzie się działo.

Victoria Scott
Kamień i sól
Wydawnictwo IUVI
Kraków 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Wydawnictwu IUVI.

Książkowy zawrót głowy - luty 2016 part 1

Chciałabym się z Wami podzielić pierwszą częścią moich książkowych zdobyczy. Zobaczcie, czego możecie niedługo spodziewać się na blogu.


Heather Gudenkauf Jeden krok
Lauren Miller Aplikacja
Anna Todd After. Płomień pod moją skórą
Katarzyna Bonda Pochłaniacz
Remigiusz Mróz Kasacja


Marie-Morgane Le Moel Sekrety francuskiej kuchareczki (Wydawnictwo Kobiece)
Michaela de Prince Wytańczyć marzenia (Wydawnictwo Kobiece)
Victroria Scott Kamień i sól (Wydawnictwo IUVI)
Thomas Morgenstern Moja walka o każdy metr (WSQN)
Kamil Dziadkiewicz Miasto krwi (Wydawnictwo Novae Res)

Czytaliście coś? Jakie książki odradzacie albo polecacie?

Jakub Ćwiek "Ciemność płonie"

O Jakubie Ćwieku słyszałam już od dłuższego czasu. Krążyłam wokół jego książek,ale jakoś nie umiałam zmusić się do lektury. W końcu postanowiłam sprawdzić, czym zachwycają się znajomi blogerzy. Gotowi na lekturę? To dobrze, ostrzegam tylko, że dzisiaj będziemy się bać.

Byliście kiedyś na starym dworcu w Katowicach? Ja nigdy nie zapomnę dnia, w którym po raz pierwszy się na nim pojawiłam. Padało. Pośrodku jednego z przejść stało metalowe wiadro, do którego kapała woda. Sam dworzec wyglądał jak jedna wielka ruina. Specyficzne miejsce, bardzo specyficzne. To tutaj Jakub Ćwiek umieścił akcję swojej powieści. Natalia jest studentką kulturoznawstwa. W podziękowaniu za pomoc oddaje starszemu mężczyźnie znalezioną w portfelu monetę. Nie jest świadoma, że ściąga sobie na głowę w ten sposób cudze nieszczęście. Nie wie, że wkrótce i dla niej zapłonie Ciemność. Jej życie zmienia się w horror, a ona sama będzie bezpieczna tylko w jednym miejscu - na dworcu w Katowicach.

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Jakuba Ćwieka, o czym już wspomniałam. Zdecydowałam się, by rozpocząć naszą znajomość od książki Ciemność zapłonie ze względu na miejsce akcji. Znam stary dworzec, widziałam, jak go burzyli. Przyznam szczerze, że bałam się tego miejsca. Nie lubiłam bywać tam po zmroku. Kręciło się tam wielu bezdomnych. Mając taką wiedzę, idealnie wczułam się w klimat powieści Ćwieka. Oczyma wyobraźni widziałam bohaterów i to, co się wokół nich dzieje. Już dawno nic tak mnie nie wcisnęło w fotel.

Siedziałam z książką w ręku napięta jak struna. Czułam ciarki na plecach, gdy czytałam o Ciemności. Na dodatek przypomniałam sobie o tym, co przeczytałam, gdy wczoraj byłam na dworcu w Katowicach. To nic, że na miejscu starego budynku stoi nowoczesna galeria. Moja wyobraźnia robiła swoje. Czekałam tylko na to, aż za moimi plecami wyrosną Wybrańcy. Nie potrafiłam też wyrzucić Ciemności z głowy. Przypominała mi się Natalia. Czułam jej strach i ból. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek jakaś książka tak na mnie wpłynęła. Długo nie będę w stanie o niej zapomnieć.

Książka jest podzielona na kila części, które ułatwiają zrozumienie tego, czym właściwie jest Ciemność. Całość czytało się bardzo szybko, a poszczególne rozdziały w logiczny sposób łączyły się ze sobą. Jedyną rzeczą, jaka może czytelnikom przeszkadzać nieco w trakcie lektury, jest to, że autor co jakiś czas wtrąca w dialogi śląską gwarę. Ja wszystko rozumiałam, mieszkam w końcu na Śląsku, jednak pozostali czytelnicy mogą mieć z tym problem. 

Cieszę się, że swoją przygodę z tym autorem zaczęłam akurat od tej książki. Co prawda czułam ciągle na plecach dreszcze, ale warto było przeczytać Ciemność płonie. Dworzec w Katowicach już nigdy nie będzie dla mnie taki sam. Do końca życia będzie mi się kojarzył z Ciemnością. Polecam tę powieść wszystkim mieszkańcom Katowic. Mam nadzieję, że po lekturze będziecie mieli podobne odczucia.

Jakub Ćwiek
Ciemność płonie
Wydawnictwo Sine Qua Non
Kraków 2015

Poniedziałki ze zbrodnią w tle: #48 Marcin Grygier "Nie patrz w tamtą stronę"

Na naszym rynku wydawniczym pojawił się niedawno literacki debiut Marcina Grygiera Nie patrz w tamtą stronę. Jak autor poradził sobie z thrillerem?

W Puszczy Kampinoskiej zostaje odnalezione zmasakrowane ciało nastolatki. Ktoś odciął jej głowę i położył przy dziewczynie głowę konia. Wszystko wskazuje na to, że doszło do rytualnego mordu. Śledztwo prowadzi nadkomisarz Roman Walter, który musi odnaleźć mordercę zanim ten znajdzie kolejną ofiarę. Jednak działania policji nie przynoszą większych skutków. Dlaczego nastolatka zginęła? Kto ją zabił? Jaką tajemnicę kryje przeszłość Romana Waltera? Na te pytania odpowie wam lektura tej książki.

Mam bardzo mieszane uczucia po lekturze. Roman Walter jest typowym policjantem zmagającym się z problemami. Nie wyróżnia się niczym z tłumu innych gliniarzy. Marcin Grygier w swojej debiutanckiej powieści zastosował dość osobliwy zabieg. Miesza teraźniejszość z przeszłością, by wyjaśnić zachowanie bohaterów. Jak dla mnie to nie do końca było przemyślane. Czasem nie wiedziałam, w którym roku aktualnie się znajduję. W trakcie lektury przyłapywałam się na tym, że właściwie już nie wiem, co jest głównym wątkiem powieści. Wątek morderstwa został zepchnięty na drugi plan. Przynajmniej ja takie odniosłam wrażenie.

Nieco drażniły mnie nazwiska bohaterów. Krępy, Niski… I jeszcze pan aspirant, który nie wiadomo dlaczego, ani razu nie był Maciejem, a Maćkiem, choć imion reszty bohaterów autor raczej nie zdrabniał. Zupełnie tak, jakby umniejszano jego rolę w śledztwie. Bohaterowie nie byli oryginalni i nieco boję się tego, że za parę tygodni w ogóle nie będę o nich pamiętać. Znam lepszych policjantów. Miałam też wrażenie, że niektóre dialogi były pisane nieco na siłę. Pewne fragmenty powieści były dla mnie nie do końca dopracowane. Na przykład. Dzwoni telefon jednego z bohaterów. Nie ma mowy o tym, że on go odebrał, ale rozmowa trwała kilkanaście sekund. Coś takiego strasznie razi mnie po oczach.

To literacki debiut autora. Nie powalił mnie na kolana. Piszę te słowa naprawdę z ciężkim sercem, bo nastawiłam się na lekturę ciekawego thrillera i co? Morderstwo było, ale jakoś nie zmroziło mnie to, co się stało. Zakończenie też nie było zaskakujące. Wszystko było bardzo przewidywalne. Jestem ogromnie rozczarowana. Ta historia nie pozostanie w mojej pamięci na długo. Zdecydowanie bardziej wolę wgniatające w fotel thrillery, które do końca trzymają mnie w niepewności.

Nie patrz w tamtą stronę to dobra propozycja dla czytelników, którzy mają raczej niewiele wspólnego z historiami ze zbrodnią w tle. Czytelnicy lubujący się w kryminałach, powinni odpuścić sobie tę książkę. To nie będzie dla nich interesująca lektura.

W książce sporo się dzieje. Mam wrażenie, że autor w niektórych miejscach nieco przesadził. Powinien, przynajmniej moim zdaniem, bardziej skupić się na samym śledztwie. Fakt, przeszłość bohaterów jest ważna, ale było jej tutaj za dużo. Pewne wątki można było sobie śmiało odpuścić. Zabrakło mi tego, by autor wpuścił mnie w maliny, zasugerował pewne rozwiązania i pokazał mi po chwili, jak bardzo się pomyliłam. To nadałoby tej powieści rumieńców.

Nie wiem jeszcze, czy sięgnę jeszcze kiedyś po książki Marcina Grygiera. Ta nie powaliła mnie na kolana. Niedługo o niej zapomnę. Czy to była strata czasu? Nie. Po prostu autor nie trafił w moje czytelnicze gusta.

Marcin Grygier
Nie patrz w tamtą stronę
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Warszawa 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Portalowi Sztukater oraz
Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

Thomas Morgenstern "Moja walka o każdy metr"

Zanim napiszę cokolwiek o tej książce, musicie dowiedzieć się o mnie jednej rzeczy. Jako młodsza dziewczyna podkochiwałam się w Thomasie Morgensternie. O matko, jak ja się śliniłam do telewizora, gdy tylko pojawiał się na skoczni... Kibicowałam mu na każdych zawodach, śledziłam jego zmagania i zamarłam, kiedy doszło do wypadku w Kulm. Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. To było straszne. Bałam się, że już nigdy nie zobaczę jego skoków. Morgi jednak wyszedł cało z opresji i postanowił raz jeszcze zawalczyć o miejsce na podium.

Thomas Morgenstern zaczyna opowiadać swoją historię od upadków, które zaliczył w swojej karierze. Ich opisy mrożą krew w żyłach. Wspomina moment, gdy obudził się w szpitalu po incydencie w Kulm. Powrót do zdrowia nie był dla niego łatwy. Miał jednak dla kogo walczyć. I jak pokazał, warto było podnieść się z łóżka, choć ciało oponowało.

Moja walka o każdy metr to historia opowiadająca głównie o końcówce kariery austriackiego skoczka. Czytelnicy mogą przyglądać się jego walce o powrót do pełni sił. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie tego, jaki dramat przeżywał sportowiec. W jednej chwili szybował z prędkością ponad 100 km/h, a za parę dni nie był w stanie samodzielnie udać się pod prysznic.

Morgi pokazuje, ilu wyrzeczeń wymaga kariera skoczka narciarskiego. Zaprasza czytelników za kulisy, pozwala zobaczyć to, co dzieje się poza skocznią. Upadek w Kulm zmusił go do refleksji nad życiem. Gdyby nie przeżył, nie mógłby patrzeć na to, jak dorasta jego córka ani cieszyć się szczęściem u boku ukochanej kobiety.

Urzekła mnie skromność tego sportowca. Ten facet ma na koncie tyle sukcesów, że aż głowa boli, jednak twardo stąpa po ziemi. Nadal jest nieśmiałym chłopakiem, który zapragnął wzbijać się w powietrze. Jego opowieść jest szczera. Morgi niczego nie koloryzuje. Czułam jego strach, ból, wraz z nim przeżywałam wzloty i upadki. Spojrzałam na świat skoczków narciarskich z zupełnie innej perspektywy. Poczułam do nich jeszcze większy szacunek. Zdarzały się momenty, w których płakałam, siedząc z książką na kolanach. Wydawnictwo Sine Qua Non będzie musiało chyba zacząć dorzucać chusteczki do egzemplarzy recenzenckich książek, bo to już kolejny raz, gdy czytałam ich publikacje, wycierając łzy rękawem.

Jeśli szukacie opowieści o pasji, duchu walki, poświęceniu i miłości ojca do dziecka, bardzo dobrze trafiliście. Ja połknęłam tę książkę w ciągu dwóch godzin i nie żałuję ani minuty, którą jej poświęciłam. Chętnie wrócę jeszcze kiedyś z Thomasem Morgensternem na skocznię. To człowiek, z jakiego warto brać przykład. Cieszę się, że Wydawca zechciał podzielić się z czytelnikami tą historią. Mam nadzieję, że da ona czytelnikom wiarę w to, że nie ma w życiu sytuacji bez wyjścia. Po każdym upadku można się podnieść. Nie zawsze jest łatwo. Czasem będzie to bardzo bolało. Morgi jednak pokazuje, że warto o siebie zawalczyć.

Thomas Morgenstern
Moja walka o każdy metr
Wydawnictwo Sine Qua Non
Kraków 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non.

Wyniki walentynkowego konkursu

Kochani!
Zgodnie z obietnicą podaję wyniki konkursu, w którym można było wygrać książkę Zaryzykuję dla Ciebie. Żeby było sprawiedliwie, nadałam każdemu zgłoszeniu numer zgodny z kolejnością, w jakiej zostawialiście komentarze. I tak:

1. Jakub
2. Aleksandra
3. Agnieszka
4. Melisa
5. Mylene
6. Monika
7. Brydzia
8. KKI
9. Gabriela
10. Marianna
11. Izabela
12. Paulina
13. Marta

Zwycięzcę wylosowała strona generująca numery. Nagroda wędruje więc do...


Gratuluję zwyciężczyni :)
Nie martwcie się, mam jeszcze kilka książek, które chętnie oddam w dobre ręce :)

Dmitry Glukhovsky "Futu.re"

Był taki czas, że na większości czytanych przeze mnie blogów pojawiały się recenzje tej książki. Ja sama podchodziłam do niej z bardzo dużą rezerwą. Jakoś nie umiałam zmusić się do lektury. Raczej unikam tego gatunku literackiego. W końcu chęć sprawdzenia, czym zachwycają się inni, wygrała i wypożyczyłam Futu.re. Jakie są moje wrażenia po lekturze?

Daleka przyszłość. Zdecydowana większość ludzkości cieszy się nieśmiertelnością. Po dawnym życiu nie ma już pozostałości. Ludzka populacja rozrosła się tak, że ludzie muszą żyć w wieżowcach. Nie ma już zwykłych domów. Brak przestrzeni, pożywienia i ograniczony dostęp do wody wymusiły konieczność kontrolowania liczby urodzeń. Jeśli rodzice decydują się na dzieci, jedno z nich musi się poświęcić. W końcu ludzie nie umierają. Nie wszystkim podoba się takie życie. Główny bohater jest jednym z Nieśmiertelnych. Jego zadaniem jest kontrolowanie liczby nielegalnych urodzeń. Chcecie dowiedzieć się o nim czegoś więcej? Chwytajcie zatem za książki. Ja nie zdradzę nic więcej.

Przebrnięcie przez tę powieść zajęło mi sporo czasu, choć jestem czytelnikiem połykającym książki w zastraszającym tempie. Dlaczego tak się stało? W sumie trudno mi odpowiedzieć. Tematyka, jaką porusza powieść, nie była nudna, choć nie była ona specjalnie oryginalna. Przerabiałam już podobne wizje przyszłości. Ludzi dużo, miejsca mało. Gdzieś już to czytałam. 

Muszę przyznać, że Futu.re nieco mnie zaskoczyło. Czym? Nastawiłam się, że będę czytać o najnowszych technologiach, a wcale tak nie było. Fakt, rzeczywistość jest inna niż ta, w której żyjemy, ale nie na to kładzie nacisk autor. Na co więc? Glukhovsky zadaje w powieści pytania o sens życia, zastanawia się nad starością i wiarą. To dość trudna tematyka i podejrzewam, że dlatego miałam tyle problemów z przejściem przez książkę.

Na okładce pojawia się informacja, że Futu.re jest przeznaczona dla pełnoletnich czytelników. Nie chodzi jednak o erotykę. Nastoletni odbiorcy mogliby nie udźwignąć ciężaru historii. Spora część z nich pewnie nie zrozumiałaby tego, o czym czyta. 

Mam bardzo mieszane uczucia odnośnie tej książki. Jest bardzo trudna, ale nie znajduję w niej wielu minusów. Nieco przeszkadzało mi to, że bohaterowie są podporządkowani wyłącznie jednej stronie konfliktu. Mają klapki na oczach i nie liczy się dla nich nic poza ich ideami. Są jednak wyraźnie zarysowani i zapadają w pamięć. Po Futu.re powinni sięgnąć pełnoletni fani powieści sci-fi. Młodszym czytelnikom radzę trochę wstrzymać się z lekturą.

Dmitry Glukhovsky
Futu.re
Wydawnictwo Insignis
Kraków 2015

Konkurs walentynkowy z romansem w tle

Kochani!
Dawno nie było u mnie żadnego konkursu, nie sądzicie? W niedzielę Walentynki. Mam z tej okazji dla Was książkę z romansem w tle do wygrania. Mowa tu o powieści Zaryzykuję dla Ciebie autorstwa N. Coori.

Co trzeba zrobić, by zgarnąć książkę?
2. Napisać pod tym postem informację o zgłoszeniu, w następującej postaci: "Zgłaszam się, lubię Czytelnię jako (inicjał imienia i nazwiska), mój adres mailowy to...".
3. Mieszkać w Polsce.

Konkurs trwa do niedzieli do godziny 18. Wieczorem poznacie szczęśliwca, do którego powędruje nagroda.

Życzę powodzenia :)

Joanna M. Chmielewska "Pod Wędrownym Aniołem"

Trochę wstyd mi się do tego przyznać, ale nigdy wcześniej nie słyszałam o Joannie Marii Chmielewskiej. Być może jej nazwisko przewinęło się gdzieś w mojej studenckiej karierze, najprawdopodobniej na piątym roku studiów, lecz wiecie, jak to wtedy jest. Wiele rzeczy wpada jednym uchem, a wypada drugim. Postanowiłam jednak skusić się na lekturę jej powieści Pod Wędrownym Aniołem.

Na okładce czytamy: „Nie wygrałam w totolotka. Nie dostałam spadku po bogatej ciotce. Porzuciłam codzienność znaną, bezpieczną, choć niekoniecznie satysfakcjonującą. Zaryzykowałam. Razem z mężem i dziećmi wyruszyłam w drogę, nie wiedząc, co kryje się za kolejnym zakrętem. Szklarska Poręba. Nowe miejsca, nowi ludzie, nowe ścieżki. Przeszkody i fascynacje. Perypetie remontowe, wędrówki śladami artystów, odkrywanie ludzkich losów zaplątanych w wielką historię. Poezja i proza życia. Bywa różnie. Czasami bardzo trudno. Ale nie zamieniłabym tej mojej ścieżki na żadną inną. I o tym właśnie mówi ta opowieść.” Nie napiszę więcej o fabule, by nie zdradzić czegoś, czego nie powinnam.

Czytając Pod Wędrownym Aniołem, czułam się tak, jakbym podglądała autorkę przez dziurkę od klucza. To bardzo intymna powieść. Opowiada o zwykłym życiu. Przeprowadzkach, kredytach i próbie odnalezienia siebie w nowym miejscu. Wielu z nas coś takiego przeżywało. Ja mam na swoim koncie już kilka takich epizodów. Za każdym razem trudno mi przyzwyczaić się do nowego miejsca.

Autorka wydała mi się bardzo serdeczną osobą. Z przyjemnością czytałam napisane przez nią słowa. Czułam się tak, jakbym siedziała obok niej i słuchała jej opowieści. Wiele oddałabym, by móc ją poznać osobiście i podziękować za napisanie tej powieści.

Książka ma niezwykły klimat. Nie ma tu nagłych zwrotów akcji, lecz mimo to, historia przypadła mi do gustu. Nie byłam w stanie się od niej oderwać. Zarwałam przez nią noc, ale nie żałuję ani jednej poświęconej jej chwili. Powiem więcej, chętnie kiedyś do niej powrócę.

Zżyłam się z rodziną autorki. Najbardziej urzekła mnie mała Julka, córeczka Chmielewskiej, urocze dziecko. Polubiłam także męża pisarki. Było mi go trochę żal. Sympatyczny, choć nieco zagubiony w nowej rzeczywistości człowiek. Reszta familii także jest warta poznania. Miło spędziłam z nimi czas. Sympatyczni byli także ludzie, którzy mieszkali w Szklarskiej Porębie. Chciałoby się mieć takich sąsiadów.

Nie znam okolic Szklarskiej Poręby. Nigdy w życiu nie odwiedziłam tego miejsca, jednak dzięki autorce poczułam się tak, jakbym się tam znalazła. Umieszczone w powieści zdjęcia jeszcze bardziej umocniły mnie w tym przekonaniu. Bez nich Pod Wędrownym Aniołem wiele by straciło.

Komu mogę polecić tę książkę? Wszystkim fanom twórczości Joanny Marii Chmielewskiej, to rzecz jasna. Po powieść mogą spokojnie sięgnąć wszyscy czytelnicy, którzy lubią klimatyczne publikacje, przenoszące ich do zupełnie innego świata. Jestem bezapelacyjnie oczarowana najnowszą książką autorki. Nie żałuję, że zdecydowałam się na lekturę. Będę musiała nadrobić zaległości w twórczości Chmielewskiej. Mam nadzieję, że wszystkie jej publikacje są równie dobre jak ta.

Zachęcam do lektury wszystkich, bez wyjątku. Poznajcie autorkę. Wysłuchajcie tego, co ma wam do powiedzenia. Pozwólcie, by była waszym przewodnikiem po miejscu, do którego się przeniosła. Dajcie ponieść się magii. Spędźcie miło czas z rodziną Chmielewskich. Na pewno ich polubicie.  Gwarantuję, że nie pożałujecie ani chwili, którą z nimi spędzicie.


Joanna M. Chmielewska
Pod Wędrownym Aniołem
Wydawnictwo MG
Warszawa 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Portalowi Sztukater
i Wydawnictwu MG.

Ransom Riggs "Osobliwy dom pani Peregrine"

W przypadku tej książki spotkałam się ze sprzecznymi opiniami. Jedni ją wychwalali, inni zaś pisali, że to strata czasu. Postanowiłam więc na własnej skórze przekonać się, jaka właściwie jest ta powieść.

Jacob nie miał pasjonującego życia. Nie został odkrywcą, nie miał zbyt wielu przyjaciół. Ważną osobą w jego życiu był dziadek. To on najbardziej mu imponował i opowiadał niezwykłe historie o walijskim sierocińcu. Pewnego dnia dziadek Portman umarł w nieznanych okolicznościach. Wtedy wszystko się zmieniło. Jacob wyrusza na tajemniczą wyspę, by odnaleźć miejsce, o którym wspominał dziadek. Czy zdjęcia z fotografii, które ten mu pokazywał, naprawdę istniały?

Mam ogromny mętlik w głowie po odłożeniu książki na półkę. O tym, żeby ją przeczytać, myślałam już od dawna. Wydawca reklamuje ją jako świetny thriller, nie tylko dla młodzieży. Czy to był thriller? Nie powiedziałabym. Horror? Też nie. Potwory nie atakowały mnie na każdym kroku.

Kluczowym elementem książki są bez wątpienia specyficzne zdjęcia. Większość z nich wywoływała u mnie ciarki na wszystkich częściach ciała. Swoje zrobił też dopisek, że tylko niektóre zostały zmodyfikowane. Powieść jest taka, jak jej tytuł, osobliwa. Niektóre fragmenty mnie przerażały, choć nie obgryzałam paznokci ze strachu. Trudno jest mi ocenić Osobliwy dom pani Peregrine. Nie nudziłam się co prawda w trakcie lektury, ale czegoś mi brakowało. Pewnie autor za słabo mnie nastraszył. Nagłych zwrotów akcji nie było, choć działo się całkiem sporo. Jestem nieco rozczarowana zakończeniem. W pewnym momencie zaczęłam podejrzewać, do czego to wszystko zmierza i niestety nie pomyliłam się.

Ostatnio trafiłam w jednej z gazet wziętych z kina, że Tim Burton, mój ulubiony reżyser, przeniesie powieść na ekrany. Jestem ciekawa, jaką będzie miał wizję tego, co napisał Ransom Roggs. Do tej pory żaden jego film mnie nie zawiódł. Mam nadzieję, że i tym razem nie będę rozczarowana.

Jestem ciekawa tego, co autor zawarł w kolejnych częściach cyklu. Kiedyś się za nie zabiorę. Polecam tę książkę fanom fantastyki. Na pewno znajdą tu coś dla siebie.

Ransom Riggs
Osobliwy dom pani Peregrine
Wydawnictwo Media Rodzina
Poznań 2012

Ewa Błaszczyk, Agnieszka Siegert-Litorowicz "Lubię żyć"

Już 14 lat minęło od dnia, w którym córka Ewy Błaszczyk, Ola, zachłysnęła się tabletką i zapadła w śpiączkę. Dziewczyna nigdy nie wróciła do zdrowia. Jej matka nie popadła jednak w depresję, nie rwała włosów z głowy ani nie odizolowała się od świata. Wręcz przeciwnie, wbrew wszystkiemu postanowiła nadać sens swojemu nieszczęściu. Przyczyniła się do powstania Fundacji Akogo i kliniki Budzik. W rozmowie z Agnieszką Siegert-Litorowicz opowiada o życiu. Chcecie usłyszeć więcej?

Ewa Błaszczyk nie ukrywa, że czasem bywa jej trudno. Nie zdążyła przeżyć żałoby po zmarłym mężu, a już spotkała ją kolejna tragedia. Nie mogła się jednak załamać, musiała zatroszczyć się o drugą córkę, Manię. Z chęcią opowiada o relacjach z nią. Wspomina także o swoich związkach z mężczyznami. Przywołuje początki związku ze zmarłym mężem, Jackiem Janczarskim. 

Lubię żyć to nie jest książka o bólu i cierpieniu, jak na początku się tego spodziewałam. Czytając opowieść Ewy Błaszczyk, czułam, jak napełnia mnie nadzieja. Nie każdy ma w sobie taką wolę walki jak ta aktorka. Wiem, że się powtórzę, ale naprawdę ją podziwiam.

Nieco irytowały mnie pytania, które zadawała Agnieszka Siegert-Litorowicz. Niektóre z nich wydawały mi się wzięte z kosmosu. Wydaje mi się, że bez nich aktorka równie dobrze poradziłaby sobie z opowiedzeniem swojej historii.

Z książki bije ciepło. Ewa Błaszczyk daje czytelnikom nadzieję na to, że nawet z najgorszej sytuacji jest jakieś wyjście. Pokazuje, że nie ma rzeczy niemożliwych. Aktorka opowiada szczerze o swoim życiu i choć czasem porusza bardzo intymne tematy, nie przekracza granicy dobrego smaku. Jeżeli szukacie historii, która da Wam nadzieję i napełni pozytywną energią - bardzo dobrze trafiliście. Wysłuchajcie tego, co Ewa Błaszczyk ma do powiedzenia. Nie będziecie żałować spotkania z nią.

Ewa Błaszczyk, Agnieszka Siegert-Litorowicz
Lubię żyć
Wydawnictwo Filia
Poznań 2015

Poniedziałki ze zbrodnią w tle: #47 Katarzyna Puzyńska "Motylek"

O powieściach Katarzyny Puzyńskiej czytałam już od pewnego czasu. Większość opinii była bardzo pozytywna, dlatego też postanowiłam skusić się na lekturę Motylka. Co z tego wyszło?

Mazurska wieś. W mroźny poranek zostaje odnalezione ciało zakonnicy. Początkowo wydaje się, że kobietę potrącił samochód. Szybko jednak okazuje się, że ktoś ją zabił i upozorował wypadek. Kilka dni później ginie kolejna osoba. Ofiary wydają się ze sobą niepowiązane. Policja musi odnaleźć mordercę, zanim dojdzie do kolejnej tragedii. W trakcie śledztwa wychodzą na jaw ukrywane przez lata fakty. Co takiego kryje w sobie Lipowo?

Przyznam, że po lekturze książki mam ogromny mętlik w głowie. Ta powieść była całkiem niezła, ale pośladków mi nie urwała. Pojawiło się kilka dość nużących momentów, które chciałam jak najszybciej przejść. Zdecydowanie bardziej wolę, gdy w powieści coś się dzieje. Pojawiają się nagłe zwroty akcji, a tu mi tego zabrakło. Autorka co prawda bardzo dokładnie przedstawiła bohaterów, pozwoliła wejrzeć w ich umysły, lecz nie do końca na to czekałam. Za duży plus mogę jednak uznać to, że Puzyńska nie oceniała ludzi, których powołała do życia na kartach Motylka. Pozwoliła, by czytelnicy sami wyrobili sobie na ich temat zdanie.

Nie umiem też jednoznacznie określić gatunku tej powieści. To nie jest do końca thriller czy kryminał. Pojawiają się tu elementy powieści obyczajowej i romansu. Ten ostatni był zdecydowanie najsłabszym ogniwem. Nieco burzył całość. Muszę jednak przyznać, że poprowadzenie wątku kryminalnego wyszło autorce całkiem nieźle. Niemal do ostatniej strony nie umiałam powiedzieć, kto i dlaczego zabił.

Motylek to literacki debiut autorki. Całkiem niezły. Irytowało mnie jednak to, że Puzyńska bardzo często używała pełnych imion, nazwisk i stopni policyjnych bohaterów. Niektóre ich nazwiska też doprowadzały mnie do szału, np. Janusz Rosół.

Postanowiłam, że dam szansę kolejnym powieściom z tego cyklu. Bądź co bądź, spodobało mi się w Lipowie. Może i nie było idealnie, ale z chęcią przekonam się, jakie tajemnice kryją mieszkańcy tej miejscowości.

Katarzyna Puzyńska
Motylek
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Warszawa 2014

Parnaz Foroutan "Dziewczyna z ogrodu"

Niewiele wiem o kulturze żydowskiej, dlatego bez wahania zdecydowałam się na lekturę Dziewczyny z ogrodu. Przenieście się ze mną do XX-wiecznego Iranu, gdzie mieszka pewna rodzina perskich Żydów.

Głową tej rodziny jest Aszer, człowiek bogaty, który odniósł w życiu sukces. Do szczęścia brakuje mu syna, dziedzica fortuny. Mężczyzna jest od kilku lat żonaty, lecz wciąż nie doczekał się potomka. Ma o to pretensje do żony, Rachel, która za wszelką cenę stara się zajść w ciążę. Nic jednak nie pomaga. Nawet modlitwy do Boga. Dziewczyna stara się zmagać z presją, jaką wywiera na nią społeczeństwo. Nie jest to wcale takie proste. Żydowskie kobiety są w końcu oceniane przez pryzmat zdolności do wydawania na świat synów. Zdesperowany Aszer podejmuje jedną z najgorszych w życiu decyzji. Jest jednak tak zaślepiony pragnieniem posiadania syna, że nie cofnie się przed niczym, by spełnić swoje marzenie. Jaką cenę przyjdzie mu za to zapłacić?

Mam w głowie ogromny mętlik. Nie potrafię ubrać w słowa tego, co czuję po lekturze. To bardzo mocny debiut. Na początku miałam problem z odnalezieniem się między teraźniejszością a przeszłością, lecz w końcu złapałam rytm i dałam się porwać opowieści.

Bardzo przeżywałam to, co działo się z bohaterkami. Współczułam Rachel. Chciałam, by udało jej się zajść w ciążę. Nie zasłużyła na to, co ją spotkało. Była zagubiona, nie potrafiła odnaleźć się w dorosłym życiu. Nie umiałam podejść do jej historii bez emocji. Moje serce zostało przeszyte przez jej ból i samotność. Nie zawsze rozumiałam zachowanie Rachel, czasem miałam ochotę chwycić ją za ramiona i nią porządnie potrząsnąć, lecz z drugiej strony trudno było mi ją krytykować. Nie wiem, jak zachowałabym się na jej miejscu. Nieco drażnił mnie Aszer. Jego obsesja posiadania syna zniszczyła życie nie tylko jego rodziny. Za każdym razem, gdy pojawiał się na kartach powieści, czułam złość.

Autorka wyznała, że ta historia jest oparta na przykładzie jej rodziny. Pokazała, do czego prowadzi ortodoksyjna wiara. Zwróciła uwagę na to, że rola kobiety jest zredukowana do urodzenia potomstwa i wychowania go. Akcja powieści toczy się w XX wieku. Trudno mi pojąć, że w tamtych czasach ludzie nadal żyli w takim zacofaniu, wierząc w przesądy. Miałam ochotę krzyczeć ze złości w trakcie lektury. Przeraża mnie to, ilu rzeczy nie wolno robić kobietom. Na pewno prędko nie zapomnę o tym, co przeczytałam.

Dziewczyna z ogrodu to bardzo dobra, choć trudna lektura. Trzeba poświęcić jej nieco więcej czasu. Wywołuje wiele emocji: od złości do bezsilności, zahaczając po drodze o smutek. Mam nadzieję, że Parnaz Foroutan nie porzuci pisarstwa. Będę z niecierpliwością czekała na jej kolejną powieść.

Parnaz Foroutan
Dziewczyna z ogrodu
Wydawnictwo Kobiece
Białystok 2016

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

Andrew Marr "Prawdziwa królowa. Elżbieta II jakiej nie znamy"

Chyba nie ma na świecie osoby, która nie słyszałaby o królowej Elżbiecie II, która od 1953 roku zasiada na tronie Wielkiej Brytanii. Pozwólcie, że opowiem Wam o jej biografii.

Elżbieta Aleksandra Maria z dynastii Windsorów, córka Elżbiety Bowles-Lyon i króla Jerzego VI. Jest żoną księcia Filipa, który znany jest z towarzyskich wpadek. Nie ma co prawda realnego wpływu na rządy, lecz jest znakomitym doradcą brytyjskiego premiera. Brytyjczycy darzą ją szacunkiem. Monarchini pilnie strzeże swojej prywatności i nie udziela wywiadów. Andrew Marr w swojej książce stara się pokazać, jaka właściwie jest Elżbieta II - symbol ciągłości władzy w Wielkiej Brytanii. Nie zapomina przy tym o pozostałych członkach brytyjskiej rodziny królewskiej.

Mam bardzo mieszane odczucia po lekturze tej książki. Niby czytało się ją szybko, ale autor nie ma raczej lekkiego pióra. Było tu dużo suchych faktów. Średnio za czymś takim przepadam. Nie to, że szukam w tego typu literaturze taniej sensacji, ale lubię, gdy od czasu do czasu pojawiają się jakieś anegdoty. Tu było tego trochę za mało.

Sporo miejsca poświęcono dzieciom królowej i ich związkom. Jak łatwo się domyślić, gwiazdami byli Karol i Diana. W końcu o nich było najgłośniej w prasie. Do tej pory pamiętam, jak został rozdmuchany ich rozwód. Wciąż mam też w pamięci dzień pogrzebu byłej żony księcia Walii. O tym też wspomina w swojej książce Andrew Marr.

Tak naprawdę samej Elżbiety II w książce o niej było niewiele. Autor opisuje dzieje jej rodu, wspomina o tym, jak Jerzy VI zasiadł na tronie, przedstawia kolejnych premierów Wielkiej Brytanii, zapominając nieco o głównej bohaterce jego historii. Brakowało mi tu obiektywizmu. Widać sympatie Andrew Marra do poszczególnych członków rodziny królewskiej. To niezbyt przypadło mi do gustu. Nieco drażnił mnie też brak chronologii w zdjęciach. Jak dla mnie były powrzucane do tekstu bez większego zastanowienia.

Czy dowiedziałam się wielu nowych rzeczy? Przyznam szczerze, że nie. Większość faktów była mi już znana z wcześniejszych książek. Żałuję, że autor przedstawił Elżbietę II wyłącznie od oficjalnej strony. Liczyłam na coś więcej. Skoro to miała być prawdziwa opowieść o niej, to dlaczego nie przedstawić jej też jako matki i babci?

Andrew Marr
Prawdziwa królowa. Elżbieta II jakiej nie znamy
Wydawnictwo Marginesy
Warszawa 2012

Literackie Złote Mole - wyniki

Kochani!
Co prawda filmik z wynikami Złotych Moli nie do końca wyszedł tak, jak na początku zakładałam, ale w końcu mam dla Was wyniki głosowania. W sumie oddaliście 419 głosów. Największym zainteresowaniem ciszyły się następujące kategorie: powieść młodzieżowa, najlepszy kryminał/thriller oraz najlepsza powieść kobieca/obyczajowa.

Dziękuję za każdy oddany głos. 3 najbardziej kreatywne osoby już otrzymały ode mnie maile z prośbą o przesłanie adresu i wybór nagrody. W tym roku chciałabym nieco zmodyfikować ten plebiscyt, zapraszając do współorganizowania zabawy innych blogerów. Wtedy Złote Mole miałyby większy zasięg. Cieszę się, że chcieliście głosować. Nie spodziewałam się aż takiego odzewu. Podziękowania należą się też portalom Sztukater i Bookhunter, które pomogły w promowaniu akcji. Bez Was wszystkich nie byłoby tego filmiku. Dziękuję :)

Oto wyniki I edycji Plebiscytu Literackie Złote Mole:

video

Przyznam szczerze, że podsunęliście mi sporo ciekawych książek, o których nie słyszałam, do czytania. Jeszcze raz dziękuję Wam za udział w zabawie. Pozdrawiam serdecznie :)

P.S. Ponieważ nie wszyscy możecie zobaczyć filmik, poniżej przedstawiam wyniki:

Literacki debiut roku
Nadia Hashimi "Afgańska Perła"

Literatura faktu
Lopez Lomong "Bieg po życie"

Najlepszy kryminał/thriller
Paul Grossman "Dzieci gniewu"

Najlepszy prequel/sequel
James Frey i Nils Johnson-Shelton "Endgame. Klucz Niebios"

Najlepsza powieść kobieca/obyczajowa
Magdalena Witkiewicz "Pierwsza na liście"

Najlepsza powieść młodzieżowa
Saaba Tahir "Ember in the Ashes. Imperium Ognia"

Najlepsza powieść fantasy/science fiction
Saaba Tahir "Ember in the Ashes. Imperium Ognia"

Najlepsza reedycja
J.K. Rowling "Harry Potter i kamień filozoficzny"

Najlepsza powieść historyczna
Jakub Szymałek "Czytanie z kości"

Najlepsza biografia/autobiografia
Mark Blake "Queen. Królewska historia"

Poniedziałki ze zbrodnią w tle: #46 Maria Ernestam "Córki marionetek"

Wybaczcie mi brak zeszłotygodniowej poniedziałkowej notki, ale sprawy służbowe wygnały mnie do Niemiec i nie miałam dostępu do komputera. Dokąd tym razem zabierze nas cykl ze zbrodnią w tle?

Początek lat 80. Jedenastoletnia Mariana odnajduje swojego ojca, który został zamordowany i przywiązany do jednego z koni na drewnianej karuzeli. Mężczyzna został zastrzelony. Policja jednak nie potrafi odnaleźć jego mordercy. Mija trzydzieści lat. Mariana nadal mieszka w tym samym miejscu. Prowadzi rodzinny sklep z zabytkowymi lalkami. Jej spokojne życie zaburza pojawienie się Amerykanina Amnona Glodsteina. Ta sytuacja spowoduje lawinę nieprzewidywalnych wydarzeń. Mariana będzie musiała zmierzyć się z przeszłością.

Mam ogromny problem z ocenieniem tej książki. W sumie nie wiem, do jakiego gatunku mogę ją przyporządkować. To raczej powieść psychologiczna niż thriller. W aurze powieści było coś, co mnie przerażało. Boję się starych lalek, one mają przeważnie przerażające twarze. Tak właśnie wyobrażałam sobie to, co sprzedawała Mariana. Brakowało mi tylko muzyki z pozytywki.

Akcja toczy się dość powoli. Wiele rzeczy kręci się wokół karuzeli. Ona też napawała mnie lękiem. Sporo tu tajemnic. W sumie nie wiem, czy był chociaż jeden krystalicznie czysty bohater, który nie miałby czegoś za uszami.

Było mi trudno przebrnąć przez Córki marionetek. Zdarzało się sporo dość ciężkich w odbiorze scen. Nie wiem, kto zawinił - autorka czy tłumacz. Niemniej jednak nie żałuję, że dotarłam do końca. Zakończenie mnie nieco zaskoczyło. Nie spodziewałam się tego. To specyficzna książka. Nie każdy będzie w stanie ją przeczytać. Nawet nie wiem, komu mogę ją polecić. Jeśli lubicie mroczne klimaty i specyficzne marionetki - możecie spróbować zapoznać się z tą lekturą.

Maria Ernestam
Córki Marionetek
Wydawnictwo Czwarta Strona
Poznań 2015
Czytelnia mola książkowego © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka